Facebook Google+ Twitter

Ludzie mojego Maroka

Największym bogactwem Maroka są jego mieszkańcy, ich życie, kultura i obyczaje. Wreszcie niewyobrażalna dla Europejczyków gościnność i bezinteresowność, której w miejscach nieskażonych masową turystyką doświadcza się na każdym kroku.

Brama Bab Bu Dżelud, wejście do medyny w Fezie. / Fot. Lukasz MuziolMohammad

- 120 dirhamów za was troje. Mohammad stoi w bramie i trzyma ręce w kieszeniach rozglądając się nerwowo. - 2-3 godziny, pokażę Wam prawdziwe życie medyny. Nielegalni przewodnicy nigdy nie prowadzą do największych meczetów, medres i suków, gdzie szanse wpadki są zbyt duże. Zamiast tego kluczą bocznymi uliczkami pokazując swoim klientom to, co najciekawsze - codzienne życie mieszkańców 250 tysięcznego starego miasta. Do tego są trzy razy tańsi od licencjonowanych. Wybór jest prosty. Wyruszamy spod Bab Bu Dżelud i szybko wkraczamy w labirynt bocznych uliczek, przejść, bram, podwórek i wszelkiej maści zakamarków. Mohammad opowiada o mieście, jego historii, mieszkańcach, o swojej rodzinie i pracy. Nie jest łatwo, sporo ryzykuje wykonując swoją profesję. Wszędzie czają się nieumundurowani agenci, a karą za oprowadzanie turystów bez licencji są dwa lata więzienia. Z czegoś trzeba jednak żyć.

Na koniec, przez wyglądający jak złomowisko targ rzeczy używanych, wychodzimy na wzgórze z widokiem na całą medynę. Mohammad pokazuje zdjęcia wyciągnięte z portfela. Na jednym z nich ładna blondynka - była dziewczyna, Angielka. Przyjeżdżała kilka razy, mówiła że kocha. Mieli razem wyjechać do Wielkiej Brytanii. Zamiast wizy przyszedł list: nic z tego nie będzie. Teraz szuka żony na miejscu, w wieku 28 lat nie wypada już być kawalerem. Niestety, w dzisiejszych czasach trudno o dobrą kobietę. Większość jest zepsuta, ubiera się po europejsku, pali papierosy i pije alkohol. A jaka powinna być dobra kobieta? - Ładna, czysta i dobrze gotująca. I żeby nie zadawała za dużo pytań - odpowiada z uśmiechem.

Abdul

Pod koniec wycieczki Mohammad wyciąga z kieszeni dwie brązowe grudki. - Pierwsza klasa. Jakbyś wieczorem się skusił, jestem w pierwszej kawiarni na lewo od bramy - zachęca. Cóż, nie sprobować haszyszu będąc w Maroku to tak, jak nie zobaczyć wieży Eiffla będąc w Paryżu. Wieczorem udaję się do wskazanego przybytku. Mohammada nie widać, kelner mówi, że jeszcze przed chwilą tu był. Podchodzi młody chłopak. - Cześć, jestem Abdul, kolega Mohammada. Wróci za jakieś pół godziny. Czegoś Ci potrzeba? - pyta. Wolę zaczekać na kogoś kogo jako tako znam i komu mogę zaufać. Haszysz, pomimo że wszechobecny, jest w Maroku nielegalny, a palący turysta jest łakomym kąskiem dla skorumpowanych "stróżów prawa". Kłamię, że chcę tylko omówić jutrzejszą wycieczkę. Siadam i zamawiam miętową herbatę. Abdul dosiada się do mojego stolika, zdaje się doskonale wiedzieć po co przyszedłem. Raz po raz zagaduje - na pewno nic Ci nie potrzeba?

Mija pół godziny, nie ma sensu dłużej czekać. Oznajmiam, że chcę kupić trochę haszyszu. - Nie ma problemu, przyjacielu. Chodźmy - mówi Abdul i ciągnie mnie od stolika, nie dając nawet szansy zapłacić za herbatę. Długo kluczymy wąskimi uliczkami. Po kilku zakrętach kompletnie tracę orientację i zaczynam się czuć nieswojo. Jest późno, nie wiem gdzie jestem i właściwie nie znam tego chłopaka. Pytam gdzie idziemy. - Jak to gdzie? Do mojego domu! - Abdul jest zdumiony pytaniem. Wreszcie docieramy na miejsce. Mój "diler" przedstawia mi swoją matkę i brata z żoną. Zostaję posadzony na kanapie w salonie, a na stół wędrują ciasteczka i miętowa herbata. Abdul wdrapuje się na krzesło i z wysokiego kredensu ściąga trzy stare winyle z nagraniami Jimiego Hendrixa. Z dumą prezentuje swój skarb.

