Facebook Google+ Twitter

Ludzie, którzy nigdy nie pokochali Gdańska

Marcowy poranek 1946 roku. Ludzie wolno opuszczają bydlęce wagony, niepewnie stawiając pierwsze kroki na „obcej” ziemi. Wycieńczeni podróżą ciągle mają w oczach barwne obrazy stron rodzinnych, które musieli opuścić.

Wilno - gotycka fasada kościoła Kościół św. Anny, fotomontaż / Fot. Adam SobalW latach 1945-48 oraz 1956-58 wyrokiem historii, blisko 3 miliony Polaków, zamieszkujących przed II wojną światową wschodnie województwa II Rzeczpospolitej, zostało przesiedlonych na tzn. ziemie odzyskane, głównie na Pomorze i Śląsk. W miejscach, gdzie żyli od wielu pokoleń, pozostawili swoje domy, gospodarstwa, kościoły i cmentarze. Zabrali jedynie niewielki dobytek, trochę odzieży, pościel, żywność na drogę i niezbędne drobiazgi. Cenniejsze przedmioty zakopali w ogrodach, na polach lub w ustronnych miejscach z nadzieją, że jeszcze tam kiedyś powrócą. Inni pospiesznie sprzedali za bezcen cały dobytek, stawiając wszystko na jedną kartę. Los chciał, że wyniszczony wojną Gdańsk dla wielu z nich stał się „nową” ojczyzną.

Wśród przeszło 120-tysięcznej grupy wysiedleńców z Litwy znalazła się pięcioosobowa rodzina Bodlewskich. Przybyli do Gdańska z Wilna. Dorośli taszczyli obdrapane walizki przewiązane skórzanym paskiem, płócienne worki z pościelą i skrzynki z różnymi przyborami domowymi; dzieciom uwiązano do pleców tobołki z poduszkami. Matka Teofila, mimo zakazu, przezornie zaszyła w guzikach płaszczy po jednej złotej dziesięciorublówce; ojciec Hipolit w wydrążonym obcasie przechował zwinięty 100-złotowy banknot, którego wartość odpowiadała przed wojną średniej pensji urzędnika. Nie zapomniano o obrazie z wizerunkiem Matki Bożej Ostrobramskiej.

Mieszkając w Wilnie, Bodlewscy zaciągnęli kredyt w Banku Gospodarstwa Krajowego. Zakupili wtedy działkę przy ulicy Syberyjskiej „w ilości 775,91 sążni kwadratowych”, na której wybudowali piętrowy dom oraz niewielki warsztat garncarski. Wytwarzali w nim glinie wazony i przeróżne naczynia kuchenne. Udało się załatwić urzędową zgodę na handel na wileńskich rynkach, więc interesy szły dobrze. Po niedługim czasie dochody ze sprzedaży wyrobów wystarczały na bieżącą spłatę zadłużenia, a rodzinie zapewniały w miarę spokojne i dostatnie życie.

W Gdańsku, dzięki złotym monetom przemyconym z Wilna i wręczonym dyskretnie urzędnikowi w biurze kwaterunkowym, Bodlewscy stosunkowo szybko otrzymali oficjalny przydział na lokal w gdańskiej dzielnicy Oliwa. Dwupiętrowe domy przy ulicy Poznańskiej, które miały parzystą numerację, posiadały duże mieszkania z tzn. ogrzewaniem etażowym, co w warunkach powojennych było luksusem. Nawet nieliczne sprzęty nadawały się jeszcze do użytku, a w piwnicy zalegały sterty rupieci i resztki opału. Dlatego zagospodarowali się szybko. Matka Teofila zajęła się domem, ojciec Hipolit – podjął pracę w „Antracycie”, a dzieci posłano do szkoły podstawowej w „starej Oliwie”.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (27):

Sortuj komentarze:

Justyno, po pierwsze jestem pełen uznania dla Twoich zdolności poszukiwawczych, gdyż udało Ci się dotrzeć do tego artykułu mimo, że w tym, jak i w każdym innym serwisie, żywot takiego materiału jest bardzo krótki

Ad. Twojego komentarza:
Pisząc ten tekst miałem pełną świadomość podobieństw zachodzących między losami wysiedleńców ze wschodu, którzy zamieszkali głównie na Pomorzu i Śląsku. Wszędzie "zwalniano" dla nich miejsca poprzez wysiedlenia autochtonów. Akcje te były fatalnie przygotowane i odbywały się czasem w sposób urągający zasadom humanitaryzmu.
Natomiast kresowi osiedleńcy różnie traktowali "nową ziemię". Jednak dla wielu pozostała ona na zawsze obca, mimo że była wtedy już Polska. Więc żyli głównie wspomnieniami, sławiąc uroki swoich rodzinnych stron, które musieli opuścić. I uczciwie mówiąc, trudno o to mieć do nich pretensje. Tak to odczuwali.
Zupełnie inną jednak kwestią jest ich stosunek do Niemców, jako narodu. Rachunek krzywd doznanych w wyniku II wojny światowej postawiał Niemców w pozycji katów. Dla przeciętnego Kresowiaka było zupełnie jasne, kto ponosi winę za to, że utracili domy rodzinne i zostali skazani na przesiedlenie. Rozumowali prosto: nigdy by do tego nie doszło, gdyby nie było wojny wywołanej przez Niemców. Wszyscy wysiedleńcy, z którymi miałem okazję o tym rozmawiać, potwierdzali ten pogląd. Dlatego bohaterka mojego artykułu wyraża na ten temat taką, a nie inną opinię.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Mieszkam na Śląsku, przyjechałam tu z własnej woli, a jednak po 40 latach wciąż czuję się tu imigrantką. To miejsce, gdzie kiedyś żyły w zgodzie rozmaite narodowości też zniszczyła wojna i "komuna". Wymordowano Żydów, potem wygnano stąd Niemców, przywieziono wygnanych ze swoich domów kresowiaków i "w teczkach" zarządców kolonialnych, Ślązakom odmówiono prawa do własnego języka, kultury, narodowości, wielu wygnano jako 'Niemców", którymi wcale się nie czuli, wielu wywieziono. Znalazłam tu dom, pracę, przyjaciół, także wśród Ślązaków. Rodzina mówi, ze jestem "hanyską". A tutaj wciąż jestem "gorolką", nawet dla przyjaciół. Także i tu wielu kresowiaków wciąż czuje się na wygnaniu. Zaaklimatyzowali się, mają przyjaciół ale sami wciąż czują się skrzywdzeni, a dla miejscowych są obcy. Jeszcze wiele lat musi minąć zanim te rany się zabliźnią. Większość tych ran zaogniają tacy ludzie, jak Natalia. Wszyscy powinni być zdrowi, zadomowieni i zadowoleni, cheese! Natalio, włącz odrobinę empatii!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Natalio, proszę zastanów się nad tym co piszesz. Twoje komentarze Cię dyskwalifikują, jako obiektywnego komentatora.

