Facebook Google+ Twitter

Magiczna dzikość. Reportaż bieszczadzki

Pojechałem w Bieszczady z zamiarem odnalezienia zimy. Znalazłem coś cenniejszego. Pod jej skrzydłami schowała się tu magia, której nie ma nigdzie indziej w Polsce. Z naszym przewodnikiem poznawaliśmy dzikość, którą trzeba... pielęgnować.

Otworzyłem oczy i przetarłem poturbowaną przez szybę twarz. Z Rzeszowa wyjechaliśmy gdy świtało. Wszystko idzie zgodnie z planem. Na horyzoncie pokazały się niewielkie góry. Mijamy ogromny San. Czyli wita Lesko. Brama w Bieszczady.

  Komu w drogę temu... w śnieg

Land Rover, nasz pojazd w czasie wyprawy / fot: M.NowakMiasteczko spało jeszcze dziwnym mglistym snem, pierwszą, otwartą kawiarnię znaleźliśmy po kilkunastominutowym poszukiwaniu. Kawa nie była wyborna. Poza tym pita była duszkiem, bo za oknem pojawił się nasz przewodnik, gospodarz tej wyprawy.

  – To co, jedziemy prosto w góry – Witamy się. Grzegorz pokazuje zaparkowany nieopodal terenowy Land Rover w kolorach zgniłej ściółki. Podoba nam się. Witamy się z kierowcą tego rarytasu. Jan Drzazga, leśnik, obecnie bez pracy, w ubieglym roku z żoną prowadzili bar "Ryś" w Lutowiskach, pochodzi z rodziny leśników, pragnął z żoną zostać w Bieszczadach, ale mają duży   problem żeby znaleźć stałą pracę.


Samochód ma dobre kilkanaście lat. Janik, bo tak od tej chwili będziemy do niego mówić, dostał go niejako w spadku po Wojsku Polskim, które kiedyś – wiadomo – gęściej stacjonowało w Bieszczadach.
– Kiedyś myślałem o rajdach samochodowych dolinami rzeki, górami. Jednak gdy rozszerzył się park narodowy, wszystko to bardzo się utrudniło – mówi.

  Siadamy z tyłu. Kulimy plecy tuż pod zieloną płachtą płótna mocno przytwierdzonego do stelażu. Obok nas góra osprzętu. Niebawem znajdzie się dla nas. Ruszyliśmy ok. godziny 10. Niebo wyglądało kusząco. Lazurowe. W drodze przez Baligród i Wetlinę mam czas podyskutować z Grzegorzem o jego pracy i misji.  

Łemkowski przewodnik

witryna Dziekiej PrzyrodyGrzegorz Sitko to Bieszczadnik z krwi i kości. Pochodzi z rodziny łemkowskiej. Tutejszej z dziada pradziada. W dodatku człowiek – orkiestra. Jest pracownikiem Bieszczadzkiego Parku Narodowego i jednocześnie koordynatorem międzynawowego projektu PAN "Parks dla Bieszczadów". Oprócz tego jest również właścicielem firmy „Dzika Przyroda” organizującej przez cały rok niezwykłe i intrygujące wyprawy w Bieszczady. Jest to coraz popularniejsza forma wypoczynku, głównie dla turystów z krajów zachodnich. Holendrów, Belgów, Anglików.
– Oni przecież prawie nawet nie mają lasów, a co dopiero góry z połoninami. Potrafią wyłożyć spore pieniądze, aby spędzić tydzień w Bieszczadach. Ekoturystyka to przyszłość turystyki.

Przyroda pociągała go od zawsze. Po studiach najprawdopodobniej zostałby w Krakowie. Kusiły go jednak Bieszczady. Tu przyjechał i tu znalazł pracę. Od paru lat robi wreszcie to, co go interesuje: jest blisko przyrody i pokazuje ją polskim i zagranicznym turystom. Myśl o założeniu firmy dojrzewała już od czasów studiów. Gdy pracował w Małopolskim Towarzystwie Ornitologicznym. Grzegorz Sitko / dzikaprzyroda.plTam zetknął się z dużą firmą Bird Service, organizującą turystykę aktywną i wycieczki z obserwacją ptaków.
To mnie zainspirowało, aby nie zarabiać pieniędzy jako nauczyciel czy leśnik, lecz jako ten który może sprzedawać przyrodę – mówi.

