Facebook Google+ Twitter

Liga Mistrzów - zderzenie niemieckich i hiszpańskich potęg

Półfinały Ligi Mistrzów, czyli przepis na niemiecko-hiszpańskie starcie gigantów. Barcelona, Bayern, Rel Madryt, a może pretendent z Dortmundu? Komu zielona murawa da radość i wieczną sportową chwałę, a komu smutek i żal utraconej szansy?

 / Fot. z sieciZ każdym kolejnym dniem i tygodniem zmagania piłkarskie w Europie zbliżają się do momentu kulminacyjnego. Zarówno w poszczególnych ligach oraz pucharach krajowych, jak i w walce o międzynarodowe laury, pozostało coraz mniej znaków zapytania. Niebawem definitywnie poznamy mistrzów w większości czołowych lig europejskich. Tradycyjnym uwieńczeniem sezonu będzie pojedynek o miano najlepszej, klubowej drużyny na Starym Kontynencie, stoczony 25 maja na londyńskim Wembley.

Po 10 kwietnia na placu boju o prawo wyjazdu do angielskiej stolicy, pozostały już tylko cztery zespoły. Trzy z nich to firmy, których żadnemu prawdziwemu kibicowi w ogóle nie trzeba przedstawiać. Ich nazwy są na trwałe zapisane złotymi zgłoskami w historii światowego futbolu. Czwarty półfinalista, także nie należy do słabeuszy i nawet zdążył już raz sięgnąć po najcenniejsze, klubowe trofeum. Na tle pozostałych rywali Borussia Dortmund, bo o niej mowa, wygląda jak ambitny, ale wciąż jeszcze mało znany pretendent do grona wielkich potentatów. Czy to oznacza, że drużyna Jurgena Kloppa skazana jest na klęskę?

Przeglądając doniesienia medialne, odniosłem nieodparte wrażenie, że duża część ekspertów już na wstępie spisała żółto - czarnych na straty. W mojej ocenie istnieje przynajmniej kilka bardzo mocnych przesłanek, aby taki tok myślenia uznać za całkowicie absurdalny. Po pierwsze na przestrzeni trzech ostatnich sezonów drużyna Kloppa poczyniła gigantyczne postępy. Oparta o bardzo młodych piłkarzy, sprowadzonych za stosunkowo niewielkie pieniądze, z każdym kolejnym meczem zyskuje coraz większą stabilność, zgranie i doświadczenie. To właśnie brak owego doświadczenia w walce o europejskie trofea sprawił, że przez trzy lata Dortmundczycy płacili tak zwane frycowe, nie potrafiąc nawet wyjść z grupy. Jednocześnie jednak w tym samym czasie całkowicie zdominowali zmagania na krajowym podwórku. Dwa razy z rzędu udało im się wyprzedzić w wyścigu o tytuł odwiecznego rywala z Monachium oraz dodatkowo upokorzyć go w bezpośrednim starciu w finale ostatniego pucharu Niemiec.

Po drugie po trzech latach zbierania doświadczeń na arenie międzynarodowej, Jurgen Klopp postanowił wreszcie zawalczyć o podbój Europy. W zestawieniu z pozostałymi półfinalistami tegorocznej edycji Ligii Mistrzów, Borussia Dortmund dysponuje stosunkowo wąską kadrą. Jeśli połączymy to z dążeniem Byernu do odzyskania, utraconego przed dwoma laty tytułu mistrzowskiego, nie można się dziwić, że skupiająca się na walce w LM Borussia, nie zdołała dotrzymać kroku rozpędzonej, bawarskiej lokomotywie. Lewandowski i spółka wciąż jednak mają ogromne szansę na drugie miejsce w tabeli oraz końcowy triumf na arenie międzynarodowej.

Po trzecie w parze półfinałowej los ponownie skojarzył ich z Realem Madryt. Oczywiście jest to przeciwnik z najwyższej światowej półki, ale na tym etapie zmagań nie ma już innych. Poza tym jest to rywal znany, a co ważniejsze pokonany parę miesięcy wcześniej. Ktoś może słusznie powiedzieć, że obecnie drużyna ze stolicy Hiszpanii znajduje się w znacznie lepszej formie niż na jesieni ubiegłego roku, ale mimo wszystko piłkarze z Madrytu nie jawią się już podopiecznym Kloppa jako wielkie, nieosiągalne gwiazdy światowego futbolu. Skoro już raz pokonali Cristiano Ronaldo i spółkę, nic nie stoi na przeszkodzie, aby uczynili to ponownie.

