Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

181865 miejsce

Ludzkie dzieci

Proszę Państwa, zapraszam do kina na interesującą wyprawę w przyszłość!

W zeszłym tygodniu, akurat wtedy, kiedy w Sejmie trwała gorąca debata dotycząca antyaborcyjnych zmian w konstytucji (o nie! doszło już do tego, że rytm mojego życia wyznaczany jest przez polityczne awantury!), wybrałem się do kina na film Alfonso Cuaróna „Ludzkie dzieci”. Mówiąc w dużym skrócie: w obu przypadkach – i w Sejmie, i w filmie – chodziło o „ochronę życia poczętego”. Jeśli jednak dramaturgia sejmowych wydarzeń przypominała kiepski telewizyjny talk-show, to film znakomicie zgrał się z zestawem moich estetycznych predylekcji.

Film Cuaróna jest swobodną adaptacją noweli Phyllis Dorothy James, angielskiej pisarki, a zarazem członkini brytyjskiej Izby Lordów występującej z ramienia Partii Koserwatywnej (od razu widać różnice w poziomie elit politycznych obu krajów – gdyby polscy koserwatyści zajęli się pisaniem książek, z pewnością nikt nie chciałby ich czytać). Ta futurystyczna antyutopia opowiada o czasach nie tak nam odległych (rok 2027), kiedy na ziemi nie rodzą się już dzieci, a jedynym ocalałym po wojennej zawierusze krajem jest Wielka Brytania. Wielka Brytania AD 2027 jest narodowym państwem totalitarnym, w którym nielegalnych imigrantów zamyka się w klatkach (nie w więzienach, lecz w klatkach) lub eksmituje do getta. W sklepach można swobodnie kupić środek pozwalający na łagodną śmierć, a unikanie testu na płodność jest przestępstwem.

Ten świat może jednak ktoś uratować. Ktoś, czyli Bohater. Uwielbiem te wszystkie filmy, w których główna postać (obowiązkowo musi być to samotnik) nie jest pięknym herosem ze stali. Tutaj jest właśnie tak. Postać grana przez Clive’a Owena to alkoholik, człowiek po przejściach (dawno temu stracił dziecko), pełen strachu i wątpliwości, zdolny do chwilowych zwątpień, załamań, płaczu. Do tego wszystkiego przez ponad połowę filmu paraduje w klapkach japonkach, co kategorycznie oddala go od wizerunku zdizajnowanego amerykańskiego superbohatera. Theo w końcu uratuje świat, jednak nie odda przy tym ani jednego strzału. Będzie po prostu chował się, uciekał, a przy okazji bohatersko ochraniał nowo narodzone dziecko pewnej nielegalnej imigrantki – dziecko, będące nadzieją rasy ludzkiej na przetrwanie. Banał? W sumie tak, jednak uwielbiam takie banalne i nieskomplikowane historie. Potrafią one we mnie wzbudzić więcej refleksji niż tysiąc płomiennych antyaborcyjnych przemówień posła Wierzejskiego (ten to by chyba naprawdę chciał wprowadzić systemowy nakaz wykonywania testów na płodność, by zaraz potem zadekretować obowiązek hurtowego rodzenia i płodzenia przez wszystkich, którzy ten test przejdą pozytywnie).

Film Cuaróna ma cały zestaw inscenizacyjnych tricków, które działają na moją wyobraźnię. Wielka Brytania wyglądająca jak gigantyczny punkowski skłot – to jest to! Ach, wiele bym dał, żeby zobaczyć to w realu! Londyn znakomicie nadaje się do kręcenia tego typu scen, dlatego wszyscy filmowcy o anarchistycznym zacięciu wybierają go na miejsce akcji (dość wspomnieć niedawne dzieło Jamesa McTeigue’a „V jak Vendetta” – tam jednak Londyn wyglądał zdecydowanie schludniej i czyściej).

„Ludzkie dzieci” zbliżają się do „Mad Maxa” – nie ma tu nachalnego epatowania techniką, jest za to mnóstwo walących się murów, błota, potłuczonego szkła i ogólnego syfu. Cuarón potrafi znakomicie budować nastrój poprzez odpowiednie zdjęcia (kamera prawie cały czas „z ręki”! polecam również kilkuminutowe ujęcie z pola walki – warsztatowy majstersztyk!), twórcze potraktowanie wnętrz, krajobrazów, a nawet pogody (dawno nie widziałem tak „jesiennego” filmu). Fajne są też scenograficzne detale – np. wielka nadmuchana świnia za oknem Tate Gallery.

Konkludując: szczerze polecam wszystkim wybranie się do kina na „Ludzkie dzieci”. Fajnie jest czasami wybrać się w przyszłość, nawet jeśli ta przyszłość wygląda tak strasznie. Kto wie jak będzie naprawdę? Być może tak będzie wyglądała X Rzeczpospolita?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Po obejrzeniu filmu, byłem w lekkiej konsternacji. Film zaczął się nijako, tzn. enigmatycznie wyjaśniono dlaczego ludzie są bezpłodni, dlaczego tylko UK ostała się jako matecznik ludzkości, skończył również nijako, nieco bez pomysłu. Jedną z wad filmu jest jego zaszeregowanie. Film opisywany jest jako SF/dramat, o ile z drugim zgodzę się o tyle z tym pierwszym niekoniecznie. Co prawda Londyn pokazywany jest lekko dekadencko, jednakże kilka futurystycznych samochodów i wszechobecne wyświetlane billboardy nie wyczerpują miana filmu SF.

Duży plus to zdjęcia, akcja niekiedy dynamiczna, dobra gra aktorów ukazująca przerażenie, strach.
Reasumując film można obejrzeć, ale do zachwytu trochę brakuje.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Moim skromnym zdaniem jeden najlepszych i najważniejszych filmów tego roku. Klasę reżysera poznaje się gdy jest w stanie w sposób urzekający przekazać widzom istotne przesłanie - że widz chce by mu je przekazał. Cuaron to klasa mistrzowska.

Komentarz został ukrytyrozwiń

I już wiadomo na co do kina w sobote : ) Pozdrawiam

Komentarz został ukrytyrozwiń

:)
Bardzo dobry artykul.
Mam pytanie co do filmu, moze sie bedziesz orientowal: czy muzyka Sigur Rós jest tylko w trailerze?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.