Facebook Google+ Twitter

Litwa warta poznania

„Co takiego jest na Litwie, czego nie ma w Polsce?” – dziwił się jeden z moich znajomych. No właśnie, co? Dwutygodniowa wyprawa do tego kraju, na którą wybrałem się razem z moją dziewczyną, pozwala na to pytanie odpowiedzieć.

Łozdzieje. Fot. Mateusz Puszczyński

Łozdzieje



Przedostanie się przez granicę polsko-litewską pieszo nie jest łatwe. Jedyny autobus do przejścia granicznego w Ogrodnikach wyrusza około godziny szóstej rano. Po stronie litewskiej transportu autobusowego nie ma. Do wyboru pozostaje dziesięciokilometrowy spacer do najbliższego miasteczka albo łapanie stopa. Dla nas, wędrujących z wielkimi plecakami, ta druga opcja była o wiele rozsądniejsza. Dzięki uprzejmemu Litwinowi dość szybko udało nam się dotrzeć do Łozdzieji.

Miasteczko sprawia wrażenie zadbanego, zamieszkanego przez dobrze zorganizowaną i poukładaną, choć niewielką społeczność. Śniadanie zjedliśmy w miejskim parku na oświetlonej porannym słońcem scenie. Potem długie godziny czekaliśmy przed łozdziejskim domem kultury na odjazd autobusu do Wilna. Tam po raz pierwszy zobaczyliśmy to, co jest znakiem charakterystycznym Litwy – kapliczki.

Wilno



Późnym popołudniem dotarliśmy do stolicy. Już po kilku krokach w kierunku Starego Miasta, Wilno zaprasza w plątaninę małych uliczek, tym piękniejszych im bliżej do Starówki. Szukając akademika, w którym mieliśmy się zatrzymać, nie mieliśmy zbyt wiele czasu, by przyjrzeć się miastu. Udało się to dopiero w kolejnych dniach. Najczęstszym widokiem na ulicach Wilna są sklepy z bursztynem, kawiarnie oraz… Szkoci w tradycyjnych strojach. Tak było przynajmniej na początku września, w kilka dni przed meczem eliminacyjnym do mistrzostw Europy Litwa – Szkocja.

Interesująca jest wileńska ulica Giedymina. Ten XIV-wieczny Wielki Książę Litewski jest twórcą zjednoczonego państwa litewskiego oraz założycielem jego stolicy. Pomnik władcy stoi przed archikatedrą, jednym z najbardziej charakterystycznych zabytków. Niestety, podobnie jak plac przed ratuszem, budynek jest remontowany, co nie pozwala w pełni docenić jego walorów architektonicznych. Na brak tych ostatnich zwiedzający stolicę nie mogą narzekać. Główną oś Starówki tworzą ulice: Zamkowa, Wielka oraz Ostrobramska i wokół niej skupiona jest większość zabytkowych budowli. Wystarczy jednak odejść kilkaset metrów od Starówki, by natknąć się na ubogie domostwa, wycięte jakby z innego świata. Wilno jest idealnym miejscem do długich spacerów, a korzystanie z komunikacji miejskiej spokojnie można sobie podarować. Tak zresztą zrobiliśmy, spędzając tam cztery dni, spacerując, popijając kawę w urokliwych kawiarenkach i smakując miejscowe piwo.

Troki



Kolejnym przystankiem w naszej podróży były oddalone od Wilna o zalewie 30 km Troki. Miasto jest tak ściśle otoczone jeziorami, że na mapie wygląda jak specyficzny „półwysep” połączony z resztą lądu dwoma cienkimi przesmykami. Kiedyś Troki były stolicą Litwy, dzisiaj to małe, niespełna 8-tysięczne miasteczko, którego największą atrakcją jest zamek. Znajduje się na wyspie, a prowadzi do niego długi, drewniany most. Niestety, nie było nam dane zobaczyć go od wewnątrz ze względu na zbyt wygórowaną cenę wstępu. Urządziliśmy sobie natomiast spacer po wyspie, sprawdzając, niejako na wszelki wypadek, wszystkie możliwe drzwi w ceglastych murach. Niestety, do twierdzy żadną inną drogą niż oficjalna wejść się nie dało.

Paluse



Po nieprzyzwoicie wczesnej pobudce następnego dnia zawitaliśmy w Paluse w Parku Narodowym Aukstaitija. Właściwie pojechaliśmy tam z powodu jednego zdjęcia, które przed wyjazdem znaleźliśmy w internecie. Przedstawiało skąpany w słońcu drewniany kościółek, będący najstarszą tego rodzaju budowlą na Litwie. To wystarczało, by w naszym planie podróży uwzględnić to miejsce. Kościół stoi na niewielkim, trawiastym wzgórzu, na dziedzińcu znajdują się oczywiście kapliczki, a przed główną bramą duży, pięknie zdobiony, drewniany krzyż. Jakby na naszą prośbę po rannej ulewie nad Paluse pojawiło się słońce, która trwała już do końca wyprawy.

Resztę dnia spędziliśmy spacerując po lesie i oddychając świeżym powietrzem. Udało nam się nawet przygotować domowy obiad, a wieczorem skosztować kilku nowych rodzajów litewskich trunków w towarzystwie poznanych po drodze niemieckich turystów.

