Facebook Google+ Twitter

Londyn 2012. Siatkarzy podróż z nieba do czyśćca

O pierwszy od 32 lat awans do fazy medalowej będzie trudniej niż prognozowano przed igrzyskami. Mylili się ci, którzy za wcześnie uwierzyli, że droga polskiej reprezentacji będzie usłana różami.

 / Fot. PAP/EPA/HannibalStara olimpijska prawda głosi, że każdej drużynie zdarza się słabszy dzień. Dzień, kiedy nie jest sobą, kiedy proste sytuacje wydają się nabierać najbardziej skomplikowanych form, kiedy nie czuje się lekkości i luzu, tak potrzebnych w dyscyplinie, w której kontakt z piłką trwa ułamki sekund, a każda akcja przynosi punkt.

Dla biało-czerwonych ten dzień nadszedł aż dwa razy: z Bułgarią, która rozstrzelała nas zagrywką i atakiem oraz Australią, świetnie czytającą naszą grę i brawurowo broniącą w polu. O ile pierwsi z nich od lat przynależą do szerokiej europejskiej i światowej czołówki, to Australijczyków traktowano jako kopciuszka, który solidarnie do spółki z Wielką Brytania przyjechał zebrać baty.

Przed rozpoczęciem zmagań w londyńskim Earls Court Exhibition Centre wiele mówiło się o tym, że zaletą Polaków jest wszechstronność - po równo dzielą akcenty w obronie i ataku, siłę mieszają z techniką, pod okiem doświadczonego włoskiego szkoleniowca nabrali sprytu i wyrachowania, zachowują chłodną głowę w końcówkach setów, z czym u poprzednich szkoleniowców bywało różnie.

Owa wszechstronność okazała się jednak wadą, bo w krytycznym momentach nie wiadomo było, gdzie szukać swojej szansy, którym elementem możemy odwrócić bieg wydarzeń, do kogo Łukasz Żygadło ma zaadresować najważniejsze piłki. Gdy niepewności zaczyna towarzyszyć nerwowość, przepis na porażkę jest już gotowy.

Tak zdenerwowanego Anastaziego jak dzisiejszego ranka jeszcze nie widzieliśmy. Wrzeszcząc próbował wstrząsnąć zespołem, który charakteryzowała pasywność, brak zaangażowania, strach przed uniknięciem błędu, brak odwagi. Nawet ziejący energią, doświadczony 34-letni Krzysztof Ignaczak, najbardziej pozytywna postać kadry, nie zdołał zainspirować kolegów.

W tym miejscu warto poruszyć temat wyborów personalnych trenera. Mianowanie kapitanem ostoi spokoju Marcina Możdżonka, z którego twarzy nie można wyczytać żadnych emocji, u niejednego obserwatora siatkówki wywołało zdumienie. Czy to on ma dać sygnał do walki, toczyć negocjacje z sędziami, być sprawnym łącznikiem na linii zawodnicy-sztab - pytano. Można domniemywać, że spokój ducha, odpowiedzialność i racjonalność środkowego miały udzielić się reszcie zespołu. Do startu w Londynie nie było cienia wątpliwości, że mianowanie Możdżonka miało uzasadnienie, ale dziś widać, że jest on nieobecny w chwilach kryzysu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Obyśmy w środę wieczorem nie spadli do piekła!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.