To będzie mój 40. artykuł opublikowany w Wiadomościach24, więc nie dziwcie się może ulgowemu potraktowaniu tego tematu.
Od dwóch dni w Szczecinie poranne przymrozki, więc wybraliśmy się z ojcem na działkę, aby odłączyć muszlę klozetową, wybrać wodę z beczek, pograbić liście i posypać kompostownik wapnem i wykonać podobne prace zabezpieczające. Grabiąc liście w truskawkach, odkryliśmy listopadowy cud natury: kwitnące truskawki (co pokażę na zdjęciach).
Ponieważ miałem już przygotowany poprzedni tekst: „Stoczniowe miraże” i brakowało mi tylko zdjęć „wymarłej” Stoczni Szczecińskiej, z lenistwa i dla żartu postanowiłem zrobić zdjęcie doku Szczecińskiej Stoczni Remontowej „Gryfia” (i tak czytelnicy się nie poznają, czy to dok czy pochylnia?), tym bardziej, że z przyległej do ogrodów Odry, jest świetny widok na największy dok stoczni remontowej.
Jednak natura zawsze sprawia psikusy (tak jak z kwitnącymi w listopadzie truskawkami), dobre słońce (gwarantujące nasłonecznione zdjęcie) jest tylko w godzinach od 11 do 15, a dok (okazał się zajęty, więc nie mógłby pozować za opustoszałą pochylnię) jest tak usytuowany, że w tych godzinach mógłbym robić zdjęcia tylko pod słońce (a niestety, mój niezbyt profesjonalny aparat, nie ma filtrów).
Postanowiłem więc zmienić zakończenie poprzedniego artykułu i napisać akapit o stoczni remontowej. Musiałem jednak znaleźć miejsce, gdzie mógłbym dojść do brzegu Odry naprzeciwko doku. A tam wszędzie jakieś zakłady, ogrodzenia i płoty (niczym na Mazurach), zakaz wstępu i zakaz fotografowania (chyba nikt nie przestrzega ustawy o „Prawie wodnym”). Mogłem więc zrobić tylko zdjęcie z większej odległości.
Szkoda, że Mazury nie znalazły się wśród 7 cudów natury. Ale co by się stało gdyby się znalazły i zjechaliby się turyści, a tam wszędzie płoty, ogrodzenia i wstęp wzbroniony? Jakiś żartowniś mógłby powiedzieć, a dlaczego zamykasz na kłódkę działkę i dostęp do swojego listopadowego cudu natury? Cóż, moja działka, jest oddalona więcej niż wymagane przez ustawę 1,5 m od linii brzegowej Odry.
Jeżeli już jestem przy żartach, to wytrwali (nawet w zimę) gracze w karty na działce (ojciec, wujek, najbliższy sąsiad), pokłócili się, bo okazało się, że sąsiada trzykrotnie przyłapali na dodawaniu sobie jednej wziątki ich kosztem (stąd chyba jego wygrane, bo jedna wziątka to w rzeczywistości strata dwóch, a narastająco w całej grze to kilka lub kilkanaście, co może decydować o wygranej). Sąsiad obraził się i przestali grać. Teraz wszyscy snują się po działkach nie wiedząc co z sobą zrobić, tak im brakuje tej partyjki 3-5-8.