Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

3364 miejsce

Lekarz medycyny - skundlony zawód

Wmontowanie lekarza (jako użytecznego idioty) w systemie ochrony zdrowia do mechanizmów robienia pieniędzy przez Big Pharmę jest dostatecznym na to dowodem. Są jednak jeszcze inne dowody, by to uzasadnić.

skundlony doktor / Fot. Marek ChorążewiczTeza może czytelników bulwersować. No, bo jak to? Uważany powszechnie za bardzo szlachetny zawód a postawiony w takim świetle?

Będę posądzony o głoszenie herezji, albo dostanę łatkę frustrata, który pisze jakieś dyrdymały z powodu wypalenia zawodowego, wszak podstawy ku temu są, gdyż z "przemysłem medycznym” mam już styczność ponad 40 lat.
Niestety, metafory do określania etosu zawodu lekarza takie jak: powołanie, służba czy sztuka - są już dzisiaj tylko pustosłowiem i przebrzmiałą mową. Natomiast głosicieli niepoprawnych politycznie opinii, nie tylko na tematy zdrowia, nazywa się oszołomami, świrami bądź dziwakami.

Po tak długim stażu zawodowym mam prawo do osobistej oceny. Zaznaczam przy tym, iż znany jest mi psychologiczny mechanizm działający podczas takich retrospekcji, gdy wspominający z całym przekonaniem twierdzi, że kiedyś trawa była bardziej zielona, a cukier bardziej słodki... Zatem podam przykłady, które pozwolą uzasadnić tytułowe stwierdzenie.

W 1971 roku podjąłem studia medyczne. Wtedy przemysł medyczny był jeszcze nazywany "służbą zdrowia". Nikomu, kto uchodził za inteligenta, do głowy by nie przyszło nazywać oficjalnie działalność medyczną dochodowym biznesem, w którym robi się ogromne pieniądze, i to nie na uzdrawianiu, tylko jego kosztem, a więc ryzykując utratę zdrowia i życia milionów ludzi.

W tamtych czasach podejście do spraw zdrowia kształtowano w szkołach średnich na bazie lektur takich, jak "Ludzie bezdomni" (Stefan Żeromski) czy "Dżuma" (Albert Camus).

Ustrukturyzowany w tak ideowy sposób myślałem, że oto zaczynam wspaniałą przygodę uczestniczenia w naprawianiu zepsutego świata. Jakżeż piękną perspektywę roztaczano przed młodymi adeptami zawodu lekarza. Taki stan ducha długo nie wygasał nawet po zetknięciu się z prozaiczną rzeczywistością, po podjęciu zawodowej pracy. Wszędobylskie wtedy absurdy w służbie zdrowia, traktowaliśmy jako coś, co wcześniej czy później zostanie zmienione, bo przecież nonsens w dłuższej perspektywie czasu podobno ostać się nie może... Okazało się po latach, że była to wielka naiwność z mojej strony.

Wtedy twórczość Kafki była dla mnie jakimś wirtualnym, niezrozumiałym światem, a przejawy powszechnego duraczenia, jak pisze dzisiaj polityczny publicysta Stanisław Michalkiewicz, były słabo dostrzegalne przez tych, dla których tylko systemowa (czytaj: indoktrynacyjna) edukacja była źródłem wiedzy o świecie. Dopiero dzisiaj potrafię sobie wytłumaczyć np. powody wyrugowania ze szkół przedmiotu zwanego logiką. Do czegóż to może być potrzebne współczesnemu „wolnemu” niewolnikowi? Przecież on ma być bezmyślnym konsumentem, uwieszonym na smartfonie (bądź nawet zaczipowany!), pracującym na rzecz potężniejących wszędzie korporacji. Gruntowna wiedza wręcz przeszkadzałaby w zaakceptowaniu owego stanu.

Refundacja za leki lub procedury medyczne

Ten dziwaczny sposób rozliczania się w dziedzinie zdrowia był dla mnie zupełnie normalny, tym bardziej, że jest on stosowany przez fiskusa i powszechnie jest akceptowany, a trzyma się zasady: „najpierw zabrać, potem rozdać”. Oczywiście nie wszystko… lecz tylko część tego zabranego.
Argumentem "nie do podważenia" był fakt, że leki były zbyt drogie (zwłaszcza stosowane w onkologii) i nie można zostawić ludzi bez pomocy przy ich nabywaniu - tłumaczono. Do dzisiaj zresztą nic w tym zakresie się nie zmieniło. W dodatku, wyjaśnia się taki stan rzeczy pokrętnymi uzasadnieniami.

