Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

393 miejsce

Mafia to nie tylko Pruszków. Historia Nikodema S. ps. "Nikoś"

Współautorzy: Adrianna Sowińska

Pruszków - miejsce, gdzie narodziła się polska mafia. Nic bardziej mylnego. Wcześniej doskonale zorganizowany gang złodziei i oszustów stworzył w Trójmieście Nikodem S ps. "Nikoś". Był wzorem dla późniejszych mafiosów. Oto jego historia.

Szybki wzlot


 / Fot. Flickr.com (Rob Bixby)Nikodem S. urodził się w latach 50. w Pruszczu Gdańskim. Nie wyróżniał się w nauce, dlatego już na początku lat 70., jako dziewiętnastolatek, rozpoczął pracę bramkarza w knajpie „Lucynka”, a potem w klubie nocnym „Maxim”. W czasach świetności klubu jeden drink kosztował tam tyle, co przeciętna pensja. Z przybytku korzystali więc sami marynarze, obcokrajowcy, cinkciarze i ówcześni celebryci. „Maxim” przetrwał do 2004 roku.

„Nikoś” zobaczył w tym lokalu luksus, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczył. Szybko do pracy przyjął go Michał A. ps. „Mecenas”. Pracując u niego, Nikodem S. zaczął na coraz większą skalę handlować walutą - wkrótce został „kasjerem”. Oznaczało to, że był wysłannikiem Michała A. w terenie i zbierał od cinkciarzy haracze. Czasem zdarzało mu się też razem z bratem kraść samochody.

Wkrótce „Nikoś” rozszerzył swoją działalność o Węgry. Zarabiał na oszustwach 50 marek dziennie. W miesiącu udawało mu się zdobyć trzydzieści tysięcy złotych, podczas gdy robotnik zarabiał średnio 1/6 tej sumy. Obok niego na Węgry trafili najpierw przestępcy z trzech rejonów Polski - Trójmiasta, Łodzi i Szczecina. Dopiero później pojawili się tam przyszli gangsterzy z Warszawy i ze Śląska. „Nikoś” nawiązał na placu przy dworcu Keleti w stolicy Węgier kilka znajomości z jugosłowiańskimi przestępcami. Właśnie za ich pośrednictwem zajął się handlem zegarkami elektronicznymi, a także samochodami. Nikodem przebywając w Budapeszcie popadł w konflikt z Robertem K. ps. „Gelert”. Miał nawet zlecić jego zabójstwo - skądinąd nieudane.

W latach 80. „Nikoś” kontrolował już gang samochodowy działający w wielu krajach Europy. Wyemigrował wtedy do RFN, gdzie liberalne prawo i wręcz luksusowe warunki w więzieniach sprzyjały tworzeniu się struktur przestępczych. Wówczas zbierał do pracy wielu lojalnych ludzi. Wśród nich wyróżniali się niejaki „Maniek” i Leszek B. ps. „Basta”.
Mafia „Nikosia” działała bardzo sprawnie, głównie dzięki pomocy skorumpowanych oficerów milicji i SB. Dorabiając się ogromnych pieniędzy, Nikodem kupił dom w Gdańsku-Jelitkowie, a w nim zorganizował nielegalne kasyno i klub. Przyjeżdżali do niego hazardziści z całej Polski.

Kłopot na kłopocie


W połowie lat 80. Nikodem S. stracił dobrą passę. Prokuratura wydała decyzję o jego zatrzymaniu. Miała dowody, że dokumenty aut sprowadzonych przez Nikodema były sfałszowane. „Nikoś”, uprzedzony o planowanym zatrzymaniu, zdążył jednak uciec. Przeniósł się do Hamburga. Niedługo potem zatrzymano Teresę S., siostrę “Nikosia”, która pomagała w jego nielegalnej działalności. Ta nie wytrzymała presji w areszcie i powiesiła się - miała 33 lata. Kilka miesięcy później Nikodem S. został niegroźnie postrzelony przez wspomnianego już „Gelerta”.

Dwa lata po tej sytuacji „Nikoś” jechał z „Mańkiem” kradzionym Audi 90 coupé. Mężczyzn zatrzymała policja. Nikodem S. otrzymał wtedy wyrok 1 roku i 9 miesięcy pozbawienia wolności - osadzono go w znanym na całą Europę więzieniu Moabit w Berlinie. Następnie przeniesiono do lżejszego zakładu karnego nazywanego „Tegel”. Po niecałych trzech miesiącach odsiadki miał widzenie z bratem, Markiem S. Wówczas zamienili się ubraniami. „Nikoś” pod okiem strażników spokojnie wyszedł z więzienia i wsiadł do podstawionego samochodu. Niemieccy strażnicy dowiedzieli się o podmianie dopiero kilka tygodni później. Krótko po sprawie ucieczki Nikodema S., większość zarzutów prokuratorskich wobec niego objęto amnestią, a śledztwo z 1985 roku zawieszono.

Okres tuż przed świętami wielkanocnymi w 1992 roku Nikodem spędzał ze swoją nową partnerką Edytą oraz dwójką dzieci z poprzednich związków w Krakowie. Wszyscy czekali na przyjazd matki „Nikosia” oraz jego brata - Marka. Ten dzwonił zresztą z budki telefonicznej w Łodzi i rozmawiał z Nikodemem S., czy aby na pewno nie śledzi go policja. Dwie godziny później czarny peugeot 205, którym jechał Marek z matką, uległ wypadkowi. Oboje zginęli na miejscu. Pochowano ich w grobie rodzinnym, gdzie wcześniej spoczęła siostra Nikodema i Marka - Teresa.