Po czwarte Stadion Westfalii w Dortmundzie, stanowi w tym sezonie rozgrywek europejskich, prawdziwą, niezdobytą twierdzę. Być może ktoś uzna to za dość wyświechtany frazes, ale Borussia na własnym obiekcie naprawdę dostaje skrzydeł. Ogromny, żywiołowo dopingujący tłum kibiców, nie tylko zagrzewa gospodarzy do walki, ale także sprawia, że nawet najwięksi piłkarscy wyjadacze mogą, stracić głowę. W takiej sytuacji rzeczywiście można uwierzyć, że nie ma rzeczy niemożliwych i poskromić każdego przeciwnika. Zresztą w drodze do półfinału Dortmundczycy odnieśli już jedno zwycięstwo, graniczące z niemożliwością.

Wtorek 9 kwietnia 2013 roku Stadion Westfalii wypełniony po brzegi. Na boisko wychodzą drużyny Borussii i Malagi, aby stoczyć bój o awans do półfinału. Tydzień wcześniej w pierwszym starciu tych zespołów, pomimo wielkiej przewagi gości, padł bezbramkowy remis. Szansę na grę w najlepszej czwórce były zatem wyrównane, choć muszę uczciwie przyznać, że spodziewałem się stosunkowo łatwego zwycięstwa zeszłorocznych mistrzów Niemiec.

Tymczasem piłkarze postanowili zafundować nam dreszczowiec, który bezwątpienia na trwałe zapisze się w historii walki o Puchar Europy. Najpierw o chwilowe uciszenie Stadionu Westfalii postarał się Joaquín, strzelając gola w 25’ minucie. 15 minut później wyrównał Lewandowski, ale wszystko to stanowiło jedynie przedsmak ogromnych emocji.

Przy takim wyniku, dzięki bramce strzelonej na wyjeździe awans miała Malaga. Nic więc dziwnego, że druga połowa rozpoczęła się od zmasowanych ataków gospodarzy. Kolejne akcje, choć jak zwykle bardzo widowiskowe, nie przynosiły większego zagrożenia pod bramką Malagi. Ponadto kiedy podopiecznym Kloppa udawało się już pokonać zasieki obronne rywali, fenomenalnymi paradami popisywał się Argentyńczyk Wilfredo Caballero.

Goście nie tylko odpierali ataki żółto - czarnych, ale także wyprowadzali niezwykle groźne kontry. Kilkakrotnie Roman Weidenfeller musiał zaprezentować swój bramkarski kunszt, zatrzymując groźne strzały graczy Malagi. Z biegiem czasu przewaga pozycyjna Dortmundczyków rosła coraz bardziej, ale konieczność zdobycia zwycięskiej bramki zmuszała ich do podejmowania coraz większego ryzyka w tyłach. W 82’ minucie gracze Malagi skorzystali z rozluźnienia szyków obronnych gospodarzy i strzeli gola na 1:2.

W tym momencie wydawało się, że szansa Borussii na awans do półfinału, ostatecznie się rozwiała. Frustracja kibiców na trybunach i moja przed ekranem telewizora, była tym większa, że Eliseu wpakował piłkę do siatki z ewidentnego spalonego. Niestety żaden z pięciu sędziów boiskowych nie raczył zareagować. Jeśli nawet przyjmiemy, że liniowy i główny nie nadążyli za szybką kontrą, to dlaczego nie skonsultowali się z kolegą stojącym za bramką Weidenfellera. Z kolei jeżeli, co wydaje mi się wręcz niemożliwe, on także nie dostrzegł pozycji spalonej z odległości kilku metrów, to po co w ogóle tam stał. Oczywiście obraz z kamery po raz kolejny bezlitośnie obnażył, błąd człowieka. Ten sam obraz ukazał również reakcję trenera gospodarzy. Znany z bardzo ekspresyjnych i żywiołowych zachowań przy linii bocznej Jurgen Klopp, wyglądał tak jakby miał ochotę udusić szkockiego arbitra gołymi rękami lub przynajmniej roznieść cały stadion jednym, silnym uderzeniem.

