Facebook Google+ Twitter

LIFFE 2013 - ostatnia porcja wrażeń

Festiwal w Lublanie już za nami, wciąż jednak kilka filmów zostało nierozliczonych. Na liście mamy Jarmuscha, braci Cohen i Gilliama - między innymi - więc nie sposób się z obowiązku wymigać.

 / Fot. plakatPrzyznam, że żaden z wielkich bohaterów tego festiwalu nie ujął mnie tak, jak udało się to wielu mniejszym graczom. I to wcale nie dlatego, że były to złe filmy.

"Co jest grane, Davis?" braci Cohen będzie oczywiście kinowym hitem i znajdzie się na liście ulubionych wśród fanów braci Cohen, bo to bracia Cohen i w filmie da się to wyczuć. Mocne poczucie humoru, cięte dyskusje, całkiem ciekawa historia muzyka, który mieszka w Nowym Jorku i gra kompletnie niepopularne rzeczy, na dodatek nie bardzo mu idzie zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym. To czas jazzu i bóg wie czego jeszcze, ale nie akurat tego, co gra Llewyn. Dostajemy w prezencie kilka popisowych dialogów (w tym ten z Rolandem Turnerem podczas przejażdżki do Chicago na temat skakania z mostów), kilka naprawdę absurdalnych sytuacji (szczególnie wszczynane przez głównego bohatera kłótnie się w tej kategorii świetnie mieszczą), leitmotif kierujący akcją (rudy kot) i dobrą oprawę muzyczną. Mimo to nie jest to szczyt Cohenowskich możliwości. A jak wiadomo, stać ich na geniusz.



Z Jarmuschem jest podobnie, choć tutaj właściwie sprawa była wyczuwalna. A właściwie - można się jej było domyślić. Jarmusch jest mistrzem wolnego kina, w którym tak na dobrą sprawę nic się nie dzieje - to filmy filozoficzne, metaforyczne, zmysłowe i przemyślane, pozostawiające jednak sporo miejsca wyobraźni widza. Od niego zależy, jaki rodzaj kina zobaczy w jego dziele, i jakie treści z niego wyczyta (chyba najbardziej skrajnym tego przykładem było "Limits of Control"). Jarmusch robi kino luksusowe: wolne, piękne, bez parcia na opowiadanie niezapomnianych historii, ale estetycznie absolutnie zadowalające.
W "Tylko kochankowie przeżyją" śledzimy historię pary wampirów - ale nie jest to ani horror, ani kino akcji, tym bardziej brakuje w nim pikantnego seksu czy bezlitosnego wypijania niewinnych ludzi. Wszystko jakoś dziwnie racjonalne, niemalże pragmatyczne, a te wieczne istoty nie marnując czasu na bzdury poświęcają się sztuce - prowadzą wyrafinowane rozmowy, które ucieszą niejedną "oczytaną" osobę, opowiadają sobie anegdoty o Byronie, czytają całą literaturę świata, kolekcjonują instrumenty i komponują genialne rzeczy. Mimo kilku obiecujących zalążków sytuacji tak właściwie niewiele się dzieje. Przyjemność polega na cytatach, nawiązaniach, obrazach, dźwiękach, kolekcjonerskich gitarach, świetnych ciuchach. Wampiry przypominają trochę archaiczną szlachtę - ludzi, którzy mieli czas i pieniądze na rzeczy pozwalające im się rozwijać. Bierze zazdrość, oj bierze.

Wreszcie Terry Gilliam to siłą rzeczy autor kolejnego mocno oczekiwanego dzieła. Ma na swoim koncie całą masę kultowego, niezapomnianego kina. Co do "Zero Theorem" nie jestem jednak przekonana - wykonana rekordowo niskim kosztem antyutopia w stylu sci-fi, koszmarnie kiczowaty i hiperprzerysowany świat, w którym mieszka się w opuszczonych i zdewastowanych kościołach, a ludzie już dawno przestali uprawiać seks, bo jest niehigieniczny, to rzecz, którą już znamy. Snuta na tym tle opowieść o superkomputerach i armiach pracowników (kapitalizm sięga tu już koszmarnego szczytu - a przynajmniej szczytu tego, co możemy sobie obecnie na jego temat wyobrazić, z reklamą na każdym kroku i kompletnie bezosobowymi postaciami, które głównie pracują) rozwikłujących różne problemy, od banalnych po mocno zaawansowane, ma ambicje zadawania najważniejszych pytań na temat ludzkości, powołania, sensu życia, miłości, otaczającego nas wszechświata, istnienia "czegoś więcej". Robi to jednak dość nieudolnie i sztucznie, przede wszystkim dlatego, że bohater jest niezbyt wdzięcznym medium (i choć gra go Waltz, którego na ogół lubię oglądać, nie przypadł mi tym razem do gustu w swojej kreacji) - oczywiście, szereg ważnych pytań, z którymi ludzkość mierzy się od zawsze, i być może będzie musiała się mierzyć coraz intensywniej i boleśniej z biegiem lat, został zasygnalizowany, ale zdążył się też rozcieńczyć w nadmuchanej scenografii i dziwnej historii.

