Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

70967 miejsce

Lekarze i pielęgniarki kontra rząd. Nie tędy droga

Lekarze i pielęgniarki chcą zarabiać więcej. Politycy nie wiedzą, skąd wziąć pieniądze na spełnienie ich żądań. Pat? Niekoniecznie. Oderwijmy się od konfliktu i przyjrzyjmy problemowi.

Ortopeda Grzegorz Golański jeden z lekarzy z Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki, którzy zaostrzyli formę protestu, rozpoczynając strajk głodowy. / Fot. PAP/Grzegorz MichałowskiCzasami rządzący mają możliwość wprowadzenia zmian (w tym przypadku znaczącej poprawy sytuacji lekarzy i pielęgniarek) bez przeznaczania na ten cel ogromnych sum z budżetu. I warto z tych możliwości korzystać.

Problem, przed jakim obecnie stoimy, to nie tylko zarobki lekarzy i pielęgniarek, niewspółmiernie niskie do ich wykształcenia i wkładu pracy. To także kłopoty pacjentów, którzy już teraz często muszą miesiącami czekać na wizytę u specjalisty czy przyjęcie do szpitala. Obie te kwestie są ze sobą ściśle powiązane, ponieważ mają jedno źródło - niedopracowany system opieki zdrowotnej w Polsce. Zresztą „niedopracowany” to nie jest właściwe słowo. System przypomina budynek w stanie całkowitej ruiny, do którego strach wchodzić, ponieważ w każdej chwili może runąć. W tym znaczeniu lekarze i pielęgniarki to tylko jedna, waląca się ściana. Niestety jest to ściana nośna.

Cofnijmy się o prawie dziesięć lat, kiedy to wprowadzano reformę służby zdrowia. Jej celem była m.in. decentralizacja systemu ubezpieczeń zdrowotnych. Powstały znane wszystkim kasy chorych. Gdyby kolejne ekipy rządzące nie chowały głowy w piasek i gdyby ktokolwiek zdecydował się sensownie i do końca przeprowadzić prawdziwą decentralizację, żaden lekarz nie domagałby się dziś pieniędzy od rządu, ponieważ otrzymałby spore podwyżki od dobrze prosperującego zakładu pracy.

Konieczność decentralizacji systemu od początku była oczywista, ponieważ typowa dla poprzedniego ustroju gospodarka centralnie planowana nie sprawdziła się nigdzie i służba zdrowia nie jest tu żadnym wyjątkiem.
Początkowo miały istnieć jedynie kasy regionalne i branżowe, od razu jednak zapowiadano otwarcie rynku i dopuszczenie do niego także prywatnych kas chorych. Dopiero w tym momencie powstałaby prawdziwa konkurencja, zapewniająca rozwój rynku usług medycznych.

Zamiast tego powrócono niestety do centralnego planowania, tworząc jeden, wspólny dla całego kraju, Narodowy Fundusz Zdrowia – NFZ. Tymczasem udało się przeprowadzić inny fragment reformy, który w odizolowaniu przynosi więcej szkody niż pożytku. Usamodzielniono mianowicie zakłady opieki zdrowotnej i przerzucono na nie konieczność dbania o własne finanse.

W efekcie zakłady opieki zdrowotnej muszą zadbać o uzyskanie kontraktów na określoną ilość usług, gdy tymczasem jedynym możliwym podmiotem, któremu wolno te usługi kontraktować jest NFZ. Pieniądze zatem wcale nie idą za pacjentem, jak początkowo zapowiadano. Jest wręcz przeciwnie. Jeżeli bowiem NFZ kontraktuje np. 3 wizyty dziennie u danego specjalisty, podczas kiedy specjalista jest w stanie przyjąć dziennie 30 pacjentów, to nieważne, że kolejki oczekujących wydłużają się, ZOZ i tak nie dostanie pieniędzy za więcej niż 3 wizyty dziennie. Jeśli w wyjątkowej sytuacji przyjęty zostanie dodatkowy pacjent, to zostanie przyjęty za darmo, czyli na koszt ZOZ-u. Podobnie jest z leczeniem szpitalnym. Im lepszy szpital, tym jest mu trudniej. Tam bowiem trafia najwięcej najciężej chorych, w tym pacjenci, którym po prostu nie można odmówić hospitalizacji, nie łamiąc prawa. Trafiają tam także nieubezpieczeni lub potrzebujący świadczeń niezakontraktowanych w wystarczającym zakresie.

