Facebook Google+ Twitter

"Lincz" Krzysztofa Łukaszewicza: mroczna ballada o dręczycielu

Film Krzysztofa Łukaszewicza, debiutującego jako I reżyser, miał swoją premierę 13 maja 2011 roku, jednak ze względu, jak się domyślam, na małą liczbę kopii do kin poza metropoliami trafia z pewnym opóźnieniem. Ja obejrzałem go w piątek po Bożym Ciele w towarzystwie trzech innych osób, w tym biletera kina "Etiuda" w Ostrowcu Świętokrzyskim.

Plakat filmu "Lincz" Krzysztofa Łukaszewicza. / Fot. materiały prasoweU podstaw scenariusza, który napisał sam reżyser, legła słynna sprawa samosądu we Włodowie, którym w 2005 roku żyły wszystkie media i spora część opinii publicznej. 1 lipca mieszkańcy wsi w województwie warmińsko-mazurskim dokonali aktu "sprawiedliwości społecznej" na niejakim Józefie Ciechanowiczu, pseudonim "Ciechanek", który przez wiele lat szykanował mieszkańców miejscowości, groził im, biegając po wsi z tasakiem. Policja nie reagowała na zgłaszane przez włodowian akty przemocy słownej i fizycznej. Dlatego, niejako w akcie rozpaczy wywołanej bezsilnością, postanowili wziąć sprawę w swoje ręce. Ręce uzbrojone w szpadle, kije, łomy...

Wieś, a właściwie kilka sąsiadujących ze sobą mazurskich osad, w filmie Krzysztofa Łukaszewicza jest nękanych przez niejakiego Zaranka, 61-letniego recydywistę, mieszkającego samotnie w popadającej w ruinę chacie. Poznajemy go, gdy ubrany w garnitur udaje się do urzędu, by załatwić sobie rentę. W tym samym ubraniu dokonuje następnie kolejnych przestępstw: najść, pobić, napadów, a w "najlepszym" przypadku gróźb. Nikt z jego otoczenia nie może się czuć bezpiecznie (zabezpieczeniem nie jest nawet groźnie wyglądający wilczur, któremu psychopatyczny przestępca ucina głowę). Jego ofiarą padają głównie kobiety (co wiele mówi o konstrukcji psychicznej bandyty), ale i silni mężczyźni nie są w stanie powstrzymać jego zbrodniczych działań. Do czasu.

Łukaszewicz z pomocą autora zdjęć Witolda Stoka i kompozytora Jarosława M. Papaja znakomicie pokazuje narastające osaczenie mieszkańców, ich potęgujący się strach i bezradność, zwłaszcza gdy instytucje powołane do niesienia pomocy nękanym obywatelom bagatelizują, by nie powiedzieć lekceważą ich problem. Tak jest z policją, dla której ważniejsze jest zapewnienie spokoju na ludowym festynie niż ujęcie groźnego przestępcy, który właśnie zmierza z siekierą do bezbronnej staruszki. Lekarz prośbę o obdukcję napadniętej kobiety traktuje jako próbę pozbycia się niekochanego męża. Można by nawet powiedzieć, że do tytułowego linczu dochodzi w wyniku "zachęty" ze strony dyżurnego na komendzie policji, który mówi do jednego z braci Gradów: "to z dziadkiem nie potraficie sobie poradzić?"

Czytaj też: Wyrok ws. linczu Włodowie w 2005 roku

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.