Krótko po tych wydarzeniach policji udało się ustalić dokładny adres pobytu „Nikosia” w Krakowie, ale poszukiwanego już tam nie było. Jak się okazało, trafił do Warszawy. W lipcu 1992 roku miał sprzedać komuś kradziony samochód dostawczy marki mercedes. Policja złapała Nikodema S. na gorącym uczynku. Zatrzymanie z miejsca obwołano wielkim wydarzeniem. „Nikoś” przewożony był wtedy konwojem do prokuratury. Na miejsce ostatecznie nie dotarł, bo... po prostu zniknął. Pojawiły się plotki, że wręczył duże łapówki wszystkim pilnującym go konwojentom.

Rok później pomorski boss kolejny raz wyszedł z ukrycia - pod jedną z kamienic na warszawskim Żoliborzu - i został aresztowany. Większość ludzi z półświatka była wtedy przekonana, że odnalezienie „Nikosia” zostało zainscenizowane przez niego samego. Chciał bowiem odbyć karę i zyskać życiową stabilizację. Przed sądem Nikodem S. nie przyznał się do swojej legendarnej wręcz działalności, czyli handlu kradzionymi samochodami. Przyznał się natomiast do wspomnianego wcześniej posługiwania się fałszywymi dokumentami, a także do ucieczki z konwoju. Tylko za te przestępstwa usłyszał wyrok - dwa lata pozbawienia wolności.

Koniec człowieka, początek legendy


W 1994 roku „Nikoś” wrócił do działalności na Pomorzu. Wszedł też w bliskie kontakty z domniemanym szefem grupy wołomińskiej - Henrykiem N. ps. „Dziad”. Takich zachowań Nikodema S. nie tolerowali „Pruszkowiacy”. W sierpniu 1994 roku wybrali się na północ Polski w kilkadziesiąt osób, aby go upokorzyć. Nikodem powiadomił o wszystkim policję - antyterroryści zatrzymali wtedy pruszkowskich gangsterów w samym centrum Sopotu.

Rok 1998 rok. 23 kwietnia Wojciech K. ps. „Kura”, bliski przyjaciel „Nikosia”, obchodził swoje imieniny w klubie „Marco Polo”. Z czasem impreza przeniosła się do gdyńskiego klubu nocnego „Las Vegas”. Z gości do samego końca pozostał tylko Nikodem S. z żoną oraz małżonka Wojciecha K. Właśnie wtedy do lokalu weszło dwóch zamaskowanych mężczyzn. Oddali sześć strzałów w kierunku Nikodema, nie dając mu szans na przeżycie.

Doszło do egzekucji na zlecenie, której bezpośrednim celem był „Nikoś”. Teorii na ten temat było wiele. Niektórzy, w tym świadek koronny Jarosław S. ps. „Masa”, zeznawali pod przysięgą, że pomysł egzekucji „Nikosia” pochodził od mafii pruszkowskiej. Killerom wystawił go Krzysztof P. - złodziej samochodowy współpracujący z Nikodemem. Zabójcami mieli być natomiast zawodowi mordercy powiązani z łódzką „ośmiornicą”. Grupa ta, podobnie jak pruszkowska, nie kryła swojej niechęci do króla przestępczości samochodowej z Wybrzeża.

Warto wspomnieć też kilka słów o tym, co działo się na Pomorzu po śmierci Nikodema S. Na ulicach Gdańska widywano bowiem w luksusowych samochodach i marynarkach „Nikosia” funkcjonariusza policji działającego pod przykryciem - Jarosława P. ps. "Majami". Rzekomo miał on romans z żoną gangstera i zajmował się dla niej odzyskiwaniem długów zmarłego męża. Tymczasem wśród trójmiejskich przestępców brakowało zgody...

Nikodem S. do dziś uchodzi za legendę polskiej przestępczości. Bez wątpienia sam „Nikoś” mocno zapracował na opinię o sobie. Najpierw sponsorował klub Lechia Gdańsk. Po sukcesach zespołu Nikodemowi wręczono klucze do miasta. Swego czasu zagrał też epizodyczną rolę w filmie Olafa Lubaszenki „Sztos”. Na temat jego działalności powstała nawet niemieckojęzyczna książka, której tytuł po przetłumaczeniu to „Kamienna twarz - Ojciec chrzestny z Gdańska Nikodem S.” Reżyser Wojciech Szumowski nakręcił natomiast o nim film „Kraina złudzeń”.

Inni mieli bardzo różne opinie na jego temat. Jedni uważali go po prostu za biznesmena. Drudzy szanowali za zasady, jakimi się kierował. Kolejni byli wdzięczni za pomoc w odzyskaniu ich skradzionych samochodów. Niektórzy dziennikarze wspominają zaś Nikodema jako bardzo czułego na krytykę. Podobno powiedział kiedyś, że jeśli ci nie przestaną przedstawiać go w negatywnym świetle, wysadzi redakcję w powietrze.

Po śmierci Nikodema S. ps. „Nikoś” ówczesny proboszcz parafii Gdańsk-Jelitkowo odmówił przeprowadzenia pogrzebu w obrządku katolickim. Sytuację naprawił jeden z arcybiskupów, o którego związkach z pomorską przestępczością mówiło się od dawna...

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.