NFZ bowiem w praktyce refunduje jedynie część faktycznie ponoszonych przez szpitale kosztów leczenia. Im lepiej i efektywniej szpital leczy chorych - tym gorsza staje się jego sytuacja. W efekcie wpada on w pętlę zadłużenia, bo przecież z drugiej strony powinien zapłacić za zużywane leki i inne środki, za prąd, za wodę itd. Właśnie z tego powodu jak grzyby po deszczu powstały w Polsce firmy zajmujące się handlowaniem szpitalnymi długami.

Tymczasem szpitale dysponują często możliwościami przyjęcia większej ilości pacjentów, tylko nikt im za te usługi nie zapłaci. Stąd nic dziwnego, że pojawiają się opinie zarzucające obecnemu systemowi nie tylko nadmierną kosztowność, ale także poważną nieefektywność.

Rozwiązanie, czyli co trzeba zmienić

A wystarczyłoby, żeby zamiast jednego NFZ istniało kilka lub kilkanaście prywatnych ubezpieczalni, w których pacjenci mogliby wykupywać ubezpieczenie w różnym zakresie. Zapewniłoby to wpuszczenie do ogólnej puli większej ilości pieniędzy, ponieważ część ludzi płaciłaby wyższe niż obecnie składki, wiedząc, że płacąc je, gwarantuje sobie i swojej rodzinie konkretną ochronę. Obecnie płacimy składki jako rodzaj haraczu, ai tak w sytuacji podbramkowej możemy usłyszeć, że najbliższy termin wizyty u niezbędnego nam specjalisty dostępny jest za 3 miesiące, ponieważ NFZ (do którego trafiają nasze składki) wykupił zbyt mało wizyt.

Kolejna zaleta takiej zmiany - konkurujący ze sobą ubezpieczyciele wykorzystywaliby posiadane środki znacznie racjonalniej niż zajmujący się centralnym planowaniem urząd państwowy. W takim systemie pieniądze naprawdę szłyby za pacjentem i ZOZ-y miałyby także środki, żeby konkurować cenowo o dobrych lekarzy i pielęgniarki. Ci ludzie wreszcie mieliby w Polsce pewną przyszłość, na co jak dotąd bezowocnie czekają już od prawie 10 lat.

Jak do tej pory żaden rząd nie odważył się zerwać do końca z myśleniem rodem z poprzedniego ustroju i wprowadzić uczciwą konkurencję do systemu ubezpieczeń zdrowotnych. Pojawiały się obawy o reakcje biedniejszych Polaków na zapewnienie możliwości doubezpieczania się w dalszym zakresie. Wprawdzie jest oczywiste, że każdy wolałby móc dostać się szybciej niż teraz do dobrze prosperującego szpitala niż nie dostać się wcale do szpitala tonącego w długach. Dotąd jednak nie znaleźli się decydenci mający tyle odwagi, żeby zerwać z komunistycznym myśleniem, zgodnie z którym lepiej, żeby wszyscy po równo nie mieli prawie nic, niż żeby wszyscy zyskali, ale jedni więcej, inni mniej.

Tak czy inaczej wybór od dawna jest jeden. Albo wreszcie damy ZOZ-om prawdziwe możliwości finansowania realnych potrzeb, albo na wszystko, czego brakuje, będziemy musieli znajdować pieniądze w budżecie państwa. Doświadczenie podpowiada, że wprowadzenie konkurencji jest i lepsze i tańsze. Szczególnie, że chowając głowę w piasek możemy doprowadzić do sytuacji, że stracimy to, o co od lat nie potrafimy zadbać.

