Facebook Google+ Twitter

Letnie podróże z Małgorzatą Szejnert i jej książką "Wyspa klucz"

  • Źródło: Gość dnia
  • Data dodania: 2009-08-10 20:14

Lato to czas wypoczynku i wojaży. Niektórzy zwiedzają nieznane zakątki swojego kraju, a inni wybierają się poza jego granice, np. na Karaiby, aby tam zachwycać się ich pięknem i doświadczać różnych przeżyć. Ja natomiast proponuję zwiedzić wybrzeże Nowego Jorku, a konkretnie Ellis Island. Zapraszam więc w taką niecodzienną podróż… podróż w czasie. To wszystko jest możliwe dzięki Małgorzacie Szejnert i jej książce “Wyspa klucz”.

Wyspa Klucz / Fot. foto okładkiJak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenosimy się mniej więcej do 1600 roku na wysepkę Kiosh (Wyspę Mew) i poznajemy zamieszkujących ją Indian Lenni Lenape. Na przestrzeni wieków wyspa przechodzi z rąk do rąk. A w roku 1774 zostaje nabyta przez Samuela Ellisa - kupca rybnego. I to właśnie jego nazwisko będzie nosić ta wysepka. Wkrótce zacznie tu przypływać ludność z Europy, aby zacząć nowe życie. Cudowne życie w Ameryce.

Ellis Island - to miejsce, które miało być bramą do raju, do spełnienia, do realizacji marzeń, do lepszego życia. Ale tylko dla niektórych ludzi. Bo jak się wkrótce okaże, dla innych stało się drogą do piekła.

Do nieznanego kraju przybywają tysiące imigrantów, którym zabrakło u siebie chleba, bezpieczeństwa, wolności. Płyną żaglowcami i parowcami, stłoczeni jak śledzie w beczce. W warunkach urągających godności człowieka. Często wśród chorych na malarię, odrę, szkarlatynę. Bez kąta do spania czy miejsca do załatwiania swoich fizjologicznych potrzeb.

Dlaczego podróżują w takich warunkach i dlaczego płyną do Ameryki? Bo jak rzekł jeden z nich “to kierunek, gdzie jest nadzieja”. Jednak wielu z nich nadzieję tę straciło. Szybko, bo zaraz po postawieniu stopy na wyspie. No bo jak mieli się czuć, kiedy lekarz inspekcyjny oglądał ich jak zwierzaki na targu i decydował o ich dalszym losie? Mając niespełna 6 sekund przeznaczone na jedną osobę, na oko oceniał ich kondycję fizyczną i psychiczną. Kiedy coś mu się nie spodobało, na ubraniu lub ciele badanego kreślił litery sugerujące chorobę. “Fachowiec” był nieomylny. A od znaków kredowych nie dało się już uwolnić. Były jak wyrok.

Ci, co mieli szczęście, przebywali na wyspie kilka godzin. Inni kilkanaście miesięcy, aby później wkroczyć do wymarzonego raju. Niektórzy zostali deportowani, a pozostali zamiast znaleźć się w krainie mlekiem i miodem płynącej, trafiali do szpitala psychiatrycznego. Wyglądał on jak “dom z cegły, z ostrym zardzewiałym żelaznym płotem… To grób dla żywych. Kiedy zajrzymy do ciasnego wnętrza, widzimy czternaście klatek z żelaznych arkuszy i prętów a w każdej jest żelazna koja lub dwie, zawieszone przy ścianie… i nie ma tam światła”. Tak właśnie opisuje panujące tam warunki doktor Salmon, który został skierowany do pracy na na Ellis Island. Jeden z tych, którego cechowała szczególna wrażliwość na losy ludzkie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Recenzja niezwykle zachęcająca.+++++

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ewa, napisałaś cudowną recenzję. Emigracja to szczególne zjawisko towarzyszące człowiekowi od dawna i zawsze trudne do przeżycia. Współczesny emigrant tez ma swoje piekiełko, chociaż nie jest tak drastycznie narażony na kaprys "selekcjonera" , ale musi pokonać wiele , nawet bardzo wiele. Człowiek to bardzo silna istota. Powiem szczerze nie rozumie wielu "tułaczy"

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.