Innym powodem, dla którego utrzymywano taki sposób rozliczeń, miało być to, że u nas głównym refundatorem było państwo, a w "zgniłym kapitalizmie" mechanizmami refundacyjnymi zajmowały się firmy ubezpieczeniowe, czego wielu z nas nie mogło tego sprawdzić osobiście, z prozaicznego powodu – istnienia żelaznej kurtyny. Wszystko więc tłumaczono solidarnością społeczną, uznawaną przez aklamację i prawie nikt nie ośmielał się tego podważać.

Tymczasem, refundacje to idealny mechanizm wykorzystywany na całym świecie do dojenia społecznej kasy. Chodzi nie tylko o ogniwa systemu ochrony zdrowia, zarabiające na swoje utrzymanie, ale przede wszystkim o producentów leków oraz wszelkich urządzeń medycznych, którzy podobno po nocach nie śpią, żeby tylko dla nas coś wspaniałego wyprodukować. W dodatku, używają oni potężnego lobbingu wobec rządzących w celu zastosowania takich praw i sposobów funkcjonowania państwa, które pozwolą na maksymalizację zysków.
Jednocześnie bismarckowskim altruizmem (tak nazywam ową solidarność społeczną) mydli się do dzisiaj ludziom oczy i wmawia, że jest to dla ich dobra.
W takiej rzeczywistości wszyscy producenci leków są – ujmując to po orwellowsku – równi, z tym, że niektórzy są równiejsi. Wystarczy przeanalizować wszelkie listy refundacyjne leków. Nawet tą ostatnio sporządzoną dla seniorów (75+), gdzie np. w tej samej klasie leków jedna z firm na niej się znalazła, a inne nie. Jakie były powody tej darmowej (?) systemowej pomocy w sprzedaży niektórych leków? Chyba tylko jedyny Bóg to wie.



Inny aspekt refundacji. Wszyscy lekarze wiedzą, że NFZ płaci bez problemu za wiele (prawie obowiązkowych, ale często zbędnych) badań laboratoryjnych, natomiast za inne wartościowe pacjent musi płacić dodatkowo. Pomijam tutaj mechanizmy utrudniające dostępność do badań, bo to odrębny temat. Szczególnie chodzi mi o badania poziomów wielu substancji w płynach ustrojowych (np. hormonów, różnych metabolitów czy witamin) oraz analizę zawartości różnych substancji w tkankach, chociażby najbardziej nieinwazyjna analiza składu włosa.

Tylko w świetle powyższych informacji, działalność w zakresie zdrowia nazywam przemysłem medycznym. Po co nam jakieś eufemizmy typu „służba” czy „ochrona zdrowia”? Przecież gołym okiem widać, że ten system nie chroni nas przed niczym, a już na pewno nie przed chorobami, których jest coraz więcej i więcej. Na każdej konferencji naukowej, gdzie omawia się tzw. choroby cywilizacyjne wszyscy specjaliści podają zastraszająco wzrastające liczby nowych zachorowań w najbliższej przyszłości. I co z tego? Ano nic! Ponad 70 procent prac naukowych dotyczy postępów w leczeniu, czyli jak zamienić jedną tabletkę na inną, a prace dotyczące nauk podstawowych w medycynie, są na marginesie i niedoceniane, ponieważ nie przekładają się na szybki zysk.

Gdzie jest w tym wszystkim miejsce na profilaktykę? Czyż nie jest to zastanawiające?

Wiemy jak będzie, ale z uporem maniaka całą parę puszczamy w gwizdek. Cały bowiem wysiłek kierujemy na poprawianie metod leczenia, skazanych z góry na niepowodzenie. No, ale wszystko wydaje się klarowne, gdy uzmysłowimy sobie, że przewlekły pacjent jest generatorem zysku w systemie, a pacjent wyleczony to stracone źródło dochodu.

