Facebook Google+ Twitter

Liffe 2013 w pełni - relacja z pierwszych dni festiwalu

Festiwal LIFFE to najważniejsze w Lublanie wydarzenie filmowe roku. Za mną pierwsze cztery, bardzo intensywne, dni spędzone w miejskich kinach studyjnych (pierwszy atut festiwalu, jako że kina te są często cudownej urody). Oto wrażenia.

 / Fot. plakatRzecz zaczęła się w środę, 6 listopada. Pierwsze projekcje widziałam w starym Kinie Komuna w samym sercu miasta - małe, kameralne, z uroczą kawiarnią i dobrym sklepem z bio-żywnością w zasięgu ręki, można zapalić papierosa przed seansem albo przejść się na spacer na sam rynek, który jest właściwie po drugiej stronie ulicy. 24-ty festiwal filmowy w Lublanie potrwa do 17 listopada i zobaczyć można będzie na nim dziesiątki naprawdę niezłych filmów - nieosiągalny jest Ozon, bo tylko z napisami słoweńskimi, ale czeka na mnie jeszcze nowy Jarmusch, bracia Cohen i Gilliam na przykład.



"Big Sur" amerykańskiego reżysera Michaela Polisha (dziwne, żeby takie nazwisko odmieniać) to filmowa impresja na temat dni spędzonych przez kultowego bitnika, Jacka Kerouaca, w chałupce ukrytej gdzieś w boskim pejzażu kalifornijskiego Big Sur. Historia opiera się na zapiskach, które później złożyły się na książkę o tym samym tytule. Reżyserowi udało się stworzyć gęsty klimat, który całkiem nieźle oddaje postać Kerouaca w tamtych chwilach - facet zagubiony w wielkim mieście, zbyt podatny na używki, oszołomiony sukcesem, niezdolny do jakiejkolwiek racjonalizacji swojej egzystencji, poszukujący spokoju i kompletnie się w nim nieodnajdujący. Widzimy jego dni w San Francisco, bezustanne imprezy prowadzące do problemów psychicznych, roztrzęsiona postać zapadająca w katatoniczne stany, która próbuje wyrwać się na łono przyrody i spędzić samotnie kilka dni, ale nie potrafi. Rzecz w pewnym sensie tragiczna, okraszona coraz straszniejszymi deliriami, ale zarazem dość realistyczna, z całym swoim artystycznym fatum, pięknymi zdjęciami, pejzażami nie z tej ziemi, ciekawymi dyskusjami (i zupełnie pretensjonalnymi monologami od czasu do czasu), hipisowską seksualną rozwiązłością i beztroską. Wielkim atutem jest muzyka - rzecz była do przewidzenia, skoro skomponowali ją bracia Dessner z The National. Rzecz subtelna, wciągająca, genialnie dopełniająca dzieła.

Dwa kolejne filmy - dwie brytyjskie komedie - wymagały siły charakteru i specyficznego nastroju, by cieszyć w pełni mroczną aurą. Pierwszy z nich, "Filth", autorstwa Jona S. Bairda, to znów adaptacja książki, tym razem autorstwa Irvina Welscha. Rzecz ciężka - przemoc, korupcja, seks, kompletna demoralizacja, a w tle rozpad rodziny i kiełkująca schizofrenia (tudzież inna forma rozrastającego się szybko szaleństwa). W obrzydliwych historiach i scenach, których jesteśmy świadkami, i które mają pomóc głównemu bohaterowi w awansie, a ten w odzyskaniu żony i córki, rzeczywistość stopniowo miesza się z halucynacjami policjanta. I nawet sugestywna, mocna końcówka jest już na tyle zanurzona w tej przedziwnej atmosferze szaleństwa, że w sumie niczego nie możemy być pewni, wychodząc z seansu.

"Sightseers" to z kolei płomienna opowieść o pewnej pozornie supernormalnej i uroczej parze Brytyjczyków - ona ma 34 lata i mieszka z matką, jest wszystkim tym, czego nie widzimy w masowych mediach: robi sobie swetry na drutach, jest przy kości i kompletnie odbiega od wizji kobiety forsowanej przez Playboya. On - nie pytajcie, jeszcze gorzej, do tego ma pewnie kilka lat więcej. Zakochani urywają się z miasta i odbywają beztroską wycieczkę przez Anglię, podziwiając starożytne ruiny i ciesząc się naturą. Cóż z tego, że w międzyczasie odzywają się w nich brutalne skłonności i inni turyści płacą sporą cenę za spotkanie ich na swojej drodze. Zniszczenie zaczyna być clue tej wycieczki i kończy się zaskakująco. Nie do końca przekonuje mnie poczucie humoru tej historii - trochę zbyt przerysowane i wulgarne. Sądząc jednak po reakcjach publiczności, wielu przypadło ono do gustu.