Na twarzach kibiców gospodarzy szok, niedowierzanie, rozczarowanie i zaledwie 8 minut na zegarze. Piłkarze Borussi nie zamierzali się jednak poddać. Klopp podobnie jak wielu czołowych trenerów, postawionych w krytycznej sytuacji, przesunął do ataku obu, wysokich stoperów. Od tego momentu zaczęło się regularne, nieprzerwane oblężenie bramki Malagi. Efekt? W 91’ minucie po ogromnym zamieszaniu w szesnastce gości Marco Reus wyrównał na 2:2. Niespełna dwie minuty później po wznowieniu gry od autu, futbolówkę dośrodkowuje Lewandowski. Jak pokazały telewizyjne powtórki czterech kolegów Polaka, znajdowało się wówczas na spalonym. Akcja nie została jednak przerwana i po istnym bilardzie w polu pięciu metrów, Felipe Santana z najbliższej odległości wpakował piłkę do hiszpańskiej siatki.

W rezultacie dzięki tym trzem magicznym minutom to zeszłoroczni mistrzowie Niemiec znaleźli się w półfinale. Mnie jako zdeklarowanemu kibicowi Manchesteru United, w jednej chwili przypomniały się równie nieprawdopodobne wydarzenia z 1999 roku. Zresztą komentarzy także na gorąco nawiązywali do tego pamiętnego finału na Camp Nou. Wtedy to Bayern Monachium, wystąpił w roli dogonionego i pokonanego w ostatnich sekundach. Teraz to inna niemiecka drużyna w podobnych okolicznościach odrodziła się i znalazła drogę do szczęścia.

Cieniem na tym niesamowitym spotkaniu, już dziś na trwałe zapisanym w historii Ligii Mistrzów, położyły się niestety fatalne decyzje sędziów. Tym z Was, którzy zadali sobie trud przejrzenia moich wcześniejszych artykułów, dobrze znany jest mój stosunek do takich sytuacji. Dlatego tutaj nie będę się nad tym zagadnieniem dłużej rozwodzić. Zostawię Was tylko z iście retorycznym pytaniem: Ile jeszcze czasu musi upłynąć zanim piłka nożna podobnie jak siatkówka, tenis, hokej na lodzie, czy rugby wreszcie dogoni XXI wiek?

Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione czynniki, trzeba przyznać, że półfinałowa rywalizacja Borussi Dortmund z Realem Madryt, zapowiada się pasjonująco. Real nie tylko z racji swej przebogatej historii, pozostaje „papierowym faworytem”, ale Dortmundczycy wcale nie stoją na straconej pozycji. To oni są w tej parze głodnym sukcesu, odważnym pretendentem i z takim nastawieniem muszą w środę wybiec na murawę. Skoro w ćwierćfinale dowiedli, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych, to teraz mogą już tylko zadbać o to, aby ten niesamowity sen o triumfie w Lidze Mistrzów, trwał jak najdłużej.

Sam Real Madryt nie jawi się wcale jako niezwyciężona Wielka Armada. Po rozbiciu u siebie tureckiego Galatasaray 3:0, w rewanżu w Stambule Królewscy o dziwo przeżyli chwilę grozy. Wszystko zaczęło się od spokojnego i planowego prowadzenia 0:1 po strzale Ronaldo z 7’ minuty. W drugiej połowie Turcy nie mając już nic do stracenia rzucili się do odrabiania strat. Robili to na tyle skuteczne, że w 72’ prowadzili już 3:1 i do awansu brakowało im zaledwie jednego trafienia. Skołatane nerwy kibiców Realu uspokoił dopiero Ronaldo, strzelając bramkę na 3:2 w doliczonym czasie gry drugiej połowy.

Nie tylko suchy wynik, ale zwłaszcza przebieg tego spotkania jasno pokazuje, że Real Madryt jest w tym sezonie jest zespołem do ogrania. Dlatego wbrew opiniom większości ekspertów uważam, że Dortmundczycy, mają stosunkowo duże szanse na awans. Z psychologicznego punktu widzenie to Real musi, a Borussia tylko może wygrać. Podopieczni Kloppa i tak zaszli już dalej, niż wielu oczekiwało. Jeśli uda im się zrzucić z barków niepotrzebną presję, to drużyna z takim potencjałem, jest zdolna dokonać naprawdę wielkich rzeczy.

Drugi półfinał będzie starciem prawdziwych gigantów europejskiej piłki. Z jednej strony mamy Bayern Monachium, który na wszystkich frontach miażdży kolejnych rywali, z bezwzględnością rozpędzonego walca drogowego. Z drugiej strony mamy FC Barcelonę, która przez cały bieżący sezon jawi się jako kolos na glinianych nogach. Nagłe odejście ponoć „wypalonego” Josepa Guardioli oraz problemy zdrowotne Tito Vilanovy, sprawiły że w tryby niezwykle sprawnego mechanizmu, dostały się spore ilości piasku i żwiru. Na przykładzie tych wydarzeń doskonale widać, jak absurdalna były stwierdzenia notorycznie powtarzanej, nie tylko zagorzałych fanów Blaugrany ale także wiele osób uważanych za piłkarskich ekspertów, jakoby Barcelona była tworem doskonałym, samograjem niewymagającym obecności trenera.

