Facebook Google+ Twitter

Maciej Kot: "Skoki traktuję serio"

- W tym sezonie zmagałem się z samym sobą. Największym problemem była moja psychika i nad tym trzeba popracować - mówi Maciej Kot, który po raz drugi z rzędu uplasował się w pierwszej dwudziestce Pucharu Świata.

 / Fot. Tadeusz MieczyńskiZ czym zmagał się pan w tym sezonie?
Przede wszystkim z sobą samym. Wiadomo, że ze strony sztabu miałem bardzo dobrą pomoc, sprzętowo również było w porządku. Największym problemem byłem ja sam i moja psychika. Nad tym trzeba popracować.

A pan traktuje skoki jako zabawę czy bardziej serio?
Jak najbardziej serio. Gdyby było inaczej to mnie by dziś tu nie było.

Podchodzi pan do skoków za bardzo ambitnie?
Być może troszkę. Choć z drugiej strony nie uważam, że ambicja jest złą cechą. Ważne jest to, w jaki sposób się ją później wykorzystuje i jak podchodzi się do porażek, czy po tym wszystkim wychodzi się mocniejszy czy słabszy. To kwestia dobrego przygotowania psychicznego i wykorzystania tej ambicji w pozytywny sposób.

Co było dla pana najpiękniejszym momentem ubiegłego sezonu?
Chyba igrzyska olimpijskie. Wiadomo, że pod względem wyników nie były one takie, jakich bym oczekiwał. Szczególnie po konkursie drużynowym były momenty zawodu. Ale jeśli traktować igrzyska w kategoriach pozasportowych, był to dobry czas.

Patrząc na pana, przypomina mi się Peter Prevc. On na swoich pierwszych igrzyskach, w Vancouver, w konkursie na średniej skoczni, uplasował się na siódmym miejscu, po czym cztery lata później zdobył dwa medale. Pan w Soczi na średniej skoczni również był siódmy.
Nie mam nic przeciwko temu, aby tak się stało.

Jak pan ocenia Słoweńca? To był bardzo silny rywal dla Kamila Stocha.
Na pewno mnie zaskoczył. Być może inni wiedzieli, że jest silny, ale żeby aż tak? Kiedy wygrał w Sapporo jeden z konkursów, wiedziałem, że na igrzyskach będzie bardzo mocny. Nie sądziłem jednak, że wytrzyma z tą formą do końca sezonu, i że stoczy tak zaciętą walkę z Severinem Freundem oraz z Kamilem o podium Pucharu Świata. Widać, że to nie jest jednorazowy wyskok, tylko on ciężką pracą doszedł do pewnego poziomu, z którego może długo nie schodzić.

Tegoroczna zima nie była dla was przychylna pod względem warunków do trenowania.
Mieliśmy trzy-cztery treningi na polskich skoczniach. Tak słabej zimy pod względem przygotowania obiektów nie pamiętam. Ale nie można mieć pretensji do centralnych ośrodków sportu, bo nie było ku temu możliwości – po prostu brakowało śniegu. Miejmy nadzieję, że to ostatnia taka zima. Bo w takiej sytuacji jak ta ciężko przygotować się do sezonu.

Dlaczego po igrzyskach w Soczi, mam szczególnie na myśli konkurs w Lahti, znacznie spadła wasza dyspozycja?
Po pierwsze, przez miesiąc jeździliśmy na torach sztucznych, a potem przeszliśmy na tory naturalne, które są zupełnie inne. Po drugie, skocznia w Lahti posiada bardzo stromy i krótki rozbieg. Trudno było nam przyjąć odpowiednią pozycję. Źle się zaadoptowaliśmy do tych warunków. Po pierwszym nieudanym starcie wkradło się napięcie psychiczne, które zaś powoduje napięcie fizyczne.

A czy ten mocny trening zaaplikowany przed zawodami miał jakieś znaczenie?
Nie miał żadnego znaczenia, bo takie treningi odbywamy przed każdym startem. To nie było nic nowego. Akurat w Lahti na taki, a nie inny rezultat zbiegło się wiele czynników. Niektóre były od nas zależne, niektóre nie. Problemy z pozycją dojazdową, napięcie psychiczne, lekka panika, ponadto warunki na skoczni nie ułatwiały nam zadania. W moim przypadku przed zawodami podjęliśmy ryzyko, że nie nie bierzemy udziału w treningach, tylko startujemy od kwalifikacji.

Co pan myśli o następnym sezonie? Będzie łatwiej, trudniej?
Będzie tak samo trudno i tak samo łatwo. Wiadomo, możliwości są. Trzeba trafić w dobry dzień, mieć dobre samopoczucie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne, troszkę szczęścia, dobra skocznia i wszystko jest możliwe.

Gdzie się panu w zeszłym sezonie najlepiej skakało?
Na normalnych skoczniach w Lillehammer oraz Soczi.

W przyszłym roku Mistrzostwa Świata w Falun. Jak panu się skacze na tym obiekcie?
Ta skocznia jest specyficzna. Ciężko ją porównać do innych. Jest wymagająca i wrażliwa na warunki atmosferyczne. Wiatr gra tu znaczną rolę i na pewno trzeba tam liczyć na szczęście.

Testował pan nowe kombinezony, które mają chronić zawodników przed skutkami upadków, podobnych do tego, jaki miał Thomas Morgenstern w Bad Mittendorf. Jak je pan ocenia?
Według mnie to nietrafiony pomysł. Bezpieczeństwa zawodników taki kombinezon nie zwiększa. Może z wyjątkiem tego, że zawodnik się mniej potłucze, ale przecież nie o to chodzi. Za sprawą tych kombinezonów zwiększa się pole manewru do manipulacji przy sprzęcie. A tego wszyscy zawodnicy chcą uniknąć.

Ten rok pokazał, że Polacy potrafią sprzętowo zaskoczyć.
Z roku na rok idziemy do przodu. Na każdy sezon przygotowujemy coś nowego. Już podczas pierwszych letnich treningów będziemy testować pewne rzeczy. Podczas obozu regeneracyjnego, który odbędzie się pod koniec kwietnia zorganizujemy spotkania. Będziemy wspólnie się zastanawiać, co i w jaki sposób można jeszcze udoskonalić. Przy okazji będziemy czekać na wieści z kongresu FIS dotyczące przepisów na przyszły sezon. Nie można zostać w miejscu, doprowadziłoby to do tego, że wyniki byłyby słabsze. Choć pole manewru się zmniejsza, mamy kilka niewykorzystanych pomysłów.

Ciężko wrócić na uczelnię?
Nie. Fajnie jest wrócić do szkoły i zmienić rodzaj aktywności z fizycznej na umysłową. Wracam również do znajomych. Studia to przecież nie tylko zaliczenia. Poza tym im lepszy sezon, tym łatwiej się wraca. Dobre wyniki dają siłę do wykonywania codziennych obowiązków. Motywacji nie zabraknie.

Rozmawiali Dawid Bożek i Jan Szczepański

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.