Drugi dzień - ambitnie, cztery projekcje. Zaczęłam od brazylijskiego "Once Upon a Time Was I, Veronica" - przetłumaczony z naturalnym dla polskich interpretatorów wdziękiem "Wszyscy mężczyźni Weroniki". Bardzo zgrabny obraz, choć wyobrażam sobie, że specyficzny i nie dla każdego równie atrakcyjny. Podobała mi się sceneria rajskiego brazylijskiego morza skontrastowanego z brzydką metropolią. Wizja tamtejszego życia, bez idealizacji, a jednak niepozbawiona rozkosznego uroku. Brazylijskiej, metropolitarnej zmysłowości. Przyjemności palenia skręta na tarasie 10-piętrowego wieżowca, tańczenia salsy i przygodnego seksu. Brazylię pokazuje nam Weronika, dziewczę tuż po medycynie, która zaczyna dorosłe życie jako psychiatra w szpitalu. Dołączmy do tego egzystencjalne rozterki, wątpliwości dotyczące przyszłego życia, nieumiejętność związania się, starzejącego się ojca - widmo bezustannych dylematów, odpędzanych przy drinku z koleżankami. Przemiła miejska bajka z marzycielskim finałem. I muzyka wyborna. Nie dajcie się zwieść trailerowi - seksu co prawda w filmie mnóstwo, ale nie przyćmiewa on innych istotnych wątków.

Później było spotkanie z naszym narodowym mistrzem kina - Andrzejem Wajdą. Kino nie po brzegi, ale jednak w miarę pełne. Sporo Polaków. "Lech Wałęsa" okazał się być dobrym filmem - bardzo dynamicznie opowiedziana historia, świetna nowofalowa muzyka, oczywiście kupa polskich banałów, klisz, religijności i patriotyzmu, ale rzecz musiała być odpowiednio podniosła, skoro pochodziła od Wajdy. Były prezydent został pokazany takim, jakim go znamy - z porywczym charakterem, kontrowersyjną polszczyzną, specyficznym poczuciem humoru i wrodzonym talentem do liderstwa. Przyglądająca mu się Oriana Fallaci, prowadząca z nim wywiad, który klamrą opina całość, sygnalizuje dysonans tej postaci, paradoks czasów wypychających go na czoło narodu. Ta wielka intelektualistka spotkała się z ciekawą łamigłówką. Wreszcie widzimy zaplecze Solidarności i robotniczych strajków (często przypadkową rolę i obecność Wałęsy w niektórych działaniach), oglądamy tak świetnie znane z telewizji i prasy sceny z lat 80-tych, oraz przyglądamy się sporadycznie rodzinnej rzeczywistości Wałęsów. Dzięki tej wielowątkowości trudno się znudzić, a historia opowiedziana jest ładnie i wartko. Można mieć dość banałów Wajdy, ale trzeba mu przyznać, że wciąż potrafi robić dobre kino.

Ogromnie podobała mi się historia opowiedziana w "Miele" - okraszona alternatywną muzyką (Caribou na przykład), nowoczesna i egzystencjalna zarazem. Mamy młodą, atrakcyjną i zagubioną (doprawdy, one wszystkie są zagubione) byłą studentkę medycyny, która para się nielegalną eutanazją. Historia zaczyna przyjmować dość klasyczny bieg - trafiają się trudne przypadki, dziewczę nie jest w stanie podołać procedurze, rodzą się wątpliwości dotyczące bardzo ogólnie całego jestestwa głównej bohaterki. Obraz z widmem depresji i śmierci, ale niepozbawiony uroczych momentów - bardzo życiowo nieżyciowa metafora.

Bardzo trudno byłoby mi się zmierzyć z esencją "Closed Curtain" i "Shirley: Visions of reality". Dwa superminimalistyczne filmy, w których można puścić wodzę interpretacyjnej fantazji i doszukiwać się setek znaczeń i przekazów. Pierwszy przedstawia na tyle odległą rzeczywistość kulturową, że wyciąganie wniosków przez laika może doprowadzić wyłącznie do uproszczeń. Iran, bardzo artystyczna i oniryczna wizja, a właściwie misterna konstrukcja wątków, alternatyw, scenariuszy, sieć skomplikowanych pudełek wsadzanych jedno w drugie, bez wyraźnego porządku, bez wskazówek. W tej opowieści nic nie jest pewne i wszystko jest możliwe. Historii właściwie brak, więc nie oczekujemy kulminacji. Wnioski także. Jeśli więc macie na trochę "egzotycznego", pozbawionego muzyki, nieco linczowskiego kina - to dzieło Jafara Panahi może być dobrym wyborem.

