Facebook Google+ Twitter

Lewica powinna mieć dużo większe poparcie niż poprzednio

O przyszłości lewicy, wrocławskiej tolerancji, pomocy niedosłyszącym i polskich akcentach w Parlamencie Europejskim rozmawiam z europosłanką Lidią Geringer de Oedenberg.

Radomir Wit: Jakiś czas temu wrocławskie dzienniki rozpisywały się o incydencie związanym z przyjazdem do Wrocławia koszalińskiego studenta, który miał wziąć udział w imprezie „Pociąg do dobrych butów”. Maciej, bo tak się nazywał, został zakwaterowany w akademiku Jubliatka, po czym po kilku godzinach został z niego wyrzucony tylko i wyłącznie za to, że chodził w 10-centymetrowych szpilkach. Jak mogło dojść do czegoś takiego w mieście, które uważane jest za miejsce tolerancji i szacunku wobec różnych kultur religijnych, seksualnych i narodowościowych?
Poseł Lidia Geringer de Oedenberg. / Fot. Radomir WitLidia Geringer de Oedenderg: Bardzo mi trudno wyobrazić sobie taką sytuację, a przede wszystkim karygodny brak poczucia humoru. Bo wyobrażam sobie, że ten student odpowiednio zachowywał się. Z tego, co czytałam, była to po prostu akcja, która wiązała się akurat z takim strojem. Z jednej strony to po prostu śmieszna sytuacja, a z drugiej strony pokazuje, niestety, brak nie tylko poczucia humoru, ale przede wszystkim brak tolerancji i zrozumienia, a to jest niepokojące. Nie można oceniać ludzi po stroju, wyglądzie, kolorze skóry czy religii. Trzeba oceniać ludzi po ich czynach. Sądzę, że wobec tego incydentu wytworzyła się niepotrzebna awantura. Na pewno nie jest nam potrzebny wizerunek osób, które się boją jakichkolwiek inności. Ja nadal
traktuję to jako pewnego rodzaju żart. Myślę, że gdy się popełnia tego typu gafy, należy przeprosić i zapomnieć. Oby tego już więcej nikt nigdy nie doświadczył.

Wrocławska tolerancja ostatnio przeżywa chyba spory medialny kryzys. Wystarczy spojrzeć na zachowanie radnego Skoczylasa, który bardzo kategorycznie zareagował na żart primaaprilisowy "Gazety Wyborczej". W mocnym liście nazwał homoseksualizm poważną dewiacją, ubliżał tej mniejszości seksualnej. Czy tak powinno się reagować na żarty?
- To też jest przykład tak dziwny i tak trudny do zrozumienia, uwzględniając na dodatek fakt, że mówimy o kimś, kto jest satyrykiem. Cała akcja odbyła się 1 kwietnia, a tego dnia wszyscy sobie robimy żarty, i to w całej Europie, nie tylko w Polsce. Czytając ten artykuł pierwszego kwietnia od razu wiedziałam, że to żart. Pomyślałam: "Dobrze, że te osoby biorą udział w takim żarcie, bo to oddaje ich dystans". Pomyślałam jednak inaczej niż ci, którzy zostali wymienieni w artykule - okazało się, że satyrykom brak poczucia humoru. A sam tekst, który radny Skoczylas wysłał jako sprostowanie do "Gazety Wyborczej" jest po prostu tekstem homofonicznym.

Jaki jest więc dystans wrocławskich polityków do własnej działalności? Pani swojego czasu otrzymała od posła Jarosa list gratulacyjny w związku z incydentem z rzekomą zmianą nazwy Wrocławia… Pani ten list przyjęła?
- Tak, ponieważ zgadzam się z tym - też uważam, że Wrocław jest nazwą właściwą i jedyną dla naszego miasta. Zgodziłam się i nie czułam się w żaden sposób urażona. Tym nie mniej jednak, cała akcja była wymierzona niejako przeciwko mnie. Wymyślona przez "Gazetę Wyborczą" historia zaowocowała tym, że do dzisiaj muszę się tłumaczyć z tego, że nie zamierzałam zmieniać nazwy naszego miasta na żadną inną. Ale na przykład lecąc niedawno do Strasburga wysiadałam jak zwykle z samolotu we Frankfurcie i pan, który czekał na mnie i na innych posłów miał wyświetlony napis, że przyleciał samolot z „Breslau”, a na kartce miał napisane, że ja przylatuję z Wrocławia.

