Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

20782 miejsce

Lotnicze Zakłady Naukowe obchodzą w sobotę 60-lecie

  • Źródło: Słowo Polskie Gazeta Wrocławska
  • Data dodania: 2006-10-13 12:37

Ukończyli je Wojciech Pokora, Janusz Rewiński i Adam Grehl. Tak jak inni uczniowie wstawali o świcie, chodzili w szaroniebieskich mundurkach, gdy chcieli zapalić, udawali dzikie gęsi i przez semestr klepali młotek, żeby dostać zaliczenie.

Fot. Archiwum SPGW Budzić się trzeba było razem z kurami. Cały dzień chodzić w szaroniebieskim mundurku. Przez pierwszy semestr klepać młotek na zaliczenie. Udawać dziką gęś, jak się chciało zapalić. A mimo to w czasach świetności o jedno miejsce w szkole starało się do 10 kandydatów z całej Polski!

Nic dziwnego – chłopcy w dzieciństwie, jeśli nie chcą zostać strażakami, to chcą latać samolotami. A zanim się siądzie za stery, wiadomo, że dobrze jest umieć naprawić silnik odrzutowca. Albo zreperować podwozie, które nie chce się chować do środka. Po pięciu latach w Technikum Budowy Silników Lotniczych, bo tak najpierw nazywały się Lotnicze Zakłady Naukowe, można więc zacząć się uczyć na pilota albo inżyniera od mechaniki na politechnice. Pójść do pracy w przemyśle, np. do Fabryki Samochodów Osobowych, jak zrobił to na kilka lat absolwent Wojciech Pokora, fenomenalny aktor komediowy. Można też usłyszeć głos z prawdziwej góry, gdzie samoloty już nie dolatują, i przyjąć święcenia.
– Jakieś 80 proc. naszych adeptów poszło ścieżką techniczną – oblicza Zbigniew Bocheński, przez 53 lata nauczyciel przedmiotów zawodowych w LZN. – Ale kilku moich wychowanków zostało księżmi, a jeden rabinem.

Drut na szpiegów

Bocheński trafił do szkoły przypadkiem. Był rok 1952, skończył Wydział Mechaniczny na Politechnice Krakowskiej (tam miał najbliżej z Nowego Targu, skąd pochodzi). Dostał po prostu nakaz pracy.
– Przyjechał pan z ministerstwa szkolnictwa do spraw zatrudnienia – opowiada Bocheński. – Mnie i dwóch kolegów spytał, czy znamy Wrocław. Nie znaliśmy, więc przez trzy lata mieliśmy okazję to nadrobić.
Szkoła, jeszcze o nazwie Technikum Budowy Silników, otoczona drutem kolczastym, mieściła się w budynkach Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego na Psim Polu. Nazwa WSK, podobnie jak druty, powstała z myślą o szpiegowskim elemencie, który mógł kręcić się wokół byłej fabryki silników Fasil. Produkowało się w niej przecież silniki do migów, iskier i innego sprzętu latającego. Jeden z budynków to był internat, którym zarządzało dwóch komendantów. Każda klasa, oprócz wychowawcy w szkole, miała też opiekuna w internacie. W szkole kadra chodziła w białych fartuchach i wykładała z wysokich katedr, uczniowie – w szaroniebieskich mundurach, z obowiązkową tarczą, czyli gapą na ramieniu.
– Te mundury były zmorą, bo obowiązywały jeszcze na początku lat 90. – wspomina Marek Gutterwill, analityk bankowy. – Ale szybko odkryliśmy, że dzięki nim udawało się w kawiarni dostać lampkę wina. Bo wyglądało się poważniej.
W barakach, w których przedtem mieszkali robotnicy z WSK, powstały warsztaty i laboratoria. Tam nie trzeba było słuchać lekcji w takim skupieniu, jak w szkole. Warczały maszyny, można się było porozumieć z kolegami nie tylko na temat zajęć.
– Gdzieś na początku lat 50. ówczesny dyrektor Bekier spytał kierownika laboratorium, Jana Hobota, co tam się dzieje, bo doszły go niepokojące słuchy – wspomina Bocheński. – Hobot wtedy powiedział: Panie dyrektorze, no jak to panu wytłumaczyć? Taki mały Meksyk w karnawale.
Dyrektor nie miał więcej pytań. Dziś na budynku warsztatów wisi napis Mexico City.

Kibel za baki

W końcu druty wokół szkoły zniknęły, ale Janusz Rewiński, jeden z najpopularniejszych teraz satyryków kraju, jeszcze je pamięta. Naukę zaczął w 1963 r. Koledzy mówią, że był wtedy podobny do każdego innego, tylko nie do siebie. Mały, drobny, z krótkimi, raczej jasnymi włosami i całkiem spokojny.

