Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

53373 miejsce

LEMAR "The truth about love"

Jedni go kochają inni przeklinają. W Wlk. Brytanii wciąż prowadzi w rankingu artystów soul'owych. 27-letni Afrykańczyk z brytyjskim obywatelstwem od 2002 roku podbija europejskie listy przebojów. Z jakim skutkiem? Sprawdźcie sami.

Lamar, Sopot 2005 Zapewne większość z Was pamięta If There’s Any Justice , jeden z najbardziej promowanych i rozpowszechnianych przez stacje radiowe i telewizyjne numerów roku 2004. Ich autor powraca z trzecim i najlepszym jak dotąd albumem.

The Truth About Love wydana nakładem BMG Music UK, jest podróżą w świat emocji, które przeżywamy będąc zakochanym. Jak podkreślił 27-letni Lemar, udzielając wywiadu portalowi Female First: „ słowo miłość zawarte w tytule w kontekście słów znajdujących się na płycie piosenek jest ekwiwalentem bólu, złamanego serca i frustracji ”. Po przesłuchaniu albumu stwierdzam, że uczucie frustracji towarzyszy nie tylko jego tekstom, ale także odbiorcom, którzy z różnych przyczyn zmuszeni są do przesłuchania albumu od pierwszego do ostatniego kawałka.

Każdą regułę potwierdzają wyjątki i tak w przypadku tego krążka znaleźć można kilka naprawdę dobrych, dopracowanych i przyjemnych tzw. „ładnych piosenek”. I tu bez wątpienia należy zwrócić uwagę na sielankowe, wpadające w ucho od pierwszego szarpnięcia strun i odstresowujące Tick Tock, które w przypadku braku adaptacji przez Lemara, równie dobrze nadawałoby się na ścieżkę pod „ Małe pieski dwa chciały przejść przez rzeczkę, nie wiedziały jak zrobiły kładeczkę ..” Dobrym numerem jest Can’t You See z gościnnym udziałem Styles P i niewiele starszą od naszego bohatera Micą Paris.

Moim skromnym zdaniem płyta jest jak dwie poprzednie. Czyli leci sobie, leci. Nagle się kończy a Ty nie zauważasz nawet przerw między kawałkami. I nie dlatego, że są takie świetne, tylko dlatego, że są tak bezpłciowe. Przykre to i nie pozostaje mi nic innego, jak ubolewać nad tym, że człowiek o całkiem przeciętnym czarnym głosie i ogromnych możliwościach wokalnych (których przykładem może być chociażby Let’s stay together zaśpiewane w Fame Academy w 2002 roku) tak się marnuje.

Wizerunek grzecznego, pokrzywdzonego chłopca na pewno mu nie sprzyja. Jak powiedział jeden z polskich recenzentów muzycznych: „Gdyby było choć trochę sprawiedliwości na tym świecie, Lemar nigdy nie wydałby płyty ”. I coś w tym jest, bo człowiek, który podpisuje kontrakt na 5 krążków, współpracuje m.in. z takimi ludźmi jak Styles P i Joss Stone, ma dostęp do sprzętu XXI wieku, powinien zaskakiwać z płyty na płytę.

To smutne, że pomimo starań producentów, jego tkwienie w klimacie i czasach, w których rządził Marvin Gaye jest tak nieudolne. Posłuchajcie Anniversary. Najpierw uuuaaa beejbee uujeejeea, w tle prezentacja damskich możliwości wokalnych. Po chwili jego partia wokalna na spokojnym chill'owym podkładzie i ładnie wpleciona sekcja dęta. Za moment fajne nakładki chórków a suma summarum kawałek nudny i bez wyrazu, dokładnie tak jak jego autor.

Nie wiem w czym tkwi problem, ale na pewno jego częścią jest brak inwencji twórczej i pierwiastka, który sprawiłby, że Lemar znalazłby się w rankingach obok Dwele i Raheem’a Devaughn. Ale jak sam Nigeryjczyk śpiewa It’s not that easy …

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (5):

Sortuj komentarze:

i niestety nie jest on kroplą w morzu....

Komentarz został ukrytyrozwiń

Właśnie i przykładem na to , że "niektorym nie pomagaja znakomici muzycy, producenci i sprzet.....;) " jest właśnie Lemar.

Komentarz został ukrytyrozwiń

a czemu nie napisałaś, że płyta jest lepsza od poprzednich pod wzgledem producenckim? to wazne czy plyta w tym wzgledzie jest lepsza czy innym - np. tekstowym. osobiscie zreszta to ze plyta jest lepsza pod wzgledem produkcji napisala bym chyba na koncu recenzji.... swoja droga to niektorym nie pomagaja znakomici muzycy, producenci i sprzet.....;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Niezupełnie. Konsekwentna jestem w 100% Bo płyta jest pod wieloma względami jak dwie poprzednie. Przede wszystkim pod jednym podstawowym : monotonia, nuda i bezpłciowość Lemara promieniująca z większośći kawałków - to jednak nie zmienia faktu, że pod względem chociażby produkcj pod przewodnictwem Brian'a Rawling'a-współpracującego wcześniej m.in. z Lionel'em Richie, Micą Paris czy Tiną Turner - płytą jest LEPSZA. Do tego wsparcieł basisty Pino Palladino,perkusisty Earl'a Harvin'a i klawiszowca Andy'ego Wallace'a grającego wcześniej u Mary J Blige, D'Angelo, Common'a, Seal'a i Maxi Priest'a. Instrumentami smyczkowymi zajał się Jerry Hey ( Earth Wind and Fire, George Benson, Christina Aguilera i Michael Jackson) a wszystko zmiksował Manny Marroquin (Kanye West, Alicia Keys, John Legend,). Przy takim supporcie nawet Lemar nie mógł sprawić, że płyta będzie równie kiepska jak dwie poprzednie. I pod względem produkcji na pewno krążek jest ciut lepszy od Dedicated (2003) i Time To Grow (2004). Jego fani musieli w końcu czekać na ów nowość prawie 2 lata..

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nie jesteś konsekwentna. Piszesz że:
"Ich autor powraca z trzecim i najlepszym jak dotąd albumem",
po czym dowiadujemy się, że:
"Po przesłuchaniu albumu stwierdzam, że uczucie frustracji towarzyszy nie tylko jego tekstom, ale także odbiorcom, którzy z różnych przyczyn zmuszeni są do przesłuchania albumu od pierwszego do ostatniego kawałka." i "Moim skromnym zdaniem płyta jest jak dwie poprzednie. Czyli leci sobie, leci. Nagle się kończy a Ty nie zauważasz nawet przerw między kawałkami. I nie dlatego, że są takie świetne, tylko dlatego, że są tak bezpłciowe."

ale pomimo tego niezła, zwięzła recenzja :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.