Wykonywanie procedur medycznych

Coraz więcej wprowadza się zarządzeń ograniczających swobodę wykonywania wolnego – podobno - zawodu. Przykładem może być leczenie chorób tarczycy. Dawniej lekarz chorób wewnętrznych diagnozował i leczył proste jej zaburzenia, a tylko w trudniejszych przypadkach kierowano chorych do endokrynologa. Dzisiaj to endokrynolog musi zdecydować, czy można zastosować w leczeniu refundację na lek, a na dodatek zaświadczenie od specjalisty ważne jest tylko 1 rok. Urzędnik uznał, że po roku pacjent może być już uzdrowiony i dlaczego miałby przyjmować lek z refundacją? A może pacjent zapomni przynieść w terminie zaświadczenie od specjalisty i lekarz "służbista" w POZ wypisze lek bez refundacji, choć możliwa jest i taka opcja, że trafi na Judyma i ten zaordynuje lek z refundacją, a w razie kontroli nienależną refundację odbierze się od Judyma, łącznie z odsetkami za np. 4 lata. Przecież złamał procedury, więc kara musi być! To nie jest tylko teoria, to praktyka.

Ograniczeń kompetencji lekarskich można znaleźć dziesiątki, a wszystko jest podobno dla dobra pacjenta, gdyż każda decyzja jest cedowana w stronę specjalistyki, a więc wyższego poziomu fachowości świadczonej usługi. Polska ma bodajże najwięcej specjalizacji medycznych w Europie, zaś studia medyczne obecnie przygotowują nowych „rzemieślników” dla systemu, którzy mają umieć prowadzić wzorowo dokumentację i przestrzegać procedur.

Chociaż… należy zaznaczyć, że lekarzom psychiatrom nadano formalnie pewne kompetencje, którymi mogą poszczycić się tylko super-sądy, a mianowicie mają naprawiać partactwo legislacyjne w sprawie super-zbrodniarzy, kwalifikując ich jako niezdolnych do resocjalizacji, aby można było ich dalej izolować, bo gdyby nie podpis doktora, to należałoby zbira wypuścić na wolność po odbyciu wymierzonej kary.

Lekarz staje się coraz bardziej specjalnym urzędnikiem do spraw wykonywania procedur, inicjującym i podtrzymującym leczenie w systemie, zaś nauki medyczne służą do legitymizowania ustalanych procedur w leczeniu. Pacjent może być leczony w systemie tylko zgodnie z narzuconymi procedurami. Nawet gdyby sam chciał inaczej np. życzyłby sobie leczenie sposobem niekonwencjonalnym, to może mieć różne trudności, nie mówiąc już o braku refundacji za taką terapię.

Wreszcie należy zaznaczyć, że procedury medyczne określają i wyceniają… urzędnicy, co powoduje w skrajnych przypadkach ich niską jakość (dbanie o najniższe ceny za usługi), w innych zaś są to niczym nie uzasadnione horrendalnie wysokie koszty.

Limity i normy

Na to wszystko nakładają się najprzeróżniejsze, często z „sufitu wzięte”, limity oraz normy, zarówno w kontraktowaniu usług zdrowotnych, badaniach laboratoryjnych, jak i innych aspektach organizacji pracy medyków.
Weźmy chociażby tzw. zapisy pacjentów do lekarzy POZ. Totalna fikcja! W dużej części pacjent i tak leczy się w przychodni u "bylejakiego" doktora, który go w danym momencie przyjmie. Norma NFZ to 2500 pacjentów zadeklarowanych do jednego lekarza w POZ. Zdarza się, że lekarze osiągający połowę tej normy nie są w stanie obsłużyć wszystkich zgłaszających się w danym dniu pacjentów. Natomiast dzienna norma przyjętych pacjentów – oficjalnie nie istnieje. Co na to Państwowa Inspekcja Pracy? A od swoich przełożonych lekarze często słyszą, że mają przyjąć wszystkich zgłaszających się pacjentów w danym dniu i koniec. W tym względzie lekarz jest wyjęty spod prawa. Tę banicję potwierdzają również inne okoliczności, chociażby na przykład to, że NFZ odmawia czasem pracodawcy lekarza wypłacenia wynagrodzenia za wykonaną pracę w systemie (np. przyjęcie pacjenta, który nie ma ubezpieczenia, albo nie spełnia jakiś innych proceduralnych kryteriów - np. jest z innej kasy chorych).