– A jaki miałem być? – pyta Rewiński. – Na egzaminy z tych moich Żar, gdzie można było tylko wybrać wino albo kino, jechałem jako 14-letni facet najpierw pociągiem na Dworzec Świebodzki, potem tramwajem na pl. Grunwaldzki, potem autobusem na Psie Pole. Jak okazało się, że zdałem, to zaraz chciałem wracać. Nie usłyszałem, że trzeba zapisać się na szycie munduru i do internatu. Dlatego potem musiałem chodzić w szarym, kaprawym mundurku, który uszyła mi w końcu siostra, bo pracowała w więziennictwie i dostała deputat. Mieszkałem na początku w separatce w szpitaliku przy szkole, w baraku. Byłem brzydkim kaczątkiem i popychłem wszystkich. Dopiero potem trochę zmężniałem, gdy dostałem się do internatu – zaznacza.

W internacie panował wojskowy dryl. O atmosferę dbali komendanci: Śledź i Ślimak. Pomagał im w tym Józef Biczysko, wychowawca klasy Rewińskiego w internacie.
– Nie byłem najgrzeczniejszy – zaznacza satyryk i aktor. – Dlatego w zapiskach Biczyska miałem takie uwagi: śpi w łóżku, chodzi w butach, urządza biegi za WSK – wylicza. Wstawać ci z internatu musieli o szóstej rano, a potem siedzieć do dzwonka na śniadanie obok łóżka na taborecie. Niektórzy jednak po posłaniu rzucali się dalej do spania. Wpadał wtedy Śledź, Ślimak lub Biczysko i uwaga gotowa. W internacie i szkole można było chodzić tylko w kapciach filcowych. Za zbyt długie włosy lub baki – trzykrotne mycie kibla.
– Żeby zapalić, biegliśmy za WSK – wyznaje Rewiński. – Wzorowaliśmy się na dzikich gęsiach. Mają taką strategię, żeby wylądować w szczerym polu. Wtedy widzą, czy nie podchodzi ich drapieżnik. Biegliśmy więc całą bandą i rozglądaliśmy się, czy leci już za nami Biczysko. Gdy po kilku machach już nadciągał, rzucaliśmy papierosy i zawracaliśmy do niego. Nic nie czuł, bo sam palił.

Młotek na michałki

W klasie Rewińskiego było kilka koleżanek. Po co dziewczyny szły do takiej wojskowej szkoły?

– Mnie posłał tu tata – wyjaśnia Barbara Oleszek, obecna dyrektor szkoły. – Był pilotem, latał antkami w północnej Afryce. Mnie interesowała historia, inkwizycja, obyczajowość średniowiecza. Ale tata stwierdził, że na michałki zawsze znajdę czas i potrzebny mi konkretny zawód – śmieje się dyrektor.

W pierwszej klasie nie było jej jednak do śmiechu. Dyscyplina w szkole ją przerażała, a młotek, który miała wyklepać w pierwszej klasie na warsztatach na zaliczenie, śni jej się czasem do dziś.

– Młotek i łyżka do opon – wzdraga się inny absolwent, przewodniczący samorządu uczniowskiego, Adam Grehl, teraz wiceprezydent Wrocławia. Mimo ciężkich chwil w tokarni i szlifierni nie wybrałby innej szkoły. Mówi, że oprócz świetnie prowadzonych zajęć technicznych, na wysokim poziomie były też przedmioty ogólnokształcące. I niesamowita szkoła życia.

– Polonistka z wielkim wdziękiem prowadziła swoje lekcje. – wspomina Grehl. – Takiej atmosfery nie miała żadna szkoła – mówi wiceprezydent z przekonaniem, prawnik z wykształcenia.

Niektórzy absolwenci zostali pilotami.

– Leciałam kiedyś do Turcji na wakacje samolotem – wspomina dyrektor Oleszek. – W pewnej chwili stewardessa zaprosiła mnie do kabiny pilotów. Okazało się, że za sterami siedział absolwent naszej szkoły. Powiedział mi: Pani profesor, niech pani z nami wraca do Polski, w Turcji zaraz będzie lało. Miał rację. Ci z lotnictwa mają najlepsze prognozy meteorologiczne.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Dariusz Zając
  • Dariusz Zając
  • 01.10.2011 03:57

Łyżka do opon to był dramat .Chciałem się zwolnić w piątek wcześniej z zajęć warsztatowych żeby zdążyc na pociag do domu ,ponieważ mieszkałem w internacie ,niestety Swiądrowi nie podobały się kąty zrobione ręcznie pilnikiem,I MNIE NIE ZWOLNIŁ.ALE I TAK GO LUBIAŁEM,TĄ ŁYSĄ GLACE.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 17.10.2006 23:59

I ja tam byłem, miód i wino piłem, a co widziałem niebawem Wam zaprezentuję na DVD. Idealny prezent na święta, pamiątka z ostatniego takiego jubileuszu. Pozdrawiam wszystkich ludzi polskich skrzydeł i nielotów,

Zbigniew Kowalewski
matura 1973
0603765403

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.