Facebook Google+ Twitter

Lewica na mieliźnie

Donald Tusk i Jarosław Kaczyński powinni być wdzięczni lewicy. Dzięki bowiem rozbiciu i wiecznym kłótniom tych, którzy zasiadają w sejmowej sali obrad po lewo, od kilku lat PO i PiS może beztrosko toczyć swój zacięty pojedynek.

 / Fot. www.statki.infoSojusz Lewicy Demokratycznej jeszcze do niedawna był główną siłą w polskim parlamencie. Jest to jedyna partia, która „wydała” czterech premierów polskiego rządu. We wrześniu 2001 roku, wspólnie z Unią Pracy (SLD-UP), wygrała wybory parlamentarne osiągając aż 216 mandatów.

Jednak słynna „Rywingate”, a także inne liczne afery i skandale z udziałem członków SLD przyczyniły się do znacznego spadku poparcia dla partii. Dodatkowo, ugrupowanie osłabiały konflikty wewnętrzne w wyniku których, wiele symboli polskiej polityki takich jak: Marek Belka czy Włodzimierz Cimoszewicz, zdecydowało się opuścić Sojusz. Kłopoty lewicy ostatecznie doprowadziły do zmiany politycznej warty w Polsce. Stery Rzeczpospolitej objęła prawica (w 2005 roku Prawo i Sprawiedliwość, a dwa lata później Platforma Obywatelska).

W SLD zrodził się pomysł odmłodzenia szeregów, jednak nie przyniósł on zamierzonych rezultatów. Co więcej, sytuacja jeszcze się pogorszyła. W wyborach parlamentarnych w 2011 roku, ówczesny przewodniczący partii Grzegorz Napieralski, doprowadził do politycznej kompromitacji Sojuszu, uzyskując niewiele ponad 8 % poparcia (to najgorszy wynik w całej historii tego ugrupowania).

Władze partii postanowiły więc wrócić do korzeni. Szefem klubu ponownie został Leszek Miller. Miał on przywrócić Sojuszowi dawny blask i powrócić z nim na szerokie, polityczne wody. Jednak czy obrany przez niego kurs jest rzeczywiście właściwy?

Na polskiej scenie politycznej od 8 lat nieprzerwanie „dzieli i rządzi” prawica. Stosunkowo duża reprezentacja w parlamencie PO i PiS, dość stałe i wysokie (około 30-procentowe) poparcie dla każdej z tych partii, a także ostry spór między nimi powodują, że praktycznie w całości zawłaszczają sobie one uwagę mediów i tym samym opinii publicznej. Zajmujące lewą część sejmowej sali obrad SLD i Ruch Palikota są zbyt małe i słabe, aby w pojedynkę zagrozić bulgoczącemu POPiS-owi. Jeśli więc lewicy marzy się odzyskanie dawnej świetności musi się przede wszystkim, w miarę możliwości zjednoczyć i opracować, choć w niektórych dziedzinach, wspólny i jasny program.

Lecz póki co, częściej górę biorą osobiste animozje i wzajemne uprzedzenia lewicowych liderów, niż wspólny i rzeczywisty interesich ugrupowań. Nieufność Leszka Millera wobec Janusza Palikota, a także jego antypatia do prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego spowodowały, że obecny szef SLD odrzucił propozycję uczestnictwa w projekcie Europa Plus. Głównymi założeniami tego ruchu, oprócz wystawienia wspólnych list lewicy w wyborach do Europarlamentu w 2014 roku, jest ogólne pogłębienie współpracy środowisk lewicowych, a w dalszej perspektywie wygranie wyborów samorządowych i parlamentarnych. Jednak liderowi SLD ta inicjatywa nie przypadała do gustu. Co więcej, niechęć byłego premiera do tego przedsięwzięcia była tak duża, iż popierający projekt Ryszard Kalisz, został przez sąd partyjny nawet wyrzucony z Sojuszu. Rzekomym powodem była bliżej nieokreślona nielojalność wobec partii. I choć Leszek Miller twierdzi, iż decyzję o usunięciu Kalisza podjął sąd partyjny, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to właśnie szef klubu poselskiego SLD był głównym sprawcą pozbawienia popularnego „Henia” członkostwa w partii (ksywę tą Ryszard Kalisz zyskał za sprawą okularów, które upodobniły go do Henia, bohatera reklam jednego z hipermarketów).

Trzeba przyznać, że szanse powodzenia projektu Aleksandra Kwaśniewskiego i Janusza Palikota, jakim jest Europa Plus, są dość wątpliwe. Jednak nie zmienia to faktu, iż pozbywanie się jednego z najbardziej doświadczonych i społecznie lubianych członków Sojuszu, praktycznie tylko za to, że zdecydował się wyrazić pochlebną opinię o tej inicjatywie, wydaje się być co najmniej pochopne, by nie powiedzieć mało rozsądne. Zwłaszcza, że obecnie Sojusz Lewicy Demokratycznej poza legendą i znanymi (często już byłymi) członkami nie posiada zbyt wiele atutów. Szczególnie w kontekście rywalizacji o wyborców.

Sytuację SLD można porównać do starego, morskiego okrętu. Niegdyś była to silna polityczna fregata, mająca wysokie maszty, duże żagle i sprawną załogę. Dziś zrobiła się z niej dogorywająca łajba, której ząb czasu połamał maszty, porwał żagle, a załoga korzystając z pobytu na mieliźnie w większości uciekła na suchy ląd, po to aby z bezpiecznego, piaszczystego brzegu obserwować zmagania reszty śmiałków, którzy zdecydowali się jednak pozostać na pokładzie. Statku nie opuścił również kapitan. Niezwykle doświadczony i niemniej dumny żeglarz, który cały czas wierzy, że pogoda zacznie mu wreszcie sprzyjać i dostanie tak upragniony wiatr w żagle. Jednak warto, aby pamiętał, iż zanim wiatr zacznie w te żagle dmuchać, trzeba pozszywać poszarpane płótno i naprawić połamane bale. A wyrzucając za burtę ostatnich swoich doświadczonych żeglarzy, ciężko mu będzie tego dokonać. Co gorsza, postępując w ten sposób może ugrząźć w mule na długi czas i tym samym sprawić, że prawicowe okręty staną się nie do doścignięcia. Nie tylko przez jego żaglowiec, ale i przez resztę lewicowej floty.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.