To może jeszcze w telegraficznym skrócie, dosłownie po dwa zdania, o innych filmach, które zobaczyłam:

Holy GRA - włoski dokument pokazujący obwodnicę otaczającą Wieczne Miasto i związane z nią w różny sposób historie. Uroczy kolaż mnóstwa rozbrajających sytuacji i dowcipnych/smutnych/dziwnych dialogów.

The Love Songs of Tiedan - opowieść o represjach politycznych na mniejszości zamieszkującą północne Chiny jest tu ważna, ale nie najważniejsza. Jest to przede wszystkim cudowna historia miłosna opowiedziana w kontekście niesamowicie prymitywnych wiosek, w których rozwija się niesamowicie piękna sztuka śpiewania - i o tym, jak globalne trendy zaczynają jej zagrażać.

Eternal return of Antonis Paraskevas - pretensjonalny do bólu film, w którym do pewnego momentu jest nadzieja na jakąś ciekawą, antysystemową, filozoficzną dyskusję. I choć w pewnym sensie wszystkie te tematy są w nim obecne, to odrażający główny bohater sprawia, że dzieło jest raczej traumatycznym doświadczeniem.

Major - każdy kolejny rosyjski film przekonuje mnie o tym, że u naszych wschodnich sąsiadów powstają jedne z najciekawszych prac. "Major" tradycyjnie już dotyczy korupcji, zepsucia, jest pamfletem na system i degrengoladę moralną, którą musi wywoływać schizofreniczna polityka rosyjska. Jest w nim też duch Dostojewskiego, który rozmywa granice między dobrem i złem i odbiera nam prawo do oceniania bohaterów - stajemy się wobec tego obrzydliwego obrazu człowieka bezbronni i niemi.

Me Too (Też chcę) - drugi rosyjski film, tym razem jednak z paradoksalnie kafkowską fabułą. Absurdalna historia grupy podróżników, którzy uciekają z miasta do pewnej tajemniczej wieży w wiosce widmo, gdzie wystąpiło nagle wysokie promieniowanie i niektórzy w jego wyniku transportowani są do krainy szczęścia. Clue są tu dialogi i drobne sytuacje, na które składa się ta wycieczka - wraz ze znaczącym finiszem.

The Imigrant - "Imigrantka", z Marion Cotillard mówiącą po polsku (sic!) w roli głównej. Bajka to, a nie film dla dorosłych - banalna, moralizująca historia kobiety zaczynającej nowe życie w Nowym Świecie, z całym bagażem religijnych wątków, prostytucji, wielkich miłości i bratobójczych walk. Ach, skąd my to znamy! (Mam jednak wrażenie, że polskiej publiczności tak w ogóle film przypadnie do gustu).

Watchtower
- film o Bolu i okolicach jest chyba największą niespodzianką kinematograficzną, jaką mogłam trafić - to przypadkowe miejsce w Turcji miałam bowiem okazję kiedyś odwiedzić, i do tej pory i tak żaden prawdziwy Turek nie wierzy, że mogłam tam pojechać, bo i po co. Ale, historia jest intensywna, zaskakująca i na swój sposób piękna - jest tradycyjne tureckie społeczeństwo, wyraźny podział ról, i młoda dziewczyna, której los utrudnia jej funkcjonowanie w jej obrębie. Ratuje ją przypadkowa znajomość z pewnym straumatyzowanym samotnikiem. Bardzo dobra i wciąż niestety możliwa historia.

Wakolda, czyli obraz pokazujący ucieczkę pewnego znanego nazisty przed izraelskim wywiadem. O tym, jak ten znany doktor kontynuował swoje eksperymenty medyczne w Argentynie, jak silne są uprzedzenia i ideologia, jak paradoksalnie trwałe okazały się wierzenia w wyższość pewnego typu człowieka po II wojnie, i jak rewelacyjnie zorganizowali byli zbrodniarze. Ale to nie jest film dokumentalny, tylko trzymający w napięciu, bardzo mocny thriller.

Philomena - oparta na faktach historia o pewnym zakonie w Irlandii, losach mieszkających w nim dziewcząt, którym zdarzyło się zajść w ciążę. Wynik tej opowieści zaskakuje, a obecność Judith Bench jak zwykle poprawia humor.

Ginger i Rosa - Anglia, lata 60-te, mocny strach przed zimną wojną i ryzykiem wojny nuklearnej, dwie przyjaciółki zaczynają angażować się w politykę, ale rezultat tego zaangażowania przewartościowuje ich znajomość. Przykład ich pokazuje, jak trudno balansować jest i wyważyć to, co ma znaczenie uniwersalne i ogólnoludzkie, i to, co buduje te nasze małe, krótkotrwałe historie.

Strange Little Cat - niemiecki film o niczym. Naprawdę. Jest bardzo ładny, ale na nic się nie nastawiajcie.

Uff, Liffe pozostawiamy więc za nami - w następnych odsłonach będzie już o Kinie Siska (sporo ciekawych eventów w tym tygodniu do omówienia), o http://www.ljudmila.org/siqrd/fglf/, który startuje w ten weekend, oraz o Festiwalu Sztuki Tymczasowej, o którym dopiero wspominałam, o który zacznie się w następnym tygodniu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.