Poniewież



Zmuszeni brakiem zakwaterowania, następnego dnia postanowiliśmy wyruszyć na zachód, kierując się nad morze. Do Poniewieża, będącego przystankiem w tej podróży, jechaliśmy zdezelowanym autokarem, który w najmniejszym stopniu nie zasługiwał na miano turystycznego. W dodatku po drodze dosiadło się sporo grzybiarzy, którzy – najoględniej mówiąc – nie pachnęli różami. To jednak nie był koniec „wrażeń” tego dnia. Mimo że Poniewież, jak na litewskie warunki, jest sporym miastem, jest również wybitnie nie-turystyczny. Sporo kłopotu sprawiło nam znalezienie taniej kwatery. Pani w studenckiej bursie szukała nas w swoich zeszytach, nie pytając nawet o nazwiska i oczywiście nie znalazła.

Z kolei w kawiarence internetowej w wielkim centrum handlowym nikt nie mówił po angielsku. Koniec końców wylądowaliśmy w czymś na kształt pensjonatu z barem na blokowisku. Atmosfera, jak się można domyślić, gęsta i alkoholowa, szczególnie, że akurat wypadał piątek. Mimo to pokój był bardzo schludny, więc rzuciliśmy tylko rzeczy i zeszliśmy na dół wczuć się w klimat litewskich blokowisk. Skosztowaliśmy zatem tradycyjnych litewskich czeboriaków (coś na kształt wielkich pierogów z nadzieniem) i przyglądaliśmy się podpitym już amatorom mocnych trunków.

Kłajpeda



Po mało turystycznym etapie naszych litewskich wojaży marzyliśmy już tylko o tym, żeby znaleźć się nad morzem. Następny przystanek – Kłajpeda. Udało nam się tam dotrzeć, nie bez problemów, późnym popołudniem. Oczywiście, gdy już się tam znaleźliśmy, pierwszą naszą myślą był spacer nad morze. Niestety okazało się to niewykonalne. Olbrzymią część wybrzeża w mieście zajmują zabudowania portowe, a czegoś, co choćby przypominało plażę, nie sposób tam znaleźć. Udało nam się jedynie zaliczyć krótki spacer po Kłajpedzie. Poza główną ulicą, dobrze oświetloną i ruchliwą, miasto jest mroczne, niezbyt urokliwe i sprawia wrażenie niebezpiecznego, zwłaszcza wieczorami. To rozczarowanie złagodziła nieco Mierzeja Kurońska, na którą wybraliśmy się następnego dnia. Tam znaleźliśmy w końcu plażę z prawdziwego zdarzenia, mogliśmy zamoczyć nogi, usiąść na piasku i słuchać szumu fal. Znaleźliśmy również ciekawy skansen przedstawiający wioskę rybacką z początku XIX wieku z zagrodą, łaźnią i specjalnym budynkiem, służącym do suszenia złowionych ryb.

Palanga



Ponieważ Kłajpeda niespecjalnie nas zachwyciła, dwa dni później przenieśliśmy się kilkanaście kilometrów na północ - do Palangi. Na miejscu momentalnie znaleźliśmy tanią i ładną kwaterę, a właściwie to ona nas znalazła. Palanga oferowała nam wszystko, co może dać nadmorski kurort, z wyjątkiem tłumów turystów. Pogoda robiła się coraz piękniejsza, miasto kusiło kawiarniami na deptaku i zielenią drzew. Postanowiliśmy zatem zrobić sobie zasłużony odpoczynek i zostać w tym miejscu dwa dni kosztem skrócenia późniejszej wizyty w Kownie. Tak więc spędziliśmy uroczy czas korzystając z wrześniowego słońca, czytając na plaży i popijając na balkonie martini. Mimo że woda w Bałtyku nie była szczególnie ciepła, zdecydowałem się nawet na kilka odświeżających kąpieli.

Kowno



Trochę żal nam było opuszczać Palangę, ale nasza podróż nieuchronnie zbliżała się do końca. Ostatnim miejscem, które chcieliśmy zobaczyć, było Kowno. Miasto nie jest może tak urokliwe jak Wilno, ale ma w sobie to „coś”, co sprawia, że może się podobać. Stare Miasto położone jest w miejscu ujścia Willi do Niemna, a do jego najstarszej części prowadzi długi deptak złożony z ulicy Wileńskiej i alei Wolności. Znajduje się tam Ratusz Miejski, rynek oraz pozostałości zamku i starych murów miejskich. Charakterystyczna bryła kościoła św. Michała Archanioła zajmuje niewielki, zwłaszcza w porównaniu do jej rozmiarów, plac na początku deptaka. Ograniczony czas nie pozwolił nam, niestety, na wczucie się w klimat miasta.

Następnego dnia czekał nas powrót do Polski. Tradycyjnie już granicę przekroczyliśmy pieszo. Litewski celnik nie mógł ukryć zdziwienia: „Podróżowaliście po Litwie? Przecież tam nie ma nic do zobaczenia!”

Rozszerzona wersja relacji z wyprawy na Litwę dostępna na www.litwa2006.cba.pl

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Parę lat temu byłem w Trokach i pamietam ów widok zamku osadzonego na jeziornej wyspie (z długim drewniany mostem). Daleko mu do polskich tweirdzy, ale imponujaco wygladał wśród puszczy. Pamietam, że wzdłuż brzegu postawiono wiele stoiskz pamiatkami, a z tych oryginalnych to sprzedawano koraliki w kolorze grafitowym o różnych przekrojach i kształtach - jako bransolety, kolczyki, naszyjniki. Ładne to i tanie. Ale nie pamiętam, skąd powiedzenie - weź dupę w troki (Troki?)...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.