Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

33133 miejsce

Maciej Stuhr: Większa sława? Nie, dziękuję

  • Źródło: Dziennik Bałtycki
  • Data dodania: 2006-08-30 21:42

Aktor, który ze wszystkich sił pielęgnuję w sobie chłopięce uczucia

- Ależ pan ma pomysły. Żeby tak wykorzystać mistrza Słowackiego...
- Myśli pani o przygodzie na plantach?

- Tak. Opowie ją pan?
- Byłem w szkole teatralnej. Mieliśmy egzamin z „Grobu Agamemnona”. Egzaminowanie skończyło się wstrząsającym sukcesem. Poszliśmy więc ten sukces oblewać do jednej z krakowskich knajp. Wychyliliśmy parę piwek. I ruszyliśmy w miasto nieco chwiejnym krokiem. Nagle na plantach pojawił się człowiek o znikomym owłosieniu. Lekko przytatuowany. Taki, który lubi relaks w siłowni. A mnie, niesionemu euforią zdanego egzaminu, na skrzydłach poezji, że się tak wyrażę, coś strzeliło do głowy. I zacząłem mu cytować „Grób Agamemnona”. Wybrałem fragment mało szczęśliwy. Zacząłem do niego krzyczeć: Na koń....itd.
Fot. MWMedia
- I co się stało?
- On przyjął to dość pokornie. Ale nagle, zza węgła, wyszli jego koledzy. I wtedy my staliśmy się mniejszością. Chłopcy zaczęli się porozumiewać. Wymienili parę głośnych uwag na temat... poezji nocą. Próbowaliśmy odejść. Oni ruszyli za nami. Już nawet słyszeliśmy odgłos własnych zębów, turlających się po „tretuarze”. Zatrzymali nas. I naprawdę nie wiem - dlaczego mi się wyrwało: - Panowie, jesteśmy poetami. Tamci zwariowali. Zastygli. Potem coś burknęli między sobą. I... odeszli. Byliśmy tak wstrząśnięci, że zamiast się rozejść, poszliśmy do następnej knajpy. I upodliliśmy się już tylko czystą wódką. Nie mogąc nawet tego skomentować z nerwów. Siedzieliśmy w ciszy i piliśmy do świtu. Nie wiedząc, co nam uratowało życie. Ja do dzisiaj nie wiem.

- Może poezja właśnie...
- Nie wiem. Może to było jakieś dla nich hasło? (śmieje się). W każdym razie to niezwykłe. Zresztą to nie pierwszy przypadek w moim życiu, kiedy udało mi się rozładować cudzą agresję. Tę swoją cechę charakteru lubię najbardziej.

- Kiedy pan gra, to się nie oszczędza. Tak bardzo, że fizycznie nawet odczuwa to, co bohater.
- Było tak kiedyś. I sam nie rozumiem, jak to się stało. Mój bohater skarżył się na bóle mostkowe, a ja je naprawdę odczuwałem. Może to tylko czysty przypadek. Na szczęście skończył się spektakl i bóle przeszły.

- Jak głęboko można wejść w rolę, żeby potem łatwo z niej można było wyjść?
- Nie ma reguł. Są aktorzy, którzy się prawdziwie spalają. I potem trudno się im z tego otrząsnąć. Ale ja jestem zdania, że to widz ma przeżywać, płakać i się śmiać. A jakim środkiem to osiągniemy? To już nasza słodka tajemnica. Być może Anthony Hopkins w „Okruchach dnia” zagrał tę rolę ot tak... pstryknąwszy palcami. A być może pracował nad nią pięć lat. Nie wiem. I szczerze mówiąc, mało mnie to obchodzi. Bo jako aktor jest tak skuteczny, że dla mnie nie ma znaczenia, jak on to zrobił. Grając więźnia, nie muszę się zamykać w więzieniu. Aktorstwo to w dużej mierze zawód wyobraźni.

- Rozmawiałam wielokrotnie z pana tatą...
- I widzi pani, jakie ja mam ciężkie życie? Cały czas mnie ktoś o tatę pyta. Codziennie muszę się z nim mierzyć.

- Przepraszam pana za to. Ale ciekawi mnie pewna rzecz. Jerzy Stuhr skarżył się, że niektóre role zaszufladkowały go. A to był wodzirejem, a to Maksiem z „Seksmisji”. Pan ma szczęście, a może nieszczęście, że się z jedną rolą nie utożsamia.
- Każdy aktor boi się zaszufladkowania. Bo to nas zawsze może ograniczać. Ale nie zapominajmy, że te szufladki rodzą się po fantastycznych rolach. Bo i „Seksmisja”, i „Wodzirej” to znakomite filmy. Więc szuflada ma też swoje dobre strony. Ze mną jest jeszcze inaczej. Choćbym nie wiem jak wspaniałą rolę zagrał w Teatrze Telewizji, to i tak ludziom głównie się kojarzę z „Chłopakami, którzy nie płaczą”, „Fuksem” i może „Porankiem kojota”. Mimo, że to są tylko trzy filmy z 20, w których do tej pory zagrałem. Dam pani inny przykład. Wystarczyło, że w ubiegłym roku na festiwalu w Opolu powiedziałem jeden monolog z telefonem komórkowym. Telewizja nim ze 20 razy „obróciła”. I ja się głównie teraz z tym monologiem kojarzę. Chociaż to było tylko 15 minut z całego, mojego ubiegłorocznego dorobku. Żadna z sześciu ról, które w ostatnich miesiącach zagrałem nie stała się tak głośna, jak ten opolski występ. Trzeba uważać na proporcje. Dbać o swój wizerunek. Świadomie kierować tym wszystkim. Jeszcze jeden kabareton i już bym się z tego monologu nie podniósł.

