Facebook Google+ Twitter

Liga Mistrzów. Wieczór faworytów, Celtic i Valencia za burtą?

Dojrzałość, wyrafinowanie, skuteczność - Juventus i PSG nie pozostawiły złudzeń, komu należy się awans do ćwierćfinału.

 / Fot. EPA/MANUEL BRUQUEScott Brown ścierający się w parterze z Andreą Pirlo w pozie charakterystycznej dla rugby, notoryczne wymiany uprzejmości Gary'ego Hoopera ze Stephanem Lichtsteinerem przy stałych fragmentach gry... Walka, walka i jeszcze raz walka - Celtic wyłożył swoje najlepsze argumenty, by bez cienia zwątpienia, z podniesionym czołem i gracją drwala dobrać się do Starej Damy.

Skoro wymiana kilku podań na wysokości pola karnego rywali kończyła się stratą, preferowanym sposobem gry były dogrania na skrzydło i szybkie dośrodkowania - nawet jak trafiały do adresatów, to oni z kolei trafiali w Gianluigiego Buffona.

Decydując się na starcie bezkompromisowe, równie łatwo, co zadać rany, jest rannym zostać. Profesorowie z Turynu na chłodno i z akademickim dystansem robili swoje. Zaczął Alessandro Matri, a to już był zły sygnał dla The Bhoys - jeśli on strzela, Juventus nie przegrywa. I choć później prezentował wręcz futbol minimum (gdyby wprowadzić przepis o grze pasywnej, sędziemu zabrakłoby sił w płucach do gwizdania), wykorzystał nieliczne potknięcia w defensywie mistrzów Szkocji, w dodatku zyskał dwunastego zawodnika w postaci Efe Ambrose'a, winowajcy dwóch bramek, który jeszcze w niedzielę świętował z Nigerią mistrzostwo Afryki, a do Glasgow dotarł dopiero dzień przed starciem. Neil Lenon już wie, że zdecydował się na nieuzasadnione ryzyko.

Co prawda trenerzy od przygotowania fizycznego na Celtic Park zasłużyli na specjalną premię, bo niewiele drużyn na świecie wytrzymałoby tak szybkie tempo przez 90 min, ale bazując na zaangażowaniu horyzont aspiracji musi się kończyć na 1/8 finału.

PSG pokazało na Mestalla, że może wygrywać bez znaczącego udziału Zlatana Ibrahomovicia. W grze lidera Ligue 1 nie było przypadku, do tego godna podziwu efektywność, bo na dwóch bramkach wcale nie musiało się skończyć, a każda kontra nosiła znamiona zagrożenia. Zespół Carlo Ancelottiego w końcu był monolitem - wcześniej brakowało mu spójności i wspólnego zdefiniowana sytuacji boiskowych.

Od walenia głową w mur głowa boli. Dla Valencii, która od lat tonie w długach, ten mecz miał być odpowiedzią, jaki dystans dzieli ją od klubowej elity. Odpowiedź: wciąż znaczny. Nie trzeba Lavezziego i Pastore (wyglądali jakby grali ze sobą od lat), by zorientować się, że defensywa jest najsłabszą formacją zespołu Ernesto Valverde, choć przez ostatnie dwa miesiące i tak wygląda o niebo lepiej niż za kadencji trenerskiego przebierańca Manuela Pellegriniego. Gdy Adil Rami bierze się za wyprowadzanie akcji, tętno publiczności na Mestalla skacze do stratosfery. Andres Guardado po przekwalifikowaniu na lewego obrońcę ceniony jest wyłącznie za usposobienie ofensywne. Na tle mocniejszych rywali - Realu czy właśnie PSG, wychodzi brak charakterystycznych wzorów poruszania się na tej pozycji. Wczoraj, po przejrzeniu protokołu meczowego jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, mógł mięć solidne podstawy do obaw - skoro na ławce został Jeremy Menez, to znaczy, że Lucas Moura naprawdę musi być w gazie. I był. Błyskotliwymi dryblingami okręcał Meksykanina we wszystkie strony świata.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.