Facebook Google+ Twitter

Lublin Jazz Festiwal 2014 - relacja z doborowego weekendu

Ravi Coltrane uczynił ten trzydniowy maraton z jazzem przeżyciem nieziemsko dobrym. Co nie znaczy, że nasi i inni nie dali rady - Tatvamasi zagrali z wielką klasą, duet Bałdych i Orzechowski wyszedł ze skóry, a Satoko Fuji pokazała granice.

 / Fot. plakatPierwszy dzień festiwalu zaskoczył mnie do tego stopnia, że udział w kolejnych mógłby stanąć pod znakiem zapytania - ale skoro festiwal nazywa się jazzowy, to nawet po dwóch spektakularnych wpadkach wciąż były przecież szanse na dobry jazz z krwi i kości.

Jeśli chodzi o Victora Wootena, postać owianą legendą, nagrodzoną najbardziej prestiżowymi nagrodami świata, to współczuję tym którzy:
a. przyjechali posłuchać wirtuoza basu, potrafiącego technicznie dokonać każdego cudu na swoim magicznym instrumencie zbudowanym z dwóch przepięknych kawałków drewna o różnym kolorze;
b. liczyli na koncert jazzowy.

Można by pomyśleć, że to z resztą dość oczywiste oczekiwania, biorąc pod uwagę kontekst festiwalowy. Najwyraźniej jednak sam artysta albo zapomniał, na jakie wydarzenie przyjechał, albo postanowił potraktować to z nonszalanckim luzem, przywożąc chałturę światowej klasy. To był przyjemny koncert, który z przyjemnością transmitował by Niedźwiedzki Marek w sobotnie przedpołudnie, nostalgiczno-ckliwy powrót do lat 80-tych i 90-tych wzbogacony elementami funky, zagrany przez rodzinny kolektyw, który co gorsza wplatał jeszcze sporo wspominków o tym, jak to najstarszy brat jako pierwszy uśmiechnął się do ich wspólnej matki i powiedział: "Mamo, jestem w domu", jak to rodzina jest niezwykła i utalentowana, a brat Victor to już w ogóle półbożyszcze. Ale był zarazem tak efekciarski i festyniarski, z tak banalnym repertuarem ("Sex Machine", covery Led Zeppelin i Jacksona), który albo nie był swój, albo opierał się na tekstach wołających o pomstę. Zostaliśmy nakarmieni popowym funky, historyjkami z dzieciństwa, tanimi efektami i jedną, chyba kwadrans trwającą, solówką na basie, która z kolei jakoś dziwnie kontrastowo, technicznie i bez sensu wypadła na tle pozostałych piosenek. Zdecydowanie rozczarowujące wydarzenie.



Niestety Mop Mop, których oczekiwałam niecierpliwie, okazali się równie nieznośni - kompozycje nie dążące do żadnych punktów kulminacyjnych, jakieś takie nieprzekonujące, nienadające się ani do tańczenia, ani do słuchania z zainteresowaniem przez dłuższą chwilę, do tego wysiłki wokalisty Angi da Costy, mającego wyraźnie nadać całości więcej powabu swoją afrykańskością, na nic się zdały. Czekałam na hipnozę, było zaledwie poprawnie. Z resztą smutek malujący się na twarzach Mopów po koncercie sporo mówił o ich kondycji w ten piątek. No, nie był to ich najlepszy dzień.

Drugiego dnia było na szczęście lepiej - co prawda Semafor Combo zobaczyłam tylko na samym końcu, więc niewiele jestem w stanie powiedzieć, zachwycił mnie za to Satoko Fuji Orchestra Lublin - czyli kobieca, japońska i jazzowa wersja Glena Branki, do tego wcale nie w spódnicy. Ta przecudna kobieta poprowadziła brawurowy, międzynarodowy skład artystów, których poznała dzień przed koncertem - kilka godzin prób wystarczyło, by wykrzesać niesamowitą energię z kompozycji, jakie włączyła do repertuaru. Ba, nawet zaryzykowała improwizację na bis, na który nie wystarczyło już przygotowanego wcześniej materiału, co świadczy najlepiej o lubelskiej orkiestrze i poziomie artystycznym wydarzenia. Połączenie gitary elektrycznej, dwóch perkusji rozstawionych naprzeciwko siebie, dzięki czemu perkusjonalia bezustannie mogły wdawać się w agresywne dyskusje, niczym w mitycznych pojedynkach, całej sekcji dętej (puzonów, trąbek, saksofonów) oraz kontrabasu, wykonujących zupełnie nieprzewidywalne i ekstremalne motywy muzyczne, przechodząc z cudowną łatwością od skrajnie głośnej i chaotycznej formy do gładkiej melodyjności. Zjawiskiem notorycznym podczas tego koncertu były spadające przedmioty i odpadające elementy instrumentów.

