Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

86558 miejsce

Liga Mistrzów: Manchester ocalony

Duch dawnego United wstąpił w piłkarzy właśnie wtedy, gdy był najbardziej pożądany. Zbrukany w tym sezonie "Teatr Marzeń" na chwilę przypomniał, czemu zawdzięcza swoją nazwę.

 / Fot. EPA/PETER POWELL- Potrzebowaliśmy odbić się od ściany – David Moyes nie udawał po meczu wniebowziętego. United przehulał inne rozgrywki, z wyżej plasującymi się zespołami wygrał tylko raz, z Arsenalem. Częściej punktuje na wyjeździe niż u siebie, z Old Trafford komplet punktów wywoziły już West Bromwich, Fuhlam i Newcastle.

Konsekwencją upadającej pozycji w tabeli Premier League jest równie bolesny spadek w rubryce przychodów. W ubiegłym roku wyniosły one wg Deloitte 423 mln euro, z czego 178 mln stanowiły wpływy komercyjne (bez sprzedaży praw telewizyjnych). W zapowiadającej się na rewolucyjną letniej przerwie poza drużyną, sztabem trenerskim i dyrektorem sportowym do stołu zasiądą sponsorzy, przed którymi trzeba będzie wyłożyć wiarygodne argumenty świadczące o tym, że okres równie ubogi w zwycięstwa nie przydarzy się w dającej się przewidzieć przyszłości. To najbardziej różni cierpliwą przeszłość Alexa Fergusona od pędzącej teraźniejszości Moyesa.

W meczu, którego stawką było utrzymanie się na ostatniej tratwie ratunkowej wśród zburzonych wód, Szkot posłał po Ryana Giggsa. Prawie 41-letni Walijczyk większość czasu spędza w roli oczu i uszu Moyesa przy ławce trenerskiej, w tym roku dopiero po raz trzeci wybiegł na boisko. Przesłanie było jasne - pomóc nam może ten, kto sam doświadczył, co znaczy wyjść cało z sytuacji zmierzającej do beznadziejności oraz nieprzemijalnie uosabia cechy tego klubu. Giggs nie będzie zasuwał już po 12 kilometrów, jeśli okoliczności tego nie wymagają, daruje sobie zbędne sprinty, ale gdy czas ucieka, napięcie rośnie, a pościg nie przebiega w tempie, jakie zaplanowano, on już będzie wiedział, co zrobić z piłką. Jeśli zdarzało mu się nadużywać podań mijających dwie linie mistrza Grecji, czterdziestometrowa wrzutka na klatkę piersiową Robina Van Persiego z 23. minuty usprawiedliwia wszystko. Faul Holebasa, wykorzystany rzut karny. Manchester wraca do gry. To był pierwszy zastrzyk adrenaliny w jego serce. Dwa następne, współudziałem Wayne'a Rooneya, który jak nie ozdobi koszulki licznymi plamami potu, uznaje mecz za nieudany, okazały się żywotne.

Determinacji i zadziorności zawdzięcza Manchester ten awans, bo nawet jeśli ograniczyć odbiór tego spektaklu do aspektów czysto piłkarskich, nie było rewelacyjnie. 51 proc. czasu przy piłce byli goście, to oni oddali więcej strzałów, wymienili więcej podań. David De Gea nie był bezrobotny tego wieczoru, gdyby nie jego podwójna interwencja z pierwszej połowy, kwestia awansu pozostałyby otwarta. Magia nazwy i legenda stadionu nie robią już paraliżującego wrażenia na przyjezdnych, nie tylko tych z Premier League, ale pomagają gospodarzą pamiętać o latach sukcesów.

Na kogo Czerwone Diabły nie trafią w ćwierćfinale (losowanie w piątek), nie będą faworytem. Odpadnięcie z Olympiakosem zahaczałoby o katastrofę. Wszystko, co zdarzy dalej, będzie tylko porażką. Nawet jeśli wyrok został odroczony w czasie, skazany trochę zyskał na wiarygodności.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.