"Shirley: Wizje rzeczywistości" ma podobną aurę. Bardzo specyficzne i sugestywne kino, zrobione przez Gustava Deutscha. Znów można cieszyć umysł skrupulatnie zbudowaną siecią odwołań: obrazy Edwarda Hoppe stanowią kanwę, wyraźnie widać rękę architekta, która konstruowała te obrzydliwe i fascynujące zarazem klasyczne rendery miejsc, w jakich rozgrywa się historia. Statyczna kamera - każda sekwencja, a jest ich 13, oznacza nieruchomy obraz i minimalistyczną grę aktorki, która snuje swoją historię gdzieś w tle. Mamy wątki historyczne, ważne wydarzenia na przestrzeni lat 30 do 60-tych, które paradoksalnie są tylko echem w osobistej historii i ambicji naszej bohaterki. Wielka polityka pozornie robi wrażenie na Amerykance, skupionej na własnej karierze. Wojna dzieje się gdzieś na odległym kontynencie. Ludzie to manekiny pozbawione osobowości, za to z potencjałem kreowania setek paralelnych, nieswoich historii. Szalenie sztuczne kino, wyjałowione nawet z erotyzmu i piękna, choć sugestie takowe są w nim zawarte. I fantastyczna, przepiękna muzyka mistrzów Fennesza i Silviana w tle.

Zobaczyłam też ciekawe chorwacko-bośniackie kino: "A Stranger" Bobo Jelcica, gorzka opowieść o animozjach wciąż mocno widocznych w tamtejszym społeczeństwie, religijnych konfliktach, biednym acz ciepłym społeczeństwie, trudach życia i kafkowskiej biurokracji i korupcji. Nie zabrakło też pikantnych momentów czarnego humoru. Ogląda się dobrze, bo historia ta w pewnym sensie jest Polakom podejrzanie znana.

"Lose Your Head" - zawrót głowy. Film Stefana Westerwelle to bardzo aktualna podróż po Berlinie narkotyków i elektronicznych klubów: kto był, ten pozna od razu wszystkie tamtejsze leitmotiwy nocnego życia, które stały się już w gruncie rzeczy ikonami, symbolami, wytrychami hipsterskiej kultury. Jest dobra muzyka (duszne, narkotyczne techno Touchy Moba), jest wątek hiszpańskich turystów, jest transseksualność, jest wielodniowe imprezowanie i historia godna horroru. Nie będę zdradzać więcej, niż tyle, że tym razem widzimy też niebezpieczne oblicze miasta, a historia kończy się zaskakująco. Z resztą sama narracja sprawia, że tracimy powoli orientację i zaczynamy zastanawiać się, co tak naprawdę się wydarzyło. Do tego popisowa rola słoweńskiego aktora, Marko Mandica.

Warto wspomnieć krótko o hipsterskiej i uroczej historii zagubionego dziewczęcia, mieszkanki Nowego Jorku, tancerki, która przechodzi przez życiowy kryzys. Wiadomo, problemy z przyjaciółką, facetami, pracą, karierą tancerki, alkoholem, poczucie wyobcowania i tego typu historie, a przy okazji kompletna beztroska kreatywnego ducha. Ładnie nakręcony obraz mówiący z pewnością o i do części pokolenia przechodzącego przez podobne dylematy. Wreszcie "Approved for adoption" to historia koreańskiego dziecka, porzuconego jak tysiące innych przez matkę, które zostaje adoptowane przez belgijską rodzinę. Na poły tradycyjny film, na poły animacja, niepozbawiona bajkowego uroku i lekkości relacji z dorastania w bardzo złożonej sytuacji kulturowej, z której co chwilę wyłaniają się "poważne" informacje. Poznajemy realia dorastania z poczuciem bezustannego konfliktu tożsamości, trudności w adaptacji, problemy z akceptacją przez tradycyjne środowisko (nawet w rodzinie), wreszcie tragiczne nierzadko skutki nawarstwiających się i nierozstrzygniętych kwestii. Ślicznie opakowana trudna historia.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.