Organizacja przemysłu medycznego

Wielokrotne zmiany koncepcji systemu ochrony zdrowia skutkują ciągłym bałaganem, niepewnością i improwizowaniem. Tuskowy sposób prywatyzacji obiektów służby zdrowia i podpisywanie kontraktów - pominę. Zbyt świeża sprawa i nie mam pieniędzy na procesy sądowe.

Najpierw rzucono się na wielkie molochy organizacyjne np. dzielnicowe ZOZ-y w dużych miastach, czy duże szpitale. Dzielono je bądź likwidowano, przepraszam… przekształcano, w zależności od koncepcji i mocy aktualnego reformatora. Teraz ponownie scala się mniejsze jednostki, które często powstały na bazie masy upadłościowej zlikwidowanych olbrzymów. Najpierw powołano Kasy Chorych, potem je zlikwidowano, następnie powstał NFZ, a dziś już słyszymy, że jego dni są policzone. Istny kalejdoskop, a nakłady z budżetu na zdrowie są niezmieniane od lat. Komputeryzacja placówek zdrowotnych do dzisiaj nie została zakończona, a bazy danych nieuporządkowane i nie kompatybilne. Wszystkie te działania przypominają dowcip o mieszaniu herbaty w celu zwiększenia jej słodkości.


Ciekawostka. W przemyśle medycznym nic nie kosztuje wypisanie zwolnienia lekarskiego (forma świadczenia usługi na rzecz instytucji zewnętrznej, jaką jest ZUS) oraz trzyletnia archiwizacja kopii tego dokumentu.
Nawet GIODO zbytnio nie interesuje się sposobem archiwizacji tych "cennych" danych osobowych pacjentów na owych drukach zwolnieniowych.

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/tajemnice_druku_l4_czyli_o_zwolnieniach_lekarskich_inaczej_211348.html


Na koniec

Nadzwyczajna kasta ludzi, najlepiej wykształcona i najbardziej propaństwowa, jak to usłyszeliśmy na Nadzwyczajnym Kongresie Sędziów Polskich, nadała sobie – jak na kastę przystało – przywilej administracyjnej ochrony swojej godności. Nawet za bardzo subiektywne poczucie naruszenia owej godności, nakładają natychmiastową karę na sali sądowej, na tego kto tę godność według nich naruszył. Natomiast w przypadku podobnego zachowania w przemyśle medycznym, prawie zawsze nie spotyka jakakolwiek sankcja tego „naruszającego” godność lekarza bądź innego pracownika medycznego, gdyż twierdzi się, że przecież był on „w desperacji”.


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (22):

Sortuj komentarze:

Kiedy tylko przypomnę sobie Okręgowy Sąd Lekarski w Poznaniu, tak myślę o czymś w rodzaju ustawy dezubekizacyjnej.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dobre.
Znalezione w skrzynce pocztowej:

"Program wykonuje analizę rynku przez 24 godziny na dobę i nie zawiera transakcji ze stratami."

Myślisz, że to ten kierunek, o który pyta przyszła "dętystka"..? ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Znalezione w sieci:

"Jestem w 6-klasie chce zostac dętystą w jakim kierunku mam iść ? ( profil gimnazjum ,licełum itp .)"

Komentarz został ukrytyrozwiń

P.S. Sytuacja z receptą jest z Polski oczywiście. USA przywołuję tylko dlatego, że mam dostęp do informacji stamtąd, a i sama informacja jest, nie zawsze, ale często, "światowym wzorem".

Komentarz został ukrytyrozwiń

A propos statyn. Nie wiem jak jest w Polsce, ale w USA są one "z automatu" obecnie, gdy stężenie cholesterolu całkowitego jest >= 190. Poprzednio było 200 mg/dl, ale to im nie wystarczało i teraz odpowiednio większa liczba ludzi z populacji "się załapie".