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ Adamie, Twoje teksty są niezwykłe. Ciepłe, skłaniające do refleksji, są przesłaniem pojednania i tolerancji.
Opisałeś historię jaką przeżywało wielu starszych mieszkańców - przybyszów Gdańska. Opisana przez Ciebie historia jest bardzo podobna do losów mojej rodziny. Mój dziadek przybył z rodziną do Gdańska z Kielecczyzny. Otrzymał dom "po Niemcach" w Nowym Porcie. Też znajdowali po dawnych mieszkańcach różne pamiątki. I tak jak pani Godlewska nigdy nie polubił tego miasta, moja mama , jako bardzo młoda osoba szybko się przyzwyczaiła, ale często jeździła "do swoich". Ja się urodziłam w Gdańsku i kocham to miejsce jak żadne inne na świecie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ludzie, którzy przeżyli jakąś osobistą tragedię ( wojnę) nie zapomną jej do końca życia..trauma trwa mimo upływu lat. Do tych wspomnień wraca się pamięcią przypadkiem. Tu powodem była fotografia. A narodowość bohaterki i innych osób..Hmm..mogłaby być zupełnia inna, a odczucia kobiety takie same.. Kobieta straciła to, co miała najcenniejsze..swój dom..miłe chwile spedzone z rodziną, dom, przyjaciól.. miejscu.."Starych drzew się nie przesadza"..ktoś kiedyś rzekł..i miał rację. I nie ma tu znaczenia, ze nie była wówczas staruszką zamieszkując w Gdańsku. Nie wszyscy się dobrze aklimatyzują.

Dla autora +

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękuję "zwykłej czytelniczce" za ciepłe słowa, bo nawet "zwykły obywatel" lubi, gdy ktoś taki jak Irenka weźmie go na kolanka, po główce pogłaszcze i pochwali, że napisał ładnie i dużo serduszka w to włożył.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zwykły obywatelu, + od zwykłej czytelniczki, historia niezwykła, gratuluję.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Lucyno, w pełni zgadzam się z Tobą. Wiele osób, które zamieszkały w Gdańsku w konsekwencji powojennych przesiedleń z Kresów, doceniło walory tego pięknego skrawka Ziemi. Na pewno i im należałoby poświęcić osobny artykuł.
Ja zająłem się jedynie tymi, którym nie udało się przez całe życie wyzwolić się z miłości do swoich stron rodzinnych i zamienić jej na miłość do Gdańska. W tym należy doszukiwać się również ich osobistego dramatu.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nie wyszyscy Polacy, którzy po wojnie osiedlili się w Gdańsku podzielają odczucia bohaterki arykułu.
Są tacy ,którzy pokochali to miasto bardziej niż miejsce skąd przyjechali. Zresztą jak można nie zachwycić się gdańską starówką?

Komentarz został ukrytyrozwiń

(+) "A po chwili dodała: - Nie zmienia to jednak faktu, że szczerze współczuję wszystkim tym dawnym mieszkańcom Gdańska, którzy musieli opuścić swoje wygodne domy, aby spłacić ten historyczny dług. Za nich i za wszystkich im podobnych modlę się gorąco każdego dnia. A póki żyję moje serce i tak pozostanie na zawsze w Wilnie. "
Gdzie tu "szerzenie nienawiści do Niemców"? Co w tym dziwnego, że leciwa kobieta u schyłku życia tęskni do miejsca swoich korzeni siłą wyrwanych? Ja urodziłem się na Śląsku - część mojej rodziny pochodzi z Wilna i podzieliło losy ludzi opisanych w tym świetnym tekście. Pamiętam dziadka, który z łezką w oku opowiadał o "mostku na Wilijce", jak bardzo chciał choć raz w życiu stanąć jeszcze w Ostrej Bramie w Wilnie. Nie było mu to dane - zmarł w 1967 roku. No cóż - do dziś karty w świecie rozdają politycy, cierpią zaś zwykli, niewinni ludzie, czasem całe narody. W jednym stopniu dotyczy to Polaków jak i Niemców. Współcześnie: Palestyńczyków, Żydów, Gruzinów, Rosjan, Osetyjczyków, Serbów, Kosowian... wymieniać dalej?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.