Facebook Google+ Twitter

Legia nie na Ligę Mistrzów

Apetyt był wielki, menu wyborne, restauracja z najwyższej półki. Ale Legia doprosiła się przystawki (Liga Europy), podczas gdy danie główne zjechało jej ze stołu.

 / Fot. PAP/ Bartłomiej ZborowskiMogło być pięknie, podniośle. Nie było. Mistrz Polski w końcu miał być gotowy, sportowo i mentalnie, do przełamania zawstydzającego całą polską piłkę impasu. Nie był. Liczyliśmy zobaczyć w postawie Legii te cechy, których dwukrotnie zabrakło odliczącej minuty do wyczekiwanego awansu Wiśle. Nie zobaczyliśmy. Steaua była lepsza, ale nie nieosiągalna. Grała z większą kulturą, ale nie tak, żeby ją nie zachwiać.

Trzech zawodników na poziomie Ligi Mistrzów, pozostali na poziomie ligi polskiej - taka to wyglądało w wykonaniu Legii. Bilans dwa zwycięstwa-cztery porażki nie rzuca na kolana, niemniej mógł ją zaprowadzić do ostatniego koszyka Liga Mistrzów. Tu jedynym kryterium był awans. Żadne piękno gry, żadne dodatkowe okoliczności, sprzyjające statystyki.

Faktyczna porażka zespołu Urbana nie jest porażką modelu budowania drużyny, ale fazy, w jakiej ta budowa się znajduje. Zbyt wiele wyszło mankamentów, od wolnego i czytelnego wyprowadzania piłki, po jednak brak alternatywy w pierwszej linii i nieumiejętność utrzymania równego poziomu gry. Na tym szczeblu niektóre ułomności są nie do przykrycia. Dominik Furman, tak chwalony za inteligencję, elastyczność i wszechstronność, nie pierwszy raz na europejskich boiskach był cieniem siebie. Wybierał najprostsze warianty, jak dostał piłkę rywale z góry mogli założyć, co z nią zrobi. Po Ivicy Vrdolajku trudno uwierzyć, że to najdroższy piłkarz w historii klubu, który wcześniej w Zagrzebiu zabezpieczał tyły po Luce Modriciu. Rzadki to widok, kiedy najbardziej zagubionym i niestabilnym ogniwem drużyny jest kapitan. Zastanawiające, że ponurym zwyczajem legionistów staje się powolne wchodzenie w mecz. Wtedy, kiedy instrukcje trenera są świeżo powkładane do głów, mobilizacja jest na najwyższym poziomie, a zawodnik czuje głód kontaktu z piłką. Legia czterokrotnie schodziła na przerwę przegrywając.

Władimer Dwaliszwili i Helio Pinto, przed sezonem wydawało się first-choice players, którzy hymn Ligi Mistrzów słyszeli nie tylko w rundzie kwalifikacyjnej, zajęli wygodne miejsca na loży Silver. Ich obecność na boisku w ostatnich tygodniach pozostała niezauważalna, wpływ na grę - żaden. Odwaga, bo jednak nie jest standardowym zwyczajem nieuwzględnianie ogranych zawodników bez względu na ich dyspozycję, może w perspektywie pozytywnie nimi wstrząsnąć, ale Gruzin i Portugalczyk byli potrzebni akurat na wczoraj. Nie sposób było przewidzieć, że po dwóch seriach tegorocznych transferów w decydującej fazie meczu sezonu Legia oprze swój atak o debiutanta Patryka Mikitę.

Żeby oddać cesarzowi co cesarskie, ostatnim zespołem, który z taką gracją operował piłką przy Łazienkowskiej, było PSV Eindhoven, goszczące niecałe dwa lata temu. Wychodząc seriami krótkich podań spod pressingu gospodarzy (OK, nie był nadzwyczajny), konstruując akcję z taką swobodą, jakby od tego meczu nic nie zależało, później chłodno i ze zdrowym dystansem kontrolując jego przebieg, drużyna Laurentiu Regecampfa przypudrowała niedostatki w destrukcji, tym razem dużo mniej widoczne niż w Bukareszcie. Cztery lata z rzędu w fazie grupowej europejskich pucharów zrobiły swoje.

Na dziś Liga Europy wydaje się dla Legii wygnaniem, ale gdy rozczarowanie przestanie się mieszać z niedosytem, a niedosyt z niestygnącym żalem, okaże się, że jest może idealnym miejscem dla nabrania obycia na kontynencie. Tam też czeka nie byle kto: Tottenham, Valencia, Lazio, Fenerbahce.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Oby wyszła z grupy ligi Europy , to już będzie sukces. ?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.