U osoby starszej to już nie zbrodnia, a zbrodnia ciężka.
U mnie w rodzinie robimy tak, że aby "nie zrażać lekarza", recepta jest "zamawiana" w recepcji przychodni, po czym realizowana bez statyn.
Pełna i patologiczna fikcja przy nieszczelnym systemie, bo lekarz nie dostaje nawet informacji zwrotnej o tym, że recepta nie została zrealizowana.
No i taka zabawa w kotka i myszkę trwa od lat. Lekarz pieczołowicie wypełnia swoje papierki, a my mamy lekarza "zadowolonego". ;)

A, tłuszcze nasycone w USA obniżyli w oficjalnym zaleceniu z 10% do max 7% wartości energetycznej diety. Ciekawe czy skorygują w górę szacunki odnośnie chorób w przyszłości ..? ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Rzecz cała w tym, że system zmusza do wykonywania i trzymania się procedur, a odstępstwo od nich bądź ich niewykonanie jest traktowane jak złamanie prawa.

Zauważ, skoro już porównujemy do "najlepiej wykształconych", że w obu przypadkach system narzuca trzymanie się procedur. Zarówno wśród "skundlonych" jak i "najlepiej wykształconych" włos z głowy im nie spadnie, gdy dzielnie wypełniają procedury, a one w konkretnym przypadku wiodą wprost do katastrofy... Jeden tylko warunek musi być spełniony, procedura musi być jasno odnotowana, udokumentowana.

I tak, w pierwszym przypadku niech to będzie np. podawanie statyn w czasie "leczenia cholesterolu", a w drugim wydanie (bądź "dostarczenie") wyroku po "prawidłowym" zawiadomieniu podsądnego np. o terminie rozprawy, zwłaszcza cywilnej. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że jakikolwiek doręczyciel zanotuje dwukrotne awizowanie przesyłki (listonosz albo ktokolwiek z kim sąd się umówił na dostarczanie swoich przesyłek) - oskarżony jest wg sądu powiadomiony.

W pierwszym przypadku, gdy wystąpiłby groźny efekt uboczny w czasie leczenie - lekarza prawdopodobnie nie pociągną do odpowiedzialności, zaś w w drugim przypadku, gdy złamią człowieka wyrokiem zaocznym, bądź zablokują mu drogę odwoławczą z powodu "uchybienia terminu" - też nikt w sądzie nie będzie winny. To nie teoria, lecz codzienna praktyka w "niezawisłych" sądach Wymiaru Niesprawiedliwości.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Najbardziej wykształcona kasta nie chce ujawnić wydatków ze swoich kart służbowych.
Itd, itp

Ale.. sędzia orzeka w granicach prawa.
Czy lekarz może ( znów w sensie osobistej odpowiedzialności) leczyć w granicach obowiązujących procedur..?
I czy musi..?

No, łatwo nie macie, przynajmniej ci, którzy "się przejmują".
Ja bym pewnie spać po nocach nie mógł...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Czyż psychiatrzy nie otrzymali super uprawnień? Nie rozmawiałem z kolegami z tej specjalności, więc nie wiem, czy z tego są dumni czy czują się skundleni?

Widać to choćby w przypadku Leszka Pękalskiego, tzw. wampira z Bytowa, który powinien niedługo wyjść z więzienia po odbyciu zasądzonej kary. Sąd nie może go jednak skazać za zbrodnię, którą z dużym prawdopodobieństwem popełni po zwolnieniu, więc zepchnięto odpowiedzialność za potencjalną zbrodnię na... lekarza.

- Niech doktorek podejmuje decyzję o profilaktycznym zamknięciu tego mordercy! Dlaczego my? Najbardziej wykształcona kasta ma to zrobić? - chichoczą kreatorzy i realizatorzy beznadziejnego prawa, jakie ustalili.

Komentarz został ukrytyrozwiń

... nauki medyczne służą do legitymizowania ustalanych procedur w leczeniu.
---------------------------

Zgoda, ale dziś świat się zmienił. W zasięgu ręki jest już nie tylko skrypt z wykładów i biblioteka akademii medycznej. I w tym sensie znów pojawia się osobista odpowiedzialność lekarza...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Konformizm - to jedn z czynników, który doprowadził do takiej kondycji zawodu lekarza, jaka jest dzisiaj. Ale, to tylko jedna z wielu przyczyn, na które lekarz może mieć jakiś wpływ.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.