Pani dostała list gratulacyjny od posła Jarosa, a jakiś czas temu wrocławskie środowiska młodej lewicy postanowiły wręczyć radnemu Skoczylasowi honorowy tytuł „Homofoba Roku”. Młodzi socjaldemokraci chcieli wręczyć tytuł przed sesją rady miasta, czekali na pana radnego, ten jednak po prostu przed nimi uciekł, wchodząc na salę drzwiami, które nie są dostępne dla mieszkańców. Tak się zachowuje ktoś, kto popełnił gafę?
- Trudne pytanie, ale wszystkie próby poprawiania gaf zwykle owocują następnymi gafami. Jeśli człowiek się pomyli, popełni jakąś gafę, po prostu trzeba przeprosić i skończyć temat, nie ma innego wyjścia.

Za swoje błędy nie przeprasza jednak Janusz Krasoń, który pomimo tego, że odpowiada za kryzys dolnośląskiej lewicy, raz popierając, a raz negując projekt LiD, po raz kolejny został przewodniczącym dolnośląskiego SLD. Tyle mówi się ostatnio o odmładzaniu lewicy, a w tym przypadku zostało to samo kierownictwo z wysoką średnią wieku.
- Ja nie uczestniczę de facto w polityce polskiej, jeśli chodzi o działalności partii, ponieważ jestem właściwie przez cały czas zagranicą. Mam informacje głównie ze spotkań. Myślę, że zachowania Janusza Krasonia nie należy rozpatrywać w kontekście gaf. LiD był projektem wyborczym. Projektem tylko polskim, ponieważ w Parlamencie Europejskim nie było takiej koalicji, Demokraci są z w zupełnie innej grupie politycznej. Dla nas to było oczywiste, że możemy być w LiD w kraju, a bez LiD poza nim. Wydawało mi się, że ten projekt został dobrze przyjęty przed wyborami i w czasie ich trwania. Konsolidacja, która była czymś dobrym, pokazywała, że można budować zgodę, ale okazało się, że nie przyniosła takiego efektu politycznego, jaki był oczekiwany. W polityce nie ma aliansów, koalicję buduje się w zależności od zapotrzebowania politycznego. W kraju nie miałam żadnych wcześniejszych sygnałów, że LiD się może rozpaść i wydaje mi się, że nikt nie miał takich. A wybór posła Janusza Krasonia świadczy o tym, że cieszy się zaufaniem, to była zresztą jedyna kandydatura i uzyskała dobre poparcie. Dano następną szansę do tego, by umacniać lewicę, bo każdy kolejny podział będzie nas tylko osłabiał. Wydaje mi się, że to dobrze, że daje się drugą szansę nawet jeśli ktoś popełnił błędy. Tylko ci, którzy nic nie robią, nie popełniają żadnych błędów.

Na zjeździe dolnośląskiego SLD pojawił się poseł Wojciech Olejniczak. Czy on również dostanie drugą szansę i obejmie ponownie stery w SLD? Czy może nadszedł czas posła Napieralskiego?
- Zdaje się, że siły są rozłożone dosyć równomiernie. Myślę, że nie można się kierować emocjami, kogoś lubi się bardziej lub mniej za wypowiedzi. W ocenach trzeba sięgnąć nieco wstecz i zobaczyć, jakie były założenia, w jakich warunkach Wojciech Olejniczak przyjmował przywództwo nad partią. Jest to osoba bardo młoda. Olejniczak był dobry ministrem rolnictwa, miał bardzo dobre oceny jako szef resortu. W czasie gdy on za nie odpowiadał, rolnictwo dopiero wchodziło do UE. Było dużo pracy zarówno w kwestiach formalnych jak i i na przykład związanych z pierwszymi dopłatami bezpośrednimi. I ta praca została dobrze wykonana przez Wojciecha Olejniczaka.

A jaką przyszłość prognozuje Pani Poseł europejskiej lewicy? Zasłuży na zaufanie wyborców?
- To jest jeszcze trudniejsze pytanie. Po pierwsze nie mamy ostatecznie potwierdzonej ordynacji, nie wiemy, czy stara będzie w mocy, czy też, jak zapowiadają niektórzy politycy, będzie ustalona zupełnie nowa. To wiele zmienia, bo jeśli cała Polska byłaby jednym okręgiem wyborczym, to inaczej rozkładałyby się wyrazy poparcia i sympatii aniżeli w przypadku dotychczasowej ilości regionów i okręgów. Mój okręg, to całe województwo dolnośląskie i opolskie, zatem można powiedzieć, że więcej niż niejedno państwo w Europie. Ja jestem za ordynacją, żeby okręgi mniejsze wybierały swoich posłów, bo wtedy można mieć rzeczywiście kontakt z ludźmi – ma to formę ścisłej współpracy. W przypadku centralnej listy, posłowie będą głównie z Warszawy i wątpię, by znajdowali czas na to, żeby pracować z ludźmi w regionie.

