Facebook Google+ Twitter

Lil’ Wayne - "Rebirth", eksperyment niezbyt udany

Lil’ Wayne może sobie pozwolić na bardzo dużo. Ale czy rzeczywiście po tak bardzo udanym albumie jakim był "Tha Carter III" powinien dać upust swoim rockowym fantazjom?

Lil Wayne - Rebirth / Fot. Lil WayneJuż wydany ponad dziesięć lat temu, doskonale przyjęty, debiutancki album "Tha Block Is Hot", który bardzo szybko pokrył się platyną, zapewnił mu liczne grono zwolenników. Mimo że dwie kolejne płyty ("Lights Out" i "500 Degreez") nie powtórzyły sukcesu debiutu, to trylogia "Tha Carter", a zwłaszcza jej trzecia odsłona, ugruntowała silną pozycję Weezy’ego na scenie. I kiedy wydawało się, że sukces "Tha Carter III" spowoduje, że Wayne zacznie powoli odcinać kupony od popularności, świat obiegła wiadomość, że pan Carter postanowił zostać rockmanem!

Na potwierdzenie tej sensacji już w styczniu 2009 roku wypuścił pierwszy singiel promujący "Rebirth". Jak się okazało niewiele ponad rok później utwór "Prom Queen" doskonale streszcza cały album. Elektryczne gitary, twardsze bębny i eksperymentalny, nasiąknięty auto-tunem wokal. Jednak podobnie jak sam "Prom Queen" nie powala na kolana, tak cały "Rebirth" również tego nie robi. Ale to nie oznacza, że nie ma na nim niczego godnego uwagi.

Otwarcie płyty, czyli pierwsze trzydzieści sekund utworu "American Star" może się podobać. Mocne, zdecydowane i podniosłe, ale potem jest już gorzej. Spokojne tempo tego numeru czyni go raczej monotonnym. Jedynie refren w wykonaniu Shanell zasługuje na uwagę. Z drugiej strony jednak, kiedy słyszymy słowa "Listening to my own voice in my black rolls royce/ Get the girls of my choice to take off their shorts and blouses" może i uśmiechamy się nieco, ale przecież wierzymy, że tak jest. Amerykańska gwiazda z pietyzmem mówiąca o sobie. To Weezy we własnej osobie. Takiego go przecież lubimy najbardziej. Gdyby nie rapował (śpiewał?) o sobie samym, nie byłby sobą.

Odnoszę wrażenie, że ta płyta dzieli się na dwie części. Obie średnie, jednak oddzielą je dwa numery: "On Fire" i "Drop The World". Przed nimi jedynie "Ground Zero" i "Da Da Da" zasługują na uwagę. Pierwszy z nich jest dynamiczny i agresywny, ale z wolniejszymi, bardziej stonowanymi momentami. Dużo się dzieje i dlatego nie jest nudno. Zasadniczo może bez większej rewelacji, ale to solidny numer. W "Da Da Da" na uwagę zasługuje podkład Cool & Dre i wszystkie sekundy, w trakcie których Wayne naprawdę porządnie rapuje, a nie jęcząco zawodzi, jak w odpychającym "Paradice".

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.