Facebook Google+ Twitter

Lubi śpiewać, lubi tańczyć...

Czy każdy film, w którym gra Hugh Grant, to komedia romantyczna? Niemalże. Tym razem to "Prosto w serce", a na ekranie towarzyszy mu Drew Barrymore. Uwaga - w filmie Grant śpiewa i tańczy - a, jak twierdzi, nie przychodzi mu to łatwo...

Przyznam się bez bicia, że wybrałam się na film kuszona obietnicą ujrzenia tańczącego i śpiewającego Hugh Granta.
http://musicandlyrics.warnerbros.com/Nigdy specjalnie nie przepadałam za aktorem. W "Czterech weselach i pogrzebie" bardziej ujęła mnie Andy MacDowell. Nigdy nie pojmowałam też zauroczenia Granta - mdłą dla mnie - Liz Hurley.


Fryzura, imitująca hełm lub w najlepszym przypadku garnek również - by użyć eufemizmu - nie pomagała we wzroście mojej sympatii do Brytyjczyka. Na nic zdał się nawet jego akcent... Do czasu, gdy wybrałam się na ekranizację powieści Nicka Hornby'ego "Był sobie chłopiec". Grant, odtwarzający rolę dobrze uposażonego nieroba-eleganta, wreszcie miał "ludzką" fryzurę i - przede wszystkim - śpiewał.


Co więcej - owym śpiewaniem rozbawił mnie na tyle, że chwilowo zapomniałam o czekającym mnie dnia następnego egzaminie wstępnym. Ostatecznie mój sentyment do Hugh przypieczętowała rola w "To właśnie miłość" i scena tańca premiera Wielkiej Brytanii, w którego się wcielił, do utworu "Jump". Popłakałam się ze śmiechu - a łzy to dla mnie - obok bólu pośladków - to jeden z najlepszych wyznaczników wartości filmu.


A, że wzruszam się łatwo i trwale - łzy ze śmiechu są znacznie bardziej wartościowe. Tak więc polubiłam Hugh Granta i ostatecznie wybaczyłam mu wcześniejszy kiepski dobór fryzur, kobiet i skandali (pamiętamy wszyscy samochodową przygodę z hollywoodzką prostytutką). Natomiast scena, w której kręci pupą i wybitnie nieudolnie naśladuje taniec idoli lat 80. XX-ego wieku znalazła się w moim prywatnym - więc amatorskim i bardzo subiektywnym - zestawie najlepszych scen kinematografii wszech czasów (na swoje usprawiedliwienie dodam, że na znacznie dalszej pozycji, niż scena z "Przeminęło z wiatrem", w której Rhett Butler mówi do Scarlett: "Frankly my dear, I don't give a damn").


Nie może więc dziwić moje zainteresowanie najnowszym filmem Granta, w którym gra idola lat 80. odcinającego dziś kupony od dawnej sławy. Wiadomo - będzie śpiewał i tańczył! Do tego w rytmie i stylu disco - co już samo w sobie zapewnia dobry nastrój. Obejrzenie scen z teledysku w stylistyce lat 80. ubiegłego stulecia w wydaniu z Grantem zamienia ten nastrój w paradny. Ale - po kolei. Polecanie filmu zostawmy na koniec tej nietypowej recenzji...


"Prosto w serce" (w oryginale "Music and Lyrics" - jak najbardziej adekwatne do treści filmu) to tytuł będący tłumaczeniem wersu piosenki - hitu lat 80. zespołu Pop, w którym grał niejaki Alex Fletcher - postać kreowana przez Hugh Granta. Mamy jednak XXI wiek i były gwiazdor próbuje utrzymać się, grając na festynach i zjazdach szkolnych, na których 40-letnie panie zachowują się niemal identycznie jak nastolatki podczas niedawnej wizyty zespołu US5 w Polsce. Zespół Pop miał dwóch liderów - drugi rozpoczął udaną karierę solową i bardzo dobrze radzi sobie na rynku muzycznym (czy nie przypomina to historii zespołu Wham? Kto pamięta, że partner George'a Michaela nazywał się Andrew Ridgeley?).