Ostatnio coraz powszechniejszy staje się bowiem dowcip:
„Przychodzi lekarz na rozmowę kwalifikacyjną.
-Do you speak English?
-Eeee, co?
-Świetnie! Jest pan przyjęty!”.

Sytuacja stała się naprawdę poważna. Musimy sobie zdać sprawę, że nawet podwyżki są tylko rozwiązaniem tymczasowym. Naszego państwa nie stać na trzymanie wszystkich sznurków w służbie zdrowia. Nie stać nas na gospodarkę centralnie planowaną. To naprawdę ostatni dzwonek na zmianę systemu na taki, który miałby szansę działać.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (13):

Sortuj komentarze:

(+) Świetny artykuł, genialne rozwiązanie. Myślę że byłabyś bardzo dobrym ministrem :)
Zgadzam się że na tym wszystkim cierpią niestety najbardziej pacjenci którzy są bezsilni. Pozdrawiam

Komentarz został ukrytyrozwiń

(+) "To także kłopoty pacjentów, którzy już teraz często muszą miesiącami czekać na wizytę u specjalisty czy przyjęcie do szpitala".

Komentarz został ukrytyrozwiń

Co czyni Rząd w kierunku rozwiązania konfliktu,bo moim zdaniem NIC.Wstyd mi,że na nich głosowałam. Dwa lata mijają a obiecywanej poprawy nie widać.Służba zdrowia,to najważniejsza ze służb.I powinna być godnie wynagradzana.Jeżeli średnia krajowa wynosi 2700 zł.,to pielęgniarki powinny najmniej tyle netto dostawać.Za swoją trudną pracę,za mycie basenów i pup.Jest to trudna praca.Szanowny Pan Premier też musiał korzystać z usług Służby Zdrowia,kiedy coś tam sobie z lewicą czy prawicą zrobił.O koszyku badań mówi się od kilkuleci i co? I nic. Jesteśmy matołami czy jak?Jeżeli tak jest,to proponuję aby Pan Premier i nie tylko On brali takie same apanaże jak pielęgniarki za 8 godzin pracy.Jeżeli będą pracować 16 godzin,to dwa razy tyle.Ale Oni nie mają członków rodzin na utrzymaniu,więc będzie Im łatwiej.Ale niech spróbują.Protest lekarzy także jest uzasadniony i moim zdaniem co najmniej dwie średnie krajowe lekarz powinien zarabiać,albo i trzy krajowe.To w ich rękach spoczywa nasze zdrowie,które stanowi najwyższą wartość.Ciekawe,ile wynosi IQ rządzących,żeby to pojąć-bo jeżeli to dla nich za trudne,to powinni zejść z planu.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Beato_B - ta ekipa wydaje się być szczegolnie "utwardzona" w biurokracji. A nawet ja robudowuje

Komentarz został ukrytyrozwiń

bardzo dobrze opracowane. plus. wprowadzenie NFZ było jednak ostatecznie powrotem do centralnego zarządzania cała opieka zdrowotną. Wielki urząd - moloch - pochłaniajacy niemałe koszta zarządza metoda urzędniczą. I tak chyba zostały wycenione procedury medyczne - takie same kosztuja róznie w zależnosci od szpitala czy regionu kraju. A więc koszta brane z sufitu.
Równiez ilość konraktowanych usług nijak się ma do potrzeb - stąd kolejki.
Wieczne ciągoty rządzących do ręcznego sterowania wszystkim (jak za komuny) powodują to zawalanie się ściany nośnej.
Czas najwyższy na prywatyzację, w ramach ktorej np.zespoly medyczne lisingowałyby drogi sprzęt szpitalny. Zaczęłoby się zarówno ekonomiczne wykorzystanie sprzętu jak i większa o niego dbałość.
A przede wszystkim realne wyliczenie kosztów.
I masz racje - kasy chorych były lepszym, niestety porzuconym systemem.
Tak wiec "szatani" siedzą nie w słuzbie zdrowia a na najwyższych stołkach państwowych.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jordan, słuszna uwaga. Zawsze warto korzystać z doświadczeń innych państw i uczyć się na ich błędach.
Ps. Nie mamy już w tej chwili kas chorych. Teraz jest po prostu drugi urząd - Narodowy Fundusz Zdrowia. Czyli w efekcie nadal mamy centralne planowanie, ale teraz oprócz właściwego ministerstwa, doszedł nam jeszcze NFZ. Sytuacja jest zatem absurdalna do kwadratu.

