Facebook Google+ Twitter

Lublin a Strefa Inne Brzmienia

Pierwszy większy festiwal kulturalny właśnie trwa - a to mój rzut oka na kwestie ideologiczno-organizacyjne tego wydarzenia.

 / Fot. www.um.lublin.plZorganizowanie festiwalu muzycznego to dla Lublina pomysł wprost wymarzony. Po pierwsze - jest to jedyne miasto mające taką imprezę po prawej stronie Wisły. Po drugie, porywając się z motyką na księżyc władze miasta zgłosiły je do konkursu o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury - przy wątpliwej konkurencyjności tej metropolii w stosunku do reszty pretendentów, jest to jedynie promyk nadziei. Po trzecie wreszcie, przedsięwzięcie takie niesie za sobą znakomite skutki komercyjno-promocyjne: miasto pojawia się na ogólnopolskich portalach muzycznych i informacyjnych, zjeżdżają gwiazdy – także światowego formatu, pojawia się szansa przyciągnięcia turystów i pokazania im, że nie jest to zupełny zaścianek Europy. I nawet pomimo braku spektakularnego sukcesu w kulturalnych zmaganiach Lublina z resztą polskich miast (oraz jednym hiszpańskim kandydatem), pojawiają się nieocenione korzyści: przypływ europejskiej gotówki oraz najlepszy z możliwych bodźców do działania. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że pytanie czy zdążymy, pojawiające się ciągle w związku z organizacją przez Polskę Euro 2012, jest i w tej sytuacji adekwatne: by liczyć się w prestiżowym wyścigu, Lublin musi nadrobić spore różnice.

Idea


Festiwal Inne Brzmienia ma jeszcze jedną niewątpliwą zaletę w postaci przyświecającej mu idei – promowanie faktycznie nietuzinkowego, wyjątkowego grania. Interesujące kolaboracje, ciekawe projekty i muzyczne miszmasze to jego specjalność. Przyświecająca temu przedsięwzięciu idea transgraniczności i interdyscyplinarności objawia się nie tylko w muzycznym rozkładzie, ale także w towarzyszących mu projektach. Dzięki temu możemy podziwiać znakomite prace Lou Beacha, Wojciecha Druszcza, Tomka Sikory i Andrzeja Dudzińskiego, wystawione w pięknych budynkach Starego Miasta. Kolejnym świetnym pomysłem są liczne warsztaty, prowadzone przez prawdziwe autorytety i interesujące postacie – od warsztatów bębniarskich (Radek Nowakowski z Osjan) przez Dj-skie (Hirek Wrona), aż po sztukę wideoklipu (Yach Paszkiewicz) i fotografii (Tomek Sikora). Nie koniec na tym – w ostatnich dniach festiwalu odbędą się pod patronatem „Polityki” interesujące panele dyskusyjne o polityce, trendach, granicach i historii oraz ich implikacjach w życiu kulturalnym narodów, społeczności. Dyskusje poprowadzą Mirosław Pęczak, Krzysztof Brunetko i Jagienka Wilczak.

Przeszkody i słabości



Tak pokrótce zarysowuje się idea lubelskiego festiwalu. Od pierwszego dnia widać było ogromne nadzieje z nim związane – wyrażają je nie tylko organizatorzy (jakby nie było, jedni z głównych zainteresowanych), ale także władze miasta i jego mieszkańcy. Robert Leszczyński wraz z Mirkiem Olszówką, otwierając długim i nużącym przemówieniem pierwszy dzień imprezy, snuli już wizje przyszłych edycji, sukcesów, rozrastającej się z roku na rok oferty, odważnie porównując się między innymi do Gdyni. Słuchając tych wszystkich entuzjastycznych prognoz doszłam do wniosku, że marzenia o sukcesie komercyjnym z kilku powodów należałoby na razie porzucić. Chociażby dlatego, że budowanie marki festiwalu przy obecnym przesycie jest zadaniem niemalże karkołomnym, z wielu względów, od finansowych chociażby począwszy. Ponadto reklamowano go słabo – gdyby nie współpraca z Ticketpro, efekty okazałyby się pewnie znacznie gorsze.

Nie da się także zaprzeczyć, że Lublin to miasto nieprzystosowane do organizacji naprawdę dużej imprezy – knajpki na starym mieście, zamiast gościć turystów, zamykają się za wcześniej (około północy), brak bazy noclegowej (dysponowanie kilkoma akademikami i hotelami to trochę za mały wybór dla zróżnicowanej pod względem wymagań publiczności), nie wspominając już o koszmarnym zaniedbaniu kwestii komunikacji miejskiej.

Ogromne przerwy między kursującymi autobusami (szczególnie z odległych części miasta) w okresie letnim można jeszcze pewnie jakoś usprawiedliwić, ale ostatnie kursy kilka minut po godzinie 22 (nie mówiąc już o tym, że każdy profesjonalnie zorganizowany festiwal organizuje bezpłatną komunikację) to już zupełny absurd. Jeśli na te kilkanaście dni nie zostaną zapewnione dodatkowe środki transportu, nie ma co marzyć o prestiżu. No i wreszcie wierność filozofii Innych Brzmień każe podejrzewać, że zachowanie jakości artystycznej pociągnie za sobą umiarkowany sukces komercyjny. Pozostanie w swoistej niszy nie jest z resztą rozwiązaniem złym – daje to szansę na wyrobienie sobie świetnej marki i reputacji i przyciągnięcie wąskiej, ale zdeklarowanej i w miarę stałej grupy ludzi.

Przyglądam się Strefie Inne Brzmienia i dostrzegam jeszcze kilka mankamentów, wiążących się już stricte z festiwalem. Pierwszym z nich są ceny koncertów – o ile większość gwiazd można zobaczyć za zupełnie przyzwoitą kwotę, dziwi brak karnetu, który dawałby możliwość nawet niewielkiej zniżki. Za to zbyt wygórowana cena została podyktowana za koncert Morcheeby – ja wiem, że to główna gwiazda, pewnie nie najtańsza, ale przy stopniu promocji i częstotliwości koncertowania tej grupy w Polsce ostatnio, to wątpliwa atrakcja. Prościej byłoby przyciągnąć ludzi proponując darmowe wejście na pozostałe koncerty w razie kupienia tego jednego, najdroższego biletu.

Przeszkadza na festiwalach (nie pierwszy to co prawda przypadek, ale dziwny) brak napojów na płycie koncertowej. Pojawiła się co prawda woda mineralna za darmo trzeciego dnia, nie każdy jednak o tym wiedział. A możliwość wypicia lokalnego piwa w konkurencyjnej, nie wywindowanej cenie, to przecież dodatkowe punkty. I ostatnia, szalenie drażniąca mnie kwestia: wiem, że festiwal ten organizuje człowiek mocno związany z większością artystów na nim grających. Wiem, że zysk to najważniejsza rzecz dla organizatora. Ale powtarzanie przy każdym koncercie, zwykle przed i po, o tym, że przed wejściem stoi namiot i można kupić tam płyty prezentowanych na scenie wykonawców, często w śmieszny sposób, po którymś z kolei dniu denerwuje (Marek Niedźwiedzki z nonszalancją skomentował to od razu). Namiot widać znakomicie i nietrudno do niego trafić. Ale Mirek Olszówka uparł się zrobić na tym kasę i wypromować własną osobę jeszcze skuteczniej. Obawiam się odwrotnych skutków takich wybiegów. Niemniej – warto festiwal poobserwować i zobaczyć, jakie jeszcze zaskoczenia, pozytywne i negatywne, może przynieść.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.