Alex jednak nie narzeka - dobrze zna swoje miejsce w szeregu, martwi się jedynie, że niedługo chałtury w parkach rozrywki nie wystarczą, by wieść spokojne życie. Powoli nadchodzą czasy gdy, po pierwsze - nie będzie miał na takie występy siły, po drugie - nikt go nie będzie chciał zatrudnić. Liczba absurdalnych zleceń nieuchronnie zaczyna się kurczyć. Właśnie wtedy pojawia się niecodzienna propozycja. Młoda gwiazdka, idolka tłumów Cora Corman (Haley Bennett), proponuje Alexowi wspólne nagranie piosenki, uzasadniając to zamiłowaniem do dawnej twórczości piosenkarza. Szkopuł w tym, że Alex sam musi utwór napisać - i ma na to zaledwie kilka dni (w odwodzie pozostaje konkurencja w postaci kilku innych gwiazd-dinozaurów). O ile Fletcher jest w stanie skomponować muzykę, o tyle z pisaniem tekstów nigdy nie było u niego najlepiej. Na szczęście fart towarzyszy bohaterom filmowym - zwłaszcza na początku historii - i Alex spotyka Sophie Fisher (Drew Barrymore), która zdradza umiejętności nieczęstochowskiego rymowania. Tylko czy zechce i będzie w stanie mu pomóc?

"Prosto w serce" to komedia romantyczna. Warto wspomnieć, że część wypełniająca warunki konieczne dla bycia komedią romantyczną jest wysoce zjadliwa. Dołóżmy do tego dobre dialogi i zgrabną grę - zarówno Granta jak i Barrymore. W najlepszych scenach Drew kojarzyła mi się z Kate Winslet - co w moich ustach jest dużym komplementem. Największą jednak zaletą filmu jest ironia z jaką pokazano w nim przemysł muzyczny. Nie tylko ten z lat 80. i jego próby reaktywacji - także współczesnych idoli młodzieży, a nawet dzieci. Cora Corman głównie rozbiera się i wije na scenie - i jest idolem amerykańskich nastolatków. Co więcej - swój sceniczny image wspiera rzekomo buddyjskimi inspiracjami. Ale uważa, że Dalajlama to rodzaj lamy... Co myśleć o fanach takich "sław"? Chyba to samo, co o wspomnianych wyżej byłych licealistkach szalejących na widok byłego gwiazdora...

Bezsprzecznie najlepsze w filmie są momenty, w których Hugh Grant tańczy oraz sceny, w których jego fryzura deklasuje krytykowany przeze mnie wcześniej "garnek" pod każdym względem. Na łopatki bije teledysk na początku filmu... Całość obrazu zaś stanowi bardzo dobrą rozrywkę. Nie jest to kino najwyższych, ani nawet wysokich lotów - ale tego przecież się po nim nie spodziewaliśmy. To film z serii "odmóżdżających" i wprawiających w dobry humor. Lepszym towarzystwem na projekcję będzie przyjaciółka niż mężczyzna - co nie znaczy, że panom się nie spodoba. Takiego filmu nie da się ocenić w odniesieniu do całej kinematografii - nie wypada, bo to nie jest sztuka filmowa w pełnym wymiarze tego słowa.


Pozwolę sobie więc zupełnie subiektywnie nadać mu miejsce pośród mu podobnych - będzie to gdzieś pomiędzy wspomnianym "To właśnie miłość" a totalnie prześmiewczym "Dziennikiem Bridget Jones" (i to nie zbieg okoliczności, że w obydwu grał Grant). I dodam, że spreparowany na potrzeby filmu teledysk uplasował się tuż przed tańczącym premierem Wielkiej Brytanii na mojej prywatnej liście najlepszych scen wszech czasów.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Monika Gilbrecht
  • Monika Gilbrecht
  • 24.11.2010 01:02

Bardzo podoba mi sie ta recenzja, a jak Hugh Grant zabujal bioderkami na tym festynie- oszalalam...

Komentarz został ukrytyrozwiń

(+) Z przyjemnością wielką przeczytałam :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dobre rzeczy nie wymagaja komentarzy...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Fajnie sie czyta , szybko i lekko :) dokladnie taki jest ten film wiec chyba o to wlasnie chodzilo:)mnie sie podoba:)!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.