Lewica osiągnie sukces?
- Lewica jest proeuropejska od samego początku, kiedy tylko była rozpatrywana perspektywa wejścia Polski do UE. W Parlamencie Europejskim prawie połowa polskich posłów to przeciwnicy Unii. W 2004 bardzo silna była LPR, Samoobrona i PiS - to wszystko są posłowie, którzy albo negują nasze wspólne inicjatywy, albo bardzo sceptycznie im się przyglądaj, te partie w PE nadal tworzą koalicję. Myślę, że w przyszłych wyborach, ponieważ Polacy są generalnie bardziej proeuropejscy, mówi się nawet o ponad 80 proc. poparcia dla UE, te ugrupowania, które są eurosceptyczne albo antyeuropejskie będą miały dużo mniejsze poparcie niż poprzednio. Już nie boimy się, że ktoś przyjdzie, coś nam zabierze albo w jakikolwiek sposób nam zagrozi. Lewica powinna mieć dużo większe poparcie niż poprzednio.

Czyli europejscy socjaliści nie będą już drugą siłą w PE, tylko pierwszą?
- To jest w tej chwili nie do przewidzenia, bo w Polsce sytuacja wygląda tak, że jesteśmy bardziej proeuropejscy, ale w niektórych starych krajach członkowskich zwyciężają siły, które są nie do końca proeuropejskie, coraz silniejsze są również partie antyeuropejskie, czy wręcz takie o korzeniach nacjonalistycznych i separatystycznych. Druga pozycja jest na pewno niczym niezagrożona, będziemy walczyć o pierwszą.

Jest Pani jednym z aktywniejszych polskich europosłów. Ostatnio Pani działania skierowały się w stronę europejskich głuchoniemych. Pani idea została podchwycona przez polską lewicę i za pośrednictwem posła Krasonia do Sejmu wpłynął wniosek, który związany jest z podjętymi przez Panią działaniami. Kiedy możemy liczyć na ich pierwszy efekty?
- Celem tej inicjatywy jest zapewnienie odbioru telewizji publicznej wszystkim osobom, które nie słyszą lub niedosłyszą. Idea polega na umieszczaniu napisów do programów. Napisy mają być opcjonalne, można je włączyć lub wyłączyć w zależności od własnych potrzeb. To nie ma nikomu w niczym przeszkadzać, tylko ma pomóc osobom z problemami ze słuchem. W wielu krajach w Europie już podejmuje się tego rodzaju działania. Na przykład w Wielkie Brytanii BBC zapewnia 100 proc. programu z napisami. Wracając do Polski, bardzo mnie cieszy, że polska lewica wyraziła chęć nowelizacji ustawy medialnej. Zmiany mają nakazać telewizji publicznej doprowadzenie do tego, że wszystkie programy miałyby możliwość dostępu do napisów. Mówię specjalnie o dostępie, dlatego, że w niektórych programach stosuje się język migowy, który służy głównie ludziom, którzy nie słyszą od urodzenia albo nauczyli się tego języka. Natomiast osoby starsze, a wśród grupy, która jest po 60 roku życia już prawie połowa Europejczyków niedosłyszy, będą mogły korzystać właśnie z tej opcji czytania. Z drugiej strony napisy będę też wspomagać naukę języków obcych.

Trzymam kciuki za tę inicjatywę. Kończąc chciałbym jeszcze na chwilę wrócić do wrocławskiego SLD i powstałego niedawno gabinetu cieni. W jego szeregach pojawiło się wiele znanych, sprawdzonych i nie zawsze efektownie działających nazwisk, za mało jest tam młodych zwolenników lewicy. Czy ten pułap wiekowy nie jest za wysoki?
- Widzę coraz więcej aktywności ze strony młodych. Pojawia się wiele nowych twarzy również we władzach wrocławskiego SLD, z czego się bardzo cieszę . Na co dzień współpracuję z młodymi osobami z lewicy i to nie tylko z tymi zrzeszonymi, ale po prostu takimi, które chcą być aktywne i działać dla innych. To dobrze, że powstał gabinet cieni, wiele partii je buduje, to jest rodzaj cenzurowania na bieżąco tego, co robi władza, to zawsze i władzy wychodzi na dobre, i tym, którzy kontrolują. Obywatele oczekują kontroli nie tylko ze strony mediów, ale także opozycji. Opozycja lewicowa we Wrocławiu jest słaba, ale być może jest to pierwszy krok do jej wzmocnienia. Wracając jeszcze do młodych, bez nich, nie wyobrażam sobie, żeby jakakolwiek partia mogła się rozwijać, a szczególnie partia lewicowa, która zawsze chce wybiegać do przodu. Lewica europejska jest najbardziej twórcza, to awangarda, czasami jest to być może wybieganie zbyt daleko do przodu, ale bez tych idei i dalekosiężnych planów Europa w ogóle nie mogłaby się rozwijać.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.