Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

6800 miejsce

"Ludzie Boga" - Mocny film o... mnichach

Film Xaviera Beauvois to absolutne arcydzieło - skromny, cichy, ale potężny w wymowie film. Tym potężniejszy, że oparty na prawdziwej historii prawdziwych ludzi.

Plaka filmowy / Fot. Materiały promocyjneJesteśmy w Tibhirine, małej, oddalonej od świata algierskiej wiosce w górach Atlasu, gdzie spokojne monastyczne życie wiedzie ośmiu cysterskich mnichów z Francji. Podążamy za nimi kiedy się modlą, śpiewając w ascetycznej kapliczce psalmy, widzimy jak przygotowują przetwory do sprzedaży na targu, a także jak spotykają się z mieszkańcami wsi oraz leczą dziesiątki biednych pacjentów z okolicy. Jednak od początku czujemy, że harmonia tego życia zostanie przerwana. Wybucha wojna domowa, kraj pustoszą islamiści. Wkrótce mnisi, których już zdążyliśmy poznać, stają przed klasycznym wyborem tragicznym - albo opuszczą nie tylko miejsce, do którego zostali powołani, ale też mieszkańców, którzy ich potrzebują, albo zginą niepotrzebną, niezasłużoną śmiercią i nie zobaczą już więcej swoich rodzin, domów, ojczyzny.

Wiemy, jak to się skończy, bo to już znana historia, a jednak nadal jesteśmy do ekranu przykuci jak zaczarowani. Przede wszystkim mocą postaci, ich niezwykle trudnej walki duchowej i ich czysto ludzkich emocji i przeżyć. Wszystko to - jak to w cysterskim klasztorze - dzieje się przy użyciu niewielu słów (choć bez przesady), a to gra aktorów: ich mimika, zachowanie, uśmiechy i łzy mówią wszystko. Zaś scena uniwersalnie (i nie bez przypadku) zwana ostatnią wieczerzą jest - według mnie - jedną z najpiękniejszych i najpotężniejszych scen kiedykolwiek nakręconych, która musi chyba trafić do kanonów kina.

"Ludzie Boga" jest według mnie arcydziełem. Jest to też film niezwykły dla kina europejskiego. Nie ma tu przemocy, zaś fabuła nie skupia się na wszechogarniającym źle i desperacji. Z ekranu emanuje raczej wiara, miłość i mimo tragicznego końca, nadzieja.

Ascetyczny film Xaviera Beauvois - zdeklarowanego ateisty(!), film, powtórzmy, o katolickich mnichach, zrobił niesamowitą furorę w laickiej do szpiku kości Francji, gdzie bijąc rekordy kina europejskiego sprzedał 3 miliony biletów oraz wygrał Złotą Palmę w Cannes. Stało się tak zapewne z dwóch powodów.

Po pierwsze, jest to film nienachalny, choć w istocie arcychrześcijański. Ukazane bowiem życie mnichów jest przykładem pójścia w ślady Jezusa (aż do końca) oraz czystej, cichej i wytrwałej wiary. Europejczycy zaś, żyjący w kulturze będącej duchową pustynią, wbrew pozorom bardzo tęsknią za wiarą i duchowością. Z drugiej strony jest to film uniwersalny i ekumeniczny w charakterze. Pokazuje on bowiem jego bohaterów nie jako nieustraszonych bohaterów, lecz jako ludzi z krwi i kości, którzy z bólem, ale i przekonaniem decydują się na wytrwanie w tym, w co wierzą. Zaś współżycie katolickich mnichów z muzułmańskimi wieśniakami, a nawet ich interakcja z islamistami pokazuje, że jest możliwy dialog międzyreligijny, a wspólny język można znaleźć nawet z terrorystami.

Ten film trzeba zobaczyć.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Dobrze, że został zauważony i poddany "nienachalnej", acz sugestywnej recenzji. Tekst *5 :) Dziękuję za wyważoną rekomendację. Pewnie kino kameralne stawiające na zgoła inną wrażliwość widza zasługuje na uwagę bardziej niż przeciętna na ogół produkcja komercyjna (na ogół :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.