
Rodzice zaprowadzili chłopca do przychodni na łódzkim Widzewie. Tam pobrano próbki krwi i wysłano do laboratorium przy szpitalu im. Kopernika. Wyniki badań przeraziły i lekarzy, i rodziców.
- Kiedy przyszedłem odebrać badania syna, lekarze z przychodni już nad nimi dyskutowali. Pytano, czy syn często sinieje. Reszta brzmiała jak wyrok. Wynik badania wskazywał na całkowity brak krzepliwości krwi, brak odporności i ostrą anemię. Lekarze powiedzieli, że takie parametry mogą świadczyć o ciężkiej odmianie białaczki, a nawet AIDS - opowiada Grzegorz Gałasiński, ojciec Mateusza. - Byłem załamany. Patrzyłem na wyniki badań i nagle dostrzegłem, że w nagłówku wydruku widnieje inne imię. Nie zgadzał się też wiek syna.
Po konsultacji pracownicy przychodni uznali, że przysłany wynik może dotyczyć innego pacjenta. Powiadomili laboratorium o tym, że nie zgadzają się dane chłopca. Dzień później przyszedł wydruk z imieniem Mateusza i tymi samymi wynikami. Laboratorium upierało się, że nie ma pomyłki.
- To był najgorszy weekend w naszym życiu. Musieliśmy czekać do poniedziałku, by powtórzyć badania. Syn domyślił się, że coś jest nie tak. Wytłumaczyliśmy, co się stało. Mówiliśmy, że to musi być pomyłka. W poniedziałek rano poszliśmy do innej przychodni na ponowne badania. Wyniki pokazały, że Mateusz jest zdrów jak ryba - mówi z ulgą Gałasiński.
Ta pomyłka kosztowała nie tylko rodziców Mateusza wiele nerwów.
- Zainteresowaliśmy się sprawą. Laboratorium tłumaczyło się problemami z komputerem i złej jakości próbką. To kardynalna pomyłka, niestety nie pierwsza w naszej współpracy - mówi Mirosława Nowicka, kierowniczka przychodni.