Komentarz został ukrytyrozwiń

(+) Zgadzam się z Tobą Marto. Prawdziwa konkurencja wśród kas chorych, na pewno wyszłaby na Polsce na zdrowie. Wprowadzając jednak taki system (mam nadzieję, że prędzej aniżeli później do tego dojdzie) należy zwrócić uwagę na kilka haczyków. Jednym z nich jest założenie równości wszystkich ubezpieczonych. tzn, że każdy ubezpieczony ma taką samą składkę, nie zależnie od stanu zdrowia, bądź ryzyka zachorowania. Wiem, że to zabrzmi to szokująco, ale ta zasada kiepski pomysł. Choć według moralnych i etycznych zasad osoby o zwiększonym ryzyku choroby nie powinny być karane wyższą stawka ubezpieczenia, to jednak mechanizmy rynku wymuszają taką sytuację. Należy się zastanowić, jakimi bodźcami będą się kierować kasy chorych, jeśli nie będą mogły podnieść stawki osobom powodujących większe koszty. Otóż w tym przypadku zaczną polować na zdrowych i młodych mężczyzn, utrudniając życie starszym paniom. To wymusza marnotrawienie środków na reklamę zamiast na świadczenia zdrowotne. Taką sytuacje przeżywa Szwajcaria. Co roku musiano zmieniać przepisy i regulować rynek, a kasy chorych wymyślają nowe sposoby, aby je ominąć i być konkurencyjnymi.

Myślę, że prywatyzacja służby zdrowia to jedyne rozwiązanie, lecz w ramach zdrowego rozsądku. Ludzie niedbający o swoje zdrowie, powinni liczyć się z tym, że ich stawki ubezpieczenia wzrosną (np. palacze, pijący za często i za dużo etc.) Tak jak to ma w przypadku ubezpieczeń samochodów. Nieostrożni kierowcy płacą więcej. Natomiast ludzie chorzy, nazwijmy to „nie ze swojej winy“, powinni być dotowane przez fundusz wyrównujący stawki. Ważne, aby stworzyć taki system, który prowokowałby prewencje i dbanie o zdrowie społeczeństwa.

Aby zilustrować jak ważne to jest podam, trochę już nie realny przykład z historii Chin. Otóż w starożytnych Chinach przydworny lekarz dostawał wypłatę tylko wtedy, gdy jego pacjenci byli zdrowi. Jeśli byli chorzy tzn, że źle pracował. Tym optymistycznym akcentem kończę mój przydługawy wywód.

Komentarz został ukrytyrozwiń

(+) "Musimy sobie zdać sprawę, że nawet podwyżki są tylko rozwiązaniem tymczasowym. ... To naprawdę ostatni dzwonek na zmianę systemu na taki, który miałby szansę działać" - dziwi mnie, że tego nie rozumieją lekarze. Jako ludzie z zasady inteligentni, powinni rozumieć, że drogą do zwiększenia ich pensji jest w pierwszej kolejności zmiana systemu, a nie podejmowanie strajków, poprzez które tracą poparcie społeczeństwa.
Strajk TAK, ale taki, którego PIERWSZYM postulatem jest zmiana systemu, która pomoże WSZYSTKIM - lekarzom i pacjentom, i który dzięki temu będzie miał poparcie WSZYSTKICH!
Podwyżki dla lekarzy TAK, ale niech one będą wynikiem zmiany systemu, a nie przesuwania kasy z jednej kieszeni do drugiej.
Szkoda, że artykuł nie widzi światła dziennego :(
"Lekarze i pielęgniarki kontra rząd. Nie tędy droga" - na pierwszą stronę ! :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

(+) Bardzo spójny, logiczny wykład.

Komentarz został ukrytyrozwiń

+

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.