- Mając sławne nazwisko, pan zapracował już na równie znane imię. To także sukces.
- Ze sławnym nazwiskiem uporałem się już. Ale było trudno. Być może inny facet nie przejmowałby się tym, tak bardzo jak ja. A ja nic, tylko chciałem wszystko sam, sam, sam. Udowodnić, że potrafię. Czasami aż ponad miarę. Jeżeli jednak miałem kompleks ojca, to chyba go opanowałem.

- Podobno ten zawód sprawia panu dziecięcą radość. Czy nawet wtedy, kiedy pan w ciągu trzech miesięcy pracuje nad sześcioma rolami? Harując jak wół?
- Na szczęście tak nie jest przez cały czas. Nie wytrzymałbym tempa. Sam wiem, że nie mogę stracić tej dziecięcej radości. Nie chciałbym tego za żadne skarby.

- Dlaczego?
- Bo wiem, że ta radość to mój oręż. Siła. Dlatego ze wszystkich sił pielęgnuję w sobie te chłopięce uczucia.

- Co jest takiego porywającego w tym zawodzie?
- To, że jest tak różnorodny. Że jest tyle spotkań z ciekawymi ludźmi, wybitnymi aktorami, wielkimi reżyserami. Człowiek nie zdąży się znudzić ani ludźmi, ani graniem. Jedynie uprawianie aktorstwa serialowego może być nużące. To przyrastanie na długo do jednej roli. I wtedy, pod koniec takiej pracy, tę radość w sobie trudniej odnaleźć. Poza tym z polskim aktorstwem jest tak. Nuda. Spokojnie. Nic się nie dzieje. I nagle, jak się zwali na człowieka. To od razu kilka ról. Jedna za drugą. I trzeba brać. I trzeba grać. Bo my nie możemy sobie pozwolić na granie jednego filmu w roku. Jak nasi koledzy za wielką wodą. A z drugiej strony, może to i dobrze grać tyle rzeczy naraz? Bo czy grając tylko raz w roku, grałbym lepiej? Niekoniecznie. Czasami, kiedy aktor jest prywatnie przemęczony, przepracowany, to grana przez niego postać jest bardziej żywa i prawdziwa, niż wtedy, kiedy ją gra zrelaksowany i wypoczęty. Ta postać ma w sobie więcej prawdy. To tajemnica tego zawodu.
Dość niebezpieczna zresztą.

- Czy w tych warunkach, w jakich żyjemy, polski aktor myśli o wyjeździe na Zachód? Już o Hollywood nie mówię.
- Tylko pytanie brzmi - po co?

- Po duże pieniądze, na przykład.
- Nie potrzebuję więcej niż mam. Bałbym się pewnie tych dużych pieniędzy. Może i byłoby miło. Kupiłbym sobie basen, nie wiem jeszcze co... Tylko po co? Większa sława? Nie. Dziękuję bardzo. Jestem taki szczęśliwy, kiedy sobie jadę do Włoch czy do Nowego Jorku i chodzę tak cudownie anonimowy. Gdybym miał żyć ze świadomością, że nie ma na świecie miejsca, w którym mógłbym spokojnie spacerować po ulicy, to bym zwariował. Oczywiście, popularność jest miła. Ludzie okazują ci sympatię. Ale nie za dużo. Jedynie, co by mi się marzyło, to zagrać sobie w fajnym filmie. To tak. Każdy by chciał. Ale nie robię nic w tym kierunku. Nie patrzę w tę stronę. Jak się zdarzy, będę bardzo szczęśliwy. A jak nie, tu jest mój kraj i tu się realizuję.

- Czy będzie trzecie pokolenie aktorskie Stuhrów?
- Moja córka jest potwornie nieśmiała. Ale to o niczym nie świadczy. Bo znam aktorów, równie szalenie nieśmiałych, którzy poprzez aktorstwo leczą się z tej przypadłości. Ważne, żeby moja córeczka robiła w życiu to, co będzie chciała.

- Ale już jako pięciolatkę zabrał ją pan do teatru na... „Kandyda”. Biedne dziecko.
- Na kandydata, jak ona mówiła. Ale dzielnie wytrzymała. Bo my mamy takie fajne przedstawienie. Niezwykle żywe, barwne, z piosenkami. Ona nawet dwa razy na tym przedstawieniu była. I cały czas machała do mnie. Nie rozumiejąc, dlaczego ja jej nie odmachuję. Potem była za to na mnie obrażona. A ja, po raz pierwszy, nie potrafiłem wytłumaczyć - co to jest aktorstwo. I dlaczego ja jej z tej sceny nie mogę pomachać. Bo jak to wyjaśnić kilkuletniemu dziecku?

Maciej Stuhr

- Aktor, syn znanego i niezwykle popularnego aktora Jerzego Stuhra.
- Zadebiutował w filmie jako trzynastolatek, rolą Piotrka w „Dekalogu X” Krzysztofa Kieślowskiego.
- Absolwent psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego i szkoły teatralnej w Krakowie.
- Jeszcze w szkole średniej założył kabaret „Po żarcie”. Słynne już stały się parodie Gustawa Holoubka czy Stanisława Soyki w jego wykonaniu.
- Na swoim koncie ma ponad 20 ról filmowych i wiele teatralnych.
- 23 czerwca skończy 31 lat.
- Żona Samanta jest aktorką. Mają 6-letnią córkę - Matyldę.

Ryszarda Wojciechowska/Dziennik Bałtycki

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.