Abstrahując od mojego nieprzychylnego stosunku do tiki-taki, Duma Katalonii nadal jest bardzo silną drużyną, jedną z wiodących potęg europejskiej piłki klubowej. W tym sezonie zaszła jednak jedna bardzo istotna zmiana, która na dłuższą metę, może przesądzić o upadku tej potęgi. W odróżnieniu od czasów Guardioli, kiedy to zespół złożony z wielkich gwiazd pracował jak jeden, świetnie przygotowany organizm, dzisiaj jest to swoisty one man team. Kiedyś ogromny talent i chwilami iście magiczne zagrania Lionela Messiego, były stale zasilane równie wspaniałą, choć często niedocenianą postawą Iniesty, Xaviego, Villi. To dzięki ich wzmożonej pracy, gwiazda Argentyńczyka mogła świecić pełnym blaskiem, a on sam hipnotyzował fanów oraz rywali, bijąc kolejne rekordy.

Na przestrzeni kilku, ostatnich miesięcy ta sytuacja uległa odwróceniu o 180 stopni. Teraz, choć słuchając najróżniejszych medialnych komentarzy, odnoszę wrażenie, że większość kibiców oraz ekspertów, nie chcę tego zauważyć, to cała Barcelona jest głęboko uzależniona od postawy Messiego. Obserwując ostatnie mecze Blaugrany w Lidze Mistrzów, posunę się nawet do stwierdzenia, że żaden inny, czołowy klub w Europie, nie polega w tak wielkim stopniu na swoim najlepszym zawodniku.. Jak pokazała ćwierćfinałowa rywalizacja z PSG, bez Messiego, jego partnerzy są niczym dzieci we mgle. Nagle wybitni skądinąd piłkarze zapominają, jak właściwe rozgrywać futbolówkę. Tempo akcji, które dla mnie, przyzwyczajonego do cotygodniowego oglądania Premier League i tak jest zbyt wolne, staje się wręcz ślimacze. Brakuje koncepcji rozwiązania ataku pozycyjnego, mnożą się straty własne oraz proste błędy techniczne.

Jeśli ktoś uważa, że jestem zbyt surowy dla Barcelony, to proponuję dokładnie prześledzić przebieg rewanżowego spotkania ćwierćfinałowego. Sytuacja uległa diametralnej zmianie dopiero kiedy na murawie pojawił się, nie w pełni zdrowy Lionel Messi. Czy to oznacza, że Argentyńczyk zaliczył jakiś fenomenalny występ? Bynajmniej. Gwiazdor Blaugrany brał oczywiście udział w akcji, zakończonej strzeleniem wyrównującego gola i dzięki temu media oraz wierni fani okrzyknęli go bohaterem, czy wręcz zbawcą Dumy Katalonii. Nie zmienia to jednak faktu, że wybitny Argentyńczyk, nie zaliczył nawet bezpośredniej asysty przy bramce Pedro i odnotował co najwyżej przeciętny występ. Choć dłuższe przebieżki i sprinty sprawiały mu wyraźną trudność, już sama obecność Messiego na boisku wystarczyła, aby Barcelona częściowo odzyskała swój spokojny, typowy dla tiki-taki rytm i zaczarowała PSG. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku rewanżowego starcia 1/8 finału z Milanem, także teraz Paryżanie, nie potrafili nagle zagrać tego co do tej pory przynosiło im korzyść.

Patrząc na zestawienie pojedynku półfinałowego śmiem jednak wątpić, czy sama usypiająca moc tiki-taki i przebłysk talentu Messiego, wystarczą do zatrzymania rozpędzonego Bayernu. Piewcy stylu gry Barcelony skrupulatnie policzyli jej szósty z rzędu awans do najlepszej czwórki w Europie, ale jak boleśnie przekonał się w zeszłym roku Bayern, dla największych klubów liczy się tylko końcowy triumf. Mogę się oczywiście mylić, ale nie boję się powiedzieć tego otwarcie: dwumecz z Bayernem może oznaczać dla Barcelony symboliczny koniec ery Guardioli.