Zachwycili też austriaccy muzycy pod szyldem Philipa Jagschitza, pianisty dowodzącego zespołem składającego się poza nim z dwóch absolutnie szalonych bliźniaków - kontrabasista i perkusista właściwie bezustannie kradli show frontmanowi. Jagschitz miewał błyskotliwe momenty, ale jakością zdecydowanie ustępował odważnie improwizującym braciom, połączonych świetnie widoczną nicią zrozumienia. Klasyczny, standardowy piano jazz bar Phillipa zyskiwał zadziorności i nieprzewidywalności dzięki energicznej, instynktownej, nieokiełznanej perkusji, której sekundował bas. Cudownie było obserwować interakcję między sekcją rytmiczną, uśmiechy i ewidentne nakręcanie się. Wspaniale dziki koncert.

Wreszcie trzeci, ostatni dzień festiwalu, był wymarzonym, brawurowym zwieńczeniem. Najpierw młodzi i niezwykle utalentowani Polacy ustawili bardzo wysoko poprzeczkę, grając hołdujący Zbigniewowi Seifertowi koncert, w którym pojawiły się ich własne kompozycje i utwory napisane przez mistrza. Piotr Orzechowski, pianista o wolnym i odważnym stosunku do swojego instrumentu, który sporo tupie i ewidentnie ponosi go artystyczny szał, fenomenalnie dogaduje się na scenie z wirtuozem Adamem Bałdychem, spektaklem samym w sobie. Obserwowanie mimiki i tańca wykonywanego przez skrzypka w trakcie koncertu było pięknym elementem, dodającym jeszcze dramatyzmu i tak niezwykle trudnym kompozycjom. Projekt "Mirrors", zaprezentowany tej nocy na żywo, to brawurowa, popisowa, światowa muzyka, w której w idealnych proporcjach spotykają się wirtuozeria i emocje.

Granie przed i po Ravim Coltrane z kwartetem to nie lada honor i wyzwanie. Koncert poświęcony Zbigniewowi Seifertowi był jednak tak dobry, że miałam przez chwilę obawy, czy aby amerykańscy muzycy podźwigną wyzwanie. Z pierwszym szarpnięciem stron kontrabasu wiedziałam jednak, że pułap będzie nieprawdopodobnie wysoki. I tak też było przez cały, ponad 90-minutowy występ, którego właściwie nie chcę opisywać, żeby nie odjąć mu niczego z jego efemerycznej doskonałości. Podobało mi się wszystko: poziom muzyków, którzy stanowili jakiś kosmiczny miks talentów, wrażliwości i komplementarności zarazem. Ich umiejętność balansowania, robienia sobie miejsca na improwizacje, świetny kontakt i przede wszystkim umiejętności sprawiły, że był to występ, o którym będzie można opowiadać potomkom. Ravi Coltrane jest popisowym saksofonistą i klarnecistą, ożywiającym kompozycje wirtuozerskimi, pełnymi uczucia partiami. Ale nie przytłacza reszty muzyków, wręcz daje im zaskakująco dużo przestrzeni na działanie, a ci ochoczo z niego korzystają. Największe wrażenie zrobił perkusista Jonathan Blake - pomijając imponującą fizjonomię, styl gry i wyobraźnię (Coltrane zabrał mu dość szybko nuty sprzed oczu) miał nie mniej imponujące. Sekundowali mu dzielnie kubański pianista David Virelles oraz kontrabasista Dezron Douglas, co rusz udający się we wdzięczne wycieczki. Całość tworzyła dzieło po prostu doskonałe.

Granie po Ravim i zespole przypadło lubelskiemu składowi Tatvamasi i myślę, że zadanie wykonali dobrze - choć niewątpliwie kolana mieli miękkie, grając dla najliczniejszej publiczności, jaką festiwal w tym roku przyciągnął. Tatvamasi to zbalansowanie progresywnego rocka, psychodelii i jazzu, które w zastosowanych proporcjach dają efekt intrygujący i orginalny. Do mnie ich granie trafia, na żywo nie ustępując wciągającej debiutanckiej płycie. Wysiłki muzyków w budowaniu złożonych, podlegających nieustannym modifykacjom kawałków, przechodzących z psychodelicznych powtórzeń do pandemonium powstającego z jazgotliwej improwizacji. To autentyczne i szalenie sprawne granie - a taki "Peleton zachwianych rowerzystów" miałby w ogóle szansę zostać kiedyś jednym ze standardów progresywnego jazzu. Na ich debiutanckim albumie "Parts of the Entirety" znajdziecie z resztą znacznie więcej riffów i melodii o ponadczasowej jakości. Tatvamasi to zdecydowanie najfajniejsza rzecz, jaka przytrafiła się lubelskiej scenie muzycznej od czasów debiutu http://majorkong.bandcamp.com/. A nawet znacznie szerzej.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.