Facebook Google+ Twitter

Legia - Lech: zwycięzca bierze wszystko

To kulminacyjny moment rozgrywek. Od starcia Wisły z Lechem w przedostatniej kolejce sezonu 2009/2010 nie było w ekstraklasie meczu, od którego zależałoby tak wiele. - Wygra ten, kto wytrąci rywalowi atuty - mówił trener Jan Urban.

Legia ostatni raz przegrała 23 lutego, Lech 9 marca. Passa zwycięstw Legii, przerwana bezbramkowym remisem z Piastem, trwała sześć meczów, passa Lecha trwa nadal i zatrzymała się na siedmiu. Lech nie tylko wytrzymał tempo Legii, ale na wiosnę jest skuteczniejszy (23-20) i traci mniej bramek (4-7). Wreszcie, Legia najwięcej strzela (52), Lech najlepiej broni (18), a obie ekipy na cztery kolejki przed końcem uzbierały więcej punktów niż mistrz Polski w ubiegłym roku. Trudno sobie wyobrazić bardziej atrakcyjny trailer na finisz ligi.

Jeśli koniecznie wskazać, która z drużyn płynie na większej fali, byliby to goście. Przez dobre pół sezonu oglądanie zespołu Mariusza Rumaka było przygnębiającym sposobem spędzania czasu, ale od połowy marca przeżywa ona prawdziwy renesans. Bartosz Ślusarski, przez cześć obserwatorów wysyłany do tartaku, w klasyfikacji strzelców tylko jednym trafieniem ustępuje Władimerowi Dwaliszwilemu, Danijelowi Ljuboji i Robertowi Demjanowi. Rafał Murawski, który po fatalnym Euro miał równie fatalną jesień, znowu bierze na siebie rolę lidera. Biega jak za dawnych lat, z werwą odbiera, z pomysłem rozgrywa, dobrze współpracuje z operującym przed nim, elokwentnym Kasperem Hamalainenem.

Prawdziwym bogactwem lechitów są skrzydła: Aleksandar Tonew (trenował indywidualnie, jego występ stoi pod znakiem zapytania), wyznający zasadę, że im trudniejsza sytuacja do oddania strzału tym lepiej, oraz przebojowy Gergo Lovrencsics, który po beznadziejnych kilkunastu kolejkach przypomniał sobie o końcu kontraktu (z Węgrem działacze Lecha powinni podpisywać tylko półroczne umowy). Do tego Kebba Ceessay i zdrowy już Luis Henriquez, którym nie trzeba dwa razy powtarzać, że bocznym obrońcom nie zabroniono przekraczania połowy boiska.

Tylko Łukasz Teodorczyk (jedna bramka wiosną, w ostatnim meczu z Widzewem zmieniony w przerwie) zalicza zjazd po równi pochyłej. A to za mało, żeby poznańska lokomotywa się wykoleiła bez pomocy Legii.

Panteon bez gwiazdy

Jeden z ostatnich treningów Danijela Ljuboji z pierwszą drużyną. Piłkarze Legii schodzą do szatni po półtoragodzinnych zajęciach. Serb bierze piłkę i ustawia dobry metr za linią końcową. - Patrzcie - powiedział. Po chwili namysłu wziął rozbieg z jednego kroku i uderzył piłkę lewą nogą nadając taką rotację, że ta posłusznie zameldowała się w bramce. - Dobre, dobre, co? - pytał w pełni zadowolony ze swojego pokazu.

Ljuoboja był (już trzeba używać czasu przeszłego) osobowością wyrastającą ponad naszą piłkarską rzeczywistość, ale czy w ostatnich tygodniach rzeczywiście pozytywnie wpływał na zespół, czy za bardzo gra Legii nie była uzależniona od jego kaprysów? Ljuboja-Dwaliszwili, Ljuboja-Saganowski, Dwaliszwili-Saganowski - trzeba przyznać, że z tych trzech opcji, jakie do wyboru miał Jan Urban, chyba ta ostatnia sprawdzała się najlepiej. Trzy bramki wiosną wychowanego we Francji Serba nie robią wielkiego wrażenia, ale z drugiej strony to jedno magiczne dotknięcie piłki (jak z Piastem), ten jeden rzut wolny (jak ze Śląskiem), ta jedna klepka z Radovicem (jak swego czasu w Lidze Europy) może warta była jego obecności na boisku.

Już nie dowiemy się, czy gdyby w gabinecie prezesa Bogusława Leśnodorskiego wyraził skruchę, a nie z butą opowiadał czego to on nie zrobi z piłką po kielichu, kara byłaby mniej surowa. Gdy przychodził na Łazienkowską wiadomo było, że trzeba się z nim obchodzić ostrożnie niczym z bomba atomową. Jeden niepotrzebny ruch i wybucha. Do wybuchu doszło, tyle że to Ljuboja najbardziej odniósł największe rany.

Kto wie, może najciekawszą z personalnych rywalizacji nie będzie ta na linii Dwaliszwili-Ślusarski ani Vrdoljak-Murawski, ale Marcin Kamiński - Artur Jędrzejczyk, którzy wiosną są dwójką najlepszych defensorów ligi. Jeśli zdrowy byłby Manuel Arboleda, stoper Lecha pewnie w ogóle nie miałby okazji do gry, a tak imponuje dojrzałością, nieźle wyprowadza piłkę, potrafi odnaleźć się w polu karnym rywali (trzy bramki). Jędrzejczyk, wystawiany na środku i prawej stronie, gra rundę życia. Jeszcze rok temu jego obecność na połowie rywala wywoływała uczucie politowania, dziś zwiastuje zagrożenie. Poprawił precyzję dośrodkowań, w powietrzu zawsze czuł się mocny, poza tym ma doskonałą wydolność - jako jedyny z legionistów zaliczył komplet minut tej wiosny. I przestał masowo kolekcjonować kartki.

- Lech odrabia stratę całą rundę, a zbliżył się do nas tylko na dwa punkty. To my jesteśmy w lepszej sytuacji. Goście powinni pamiętać o poprzednim meczu (porażka 1:3 w Poznaniu - przyp. red.), w którym udowodniliśmy, że potrafimy grać o stawkę - powiedział na konferencji prasowej nadzwyczaj spokojny Jan Urban.

Drugi raz z rzędu Pepsi Arena zapełni się do ostatniego miejsca. Piłkarzy Legii i Lecha z trybun będą obserwować skauci m.in. Valencii, Liverpoolu, Celticu i Romy.

Legia Warszawa - Lech Poznań, sobota, godz. 13:30

Przypuszczalne składy:

Legia: Kuciak - Bereszyński, Jędrzejczyk, Jodłowiec, Wawrzyniak - Łukaisk, Vrdoljak - Kucharczyk (Radović), Dwaliszwili, Kosecki - Saganowski

Lech: Kotorowski - Ceesay, Kamiński, Wołąkiewicz, Henriquez - Trałka, Murawski - Lovrencsics, Hamalainen, Tonew (Możdżeń) - Ślusarski

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.