Największym problem Dumy Katalonii, jest niewątpliwie fakt, że jej styl, niezależnie od tego jak będziemy go oceniać, praktycznie nie zmienił się od kilku lat. Dzięki temu wszyscy rywale, na długo przed rozpoczęciem meczu, wiedzą jak Blaugrana będzie grać. W tym sezonie nierówna forma Realu oraz ogromna dysproporcja poziomu pozostałych, krajowych rywali, sprawiły, że Barcelonie najprawdopodobniej uda się odzyskać mistrzostwo Hiszpanii. W bezpośrednich starciach z odwiecznym rywalem ze stolicy, sytuacja nie wygląda już jednak tak różowo. Najbardziej dotkliwą porażką z królewskimi była zapewne przegrana w półfinale Pucharu Króla.

Od początku zmagań w Lidze Mistrzów Duma Katalonii, także nie była niezwyciężonym monolitem. W fazie grupowej ścierała się z przeciętnymi rywalami więc awans z pierwszego miejsca był raczej formalnością. Na uwagę zasługuje jednak wielce pouczająca porażka z Celtami z Glasgow. Barcelona grała tak jak zwykle. Długo, spokojnie rozgrywając piłkę, szukała pęknięć w obronie znacznie mnie wyrafinowanego rywala. Celtowie za nic nie chcieli pęknąć, nie dali się zaczarować tiki-taką, a w dodatku mieli czelność dwa razy boleśnie ukąsić swojego utytułowanego przeciwnika. Barcelona zdołała odpowiedzieć tylko jednym golem, a ponad 80% posiadanie piłki i setki wymienionych podań na niewiele jej się zdały. Cały mecz stanowił doskonały pokaz nieefektywności i nieelastyczności Blaugrany w obliczu zdeterminowanego i wytrwałego rywala, który za nic nie chciał popełnić błędu.

W 1/8 finału pomimo przekonującego zwycięstwa na własnym stadionie, owej determinacji zabrakło Milanowi. W rewanżu Włosi błyskawicznie dali się zaczarować i polegli 4:0, tracąc awans, którego „na logikę” nie mieli prawa przegrać. PSG podjęło rękawicę, ale uległo po tym jak na murawie pojawił się „utykający” Messi.
Wszystko to jasno pokazuje, że pogłoski o nagłej śmierci Barcelony, są mocno przesadzone. Nie daje nam też jednak klarownej odpowiedzi na pytanie, czy słabnący urok Katalończyków wystarczy, aby zatrzymać rozpędzony, monachijski walec. Bawarczycy niemal za każdym razem, niezależnie od klasy przeciwnika jawią się jako świetnie naoliwiona i skalibrowana maszyna, pozbawiona słabych stron. Oczywiście tak jak każda drużyna, oni także nie są doskonali i mogą mieć słabszy dzień, ale pomimo wszystko to oni robią na mnie aktualnie dużo lepsze wrażenie. Dlatego też uważam Bayern Monachium za zdecydowanego faworyta półfinałowego starcia.

Wyniki dotychczasowych zmagań w bieżącej edycji Ligi Mistrzów oraz przebieg późniejszego losowania, sprawiły, że w pojedynkach półfinałowych zmierzą się czołowe kluby Hiszpanii z czołowymi klubami Niemiec. Jednocześnie w obu tych parach mamy wielkich, odwiecznych rywali z tak zwanego krajowego podwórka i chyba wszyscy byli zadowoleni, że do bratobójczego starcia, może dojść dopiero na Wembley. Być może zaskoczę wielu kibiców, ale ja osobiście bardziej wolałbym zobaczyć w Londynie pojedynek wewnątrz niemiecki, niż wewnątrz hiszpański. Z drugiej strony możemy przecież otrzymać jakieś międzypaństwowe zestawienie. Jeśli na przykład doszłoby do starcia Bayernu z Realem, to obok wielu innych podtekstów, byłby to bezpośredni rewanż za zeszłoroczny półfinał tych samych rozgrywek. „Grozi nam również zderzenie Barcelony, z Borussią Dortmund, które z racji pozornej zbieżności stylów, byłoby niezmiernie interesujące.

Jednego możemy być pewni. Niezależnie od tego jakie dwie drużyny ostatecznie spotkają się 25 maja na angielskiej ziemi, czeka nas niezapomniana futbolowa uczta. Będzie to niesamowite zamknięcie sezonu klubowego w Europie. Na koniec pozostaje mi tylko życzyć kibicom, niezależnie od ich osobistych preferencji, finału dorównującego dramaturgią oraz poziomem sportowym tym dwóm genialnym pojedynkom z 1999 oraz 2005 roku.


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.