Jest bardzo miło, ale po chwili przypominam sobie o celu mojej wizyty. Nieśmiało pytam jak będzie z tym haszyszem. - Nie ma problemu, przyjacielu - Abdul sięga do szuflady i wyciąga kawał haszyszu wielkości tabliczki czekolady - Ile chcesz? 20, 40 gramów? Zszokowany mówię, że chcę tylko trochę na dzisiejszy wieczór. - Przykro mi przyjacielu, w tym domu są zasady: minimum 20 gram. Mniej sprzedać nie mogę. Po długich pertraktacjach udaje mi się nakłonić go, żeby sprzedał mi gram, ale transakcji dokonujemy na ulicy. W domu obowiązują zasady.

Zakaria

Zakaria czekał na nas na dworcu w Azrou. Wysoki, bardzo szczupły, w wełnianej czapce na głowie. Zabiera nas do siebie, pokazuje mapy Atlasu Średniego. Przy cieście podanym przez jego matkę omawiamy trasę trzydniowej wyprawy w góry. Wieczorem jemy obiad z całą rodziną, po marokańsku - palcami z jednego talerza. Trzeba się pilnować, żeby nie popełnić gafy i nie wsadzić w jedzenie lewej ręki. Wtedy wszystko poszłoby do kubła. Ojciec Zakarii podsuwa nam najlepsze kawałki mięsa, tak jak tego wymaga tradycyjna marokańska gościnność. Gościnność wymaga też chyba, żeby gość najadł się do rozpuku, bo za każdym razem kiedy chcę odsapnąć i odsuwam się trochę od talerza, ojciec poklepuje mnie dając znak, żebym zjadł jeszcze.

Następnego dnia kupujemy prowiant na drogę i wyruszamy. Pierwszy obóz rozbijamy na górze, z której w dole widać Azrou. Po zapadnięciu zmroku widok jest niesamowity. Światła rozsianych poniżej osad zdają się być lustrzanym odbiciem gwiazd na niebie. Po zjedzeniu przepysznego tajine długo siedzimy przy ognisku i rozmawiamy. Zakaria jest młodym, wykształconym chłopakiem. Zna francuski, angielski i niemiecki, miał sporo kontaktów z Europejczykami. Jego podejście do religii jest stosunkowo elastyczne, wierzy w Allaha, ale lubi tez piwo, dziewczyny i piosenki Boba Marleya. Pomimo tego w czasie naszej dyskusji kilkakrotnie uwidacznia się przepaść, jaka dzieli nasze kultury w sprawach takich jak prawa kobiet, wolność wyznania, czy tolerancja dla odmienności. Natomiast nadzieją napawa to, że rozmawiamy we wzajemnym zrozumieniu i szacunku dla różnic między nami. Mam wrażenie, że taka noc przydałaby się ludziom decydującym o losach naszego świata.

Abdullah

Tradycyjny zestaw gościnny, obecny w każdym domu, nawet jeśli dom jest tylko górskim namiotem. / Fot. Lukasz MuziolDrugiego wieczoru, gdy rozglądamy się na miejscem do rozbicia namiotów spotykamy berberyjskiego pasterza. Nazywa się Abdullah, mieszka nieopodal z żoną i dzieckiem, które akurat są z wizytą u rodziny. Oferuje nam nocleg u siebie, na co chętnie przystajemy. Jego dom to dwa duże namioty, drewniane szkielety obłożone różnego rodzaju płachtami, workami i folią. Abdullah w górach opiekuje się stadem 200 owiec, za co ich właściciel wypłaca mu pensję. Ma też sześć psów oraz około dziesięciu kurczaków, z których jeden z okazji naszej wizyty idzie pod nóż.

Popijamy herbatę zaparzoną w tradycyjnym srebrnym imbryczku, patrząc jak nasz gospodarz przyrządza tajine. Namiot nie ma podłogi, ale siedzimy na stercie dywanów i koców ręcznie uplecionych przez żonę Abdullaha. Raz w tygodniu sprzedaje je na targu w Ain-Leuh, pobliskiej berberyjskiej wiosce. Takie dywany w Fezie kosztują do kilkuset euro, a w Marakeszu pewnie jeszcze dwa razy więcej. - Następnym razem jak przyjedziecie, dajcie znać miesiąc wcześniej, to żona zrobi jeden specjalnie dla Was - śmieje się Abdullah.

Wentyl na szybkowarze piszczy i wiruje jakby miał zaraz wystrzelić. Abdullah opowiada. Jak do tej pory co 6 miesięcy przenosili się ze stadem na nowe pastwiska. Niedługo planują osiąść na stałe w Ain-Leuh, żeby córka mogła chodzić do szkoły. Jedzenie gotowe, pod nieobecność żony pasterz okazuje się być doskonałym kucharzem - takiego tajine nie podają w restauracjach. Magiczny wieczór, berberyjska gościnność w najlepszym wydaniu. Rano Abdullah odprowadza nas do drogi na Ain-Leuh. Żegnamy się serdecznie i tradycyjnie, poczwórnym pocałunkiem w policzek, z nadzieją na ponowne spotkanie w przyszłości.

Farid

Po powrocie do Azrou idziemy z Zakarią na miętową herbatę. W kawiarni naprzeciwko nowo wybudowanego Meczetu czeka na nas Farid. W długim, czerwonym płaszczu, z tradycyjnym berberyjskim kapturem, mógłby popijać tu kawę i trzysta lat temu. Na nasz widok rozkłada ramiona i z szerokim uśmiechem wita nas po rosyjsku. Kilka lat wcześniej wyjechał do Rosji studiować medycynę. Dla młodego chłopaka z małego miasteczka u stóp Atlasu Średniego było to nie lada wyzwanie, ale również niepowtarzalna okazja. Na początku same trudności: nowy język, inna kultura i obyczaje. Najciężej było się przyzwyczaić do niewyobrażalnego dla Marokańczyka pijaństwa, Farid do dziś kręci głową z niedowierzaniem na wspomnienie ile to Rosjanie potrafią wypić. Studiował trzy lata. Pewnego wieczora, wracając do domu został napadnięty przez grupkę skinheadów. Udało mu się uciec, ale z poważną raną cięta dłoni. Lekarze robili co mogli, jednak niedowład palców pozostał. Nie mógł utrzymać długopisu, kontynuować studiów. Musiał wrócić do Maroka. Farid milknie na chwilę, ja czuję jak robię się czerwony ze wstydu za naszych, bądź co bądź słowiańskich braci.

Mimo wszystko Farid nie generalizuje. - Rosjanie to wspaniali ludzie - mówi z uśmiechem. Teraz pracuje jako sprzedawca w sklepie z kasetami, przed którym rozstawia swoje stoisko z ręcznie wykonywanymi berberyjskimi pamiątkami. Gdy wyjeżdżamy z Azrou, daje nam w prezencie model tradycyjnego namiotu pustynnych nomadów. Ciężko rozstawać się z tym miejscem i z ludźmi, z którymi w ciągu paru dni zdążyliśmy się naprawdę zżyć.

Inni

Przykłady wielkoduszności Marokańczyków można by wymieniać bez końca. Często objawia się ona w najmniej oczekiwanych momentach i postaciach. Jak ciepły bochenek chleba podarowany nam przez staruszkę, przed której domem na skraju wsi usiedliśmy na chwilę, aby odpocząć. Jak kawałek kafelkowanej podłogi w hammamie, w sąsiedztwie spoconego tłuściocha. Biedak siedział w łaźni na golasa i wyraźnie trapiło go, że nie miał nic a nic do zaoferowania przyjezdnemu. W końcu przesunął się kawałek i z wyraźną ulgą zamaszystym ruchem zaprosił mnie do położenia się obok niego.

Wielu turystów patrzy na Maroko przez pryzmat średniowiecznych zabytków, kolorowych suków, pięknych plaż, egzotycznego jedzenia i wycieczek na pustynię. Warto jednak uciec z Marakeszu, Rabatu i Casablanki, sięgnąć dalej niż standardowa oferta turystyczna. Można wtedy poznać to, co w tym kraju najcenniejsze - jego mieszkańców.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (14):

Sortuj komentarze:

Po prostu +

Komentarz został ukrytyrozwiń

Mnie się świetnie czytało. Wcale nie za długie :)
Wspaniałe są takie spotkania z ludźmi całkiem innej kultury, z którymi, zdawałoby się - wszystko nas dzieli - kiedy niespodziewanie odnajdujemy całkiem solidną nić porozumienia. Też mi się zdarzało.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Styl piękny i porywający, a do tego bardzo oryginalne ujęcie tematu.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Przepiękne. Coś czuję, że rośnie nam tu drugi Kapuściński:))

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dobre. Za krótkie, za mało fot :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ Świetne! Przeczytałam z przyjemnością :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Natalia, czyli dla ciebie odmienne zdanie to jest marudzenie?:>

hehehe

Komentarz został ukrytyrozwiń

duuuży plus

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ :)

Ojjj, Klara.. marudzisz :P

Komentarz został ukrytyrozwiń

+

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.