 

Wciąż nie widać śniegu, zacząłem się martwić. – Tu zginął gen. Świerczewski – Pokazał nam Grzegorz zakole obok Sanu. – Sprawa do dziś jest niejednoznaczna. Niby UPA, choć są też teorie o wewnętrznych porachunkach w armii, a zabójstwo to stało się tylko wygodnym pretekstem dla akcji „Wisła”.

  Mija godzina, a my wciąż jedziemy. Samochód wspinał się energicznie po serpentynach pod przełęcz Przysłop. Napęd na cztery koła. Powoli wkraczaliśmy jednak w inny świat. Coraz częściej na drodze leżały płaty śniegu. Bloki śnieżne, wyrzucone przez pługi, leżące na poboczu miały nawet jeden metr wysokości. Widać, co to bieszczadzka zima. Po lewej minęliśmy Smerka. Jedną wielką biała kopę. Na połoninach było ponad metr śniegu. A świecące agresywnie słońce tworzyło z ich powierzchni lustrzaną połać. Cudownie.  

Mapa 3d / wyk: M.Nowak za pomocą World Wind NASA

Przyszłość Bieszczadów: Zrównoważony rozwój

Z przełęczy będziemy wspinać się na Rawki. Bliźniacze szczyty w paśmie granicznym Bieszczadów. Z samochodu wyciągamy rakiety śnieżne z rakami, ochraniacze na nogi, kijki skiturowe. Przygotowujemy się do wyruszenia w bajkowej scenerii. Przy idealnie czystym niebie panorama powala z nóg. Siodło Tarnicy czy Połonina Waryńska są jak świeżo malowane. Wyruszamy. W śnieg mimo, że prawie metrowy, nie zapadamy się. A poza tym powierzchnia jest mocno zmrożona. Raki wczepiają się w nią. Idzie się komfortowo.

  – Co to jest PAN Parks? – pytam Grzegorza o jego projekt.

– Jest to projekt międzynarodowy, mający na celu utrwalenie ostatnich dzikich miejsc przyrody dla potomnych, ale i przyszłych turystów. Chodzi o zrównoważony rozwój. Aby człowiek miał dostęp do tych ciekawych miejsc, ale jednocześnie, aby zapewnić danemu obszarowi pełną ochronę i zachować jego pierwotny charakter. Bieszczady / wyk: M.Nowak za pomocą GoogleEarthBieszczady są pod tym względem wyjątkowe, bo leżą na trójstyku granic, a cywilizacja nie jest w sumie od nas aż tak daleko.

 

Niedawno byłem we wszystkich parkach narodowych polskich Beskidów i co najbardziej mnie uderzyło? Śmieci, rozdeptane szlaki, erozja wzdłuż ścieżek, mrowisko turystów. Przecież nie w tym rzecz.

 

– Racja – Grzegorz zgodził się z moimi wywodami. – Ale w Bieszczadzkim Parku Narodowym mimo wszystko też są już z tym problemy, jednak oczywiście, na szczęście, nie na taką skalę jak np. w Tatrach czy Pieninach. Głównie dzięki powierzchni tych gór. To jednak są ogromne przestrzenie.

  Dzięki naszemu sprzętowi wchodzi się o niebo łatwiej niż bez niego. Możemy sobie pozwolić na pójście „na przełaj” między drzewami. Rakiety są regulowane, bez problemu wchodzimy pod stok o nachyleniu 30 stopni. Po chwili pojawiają się drzewa obleczone szronem, lekki mrozik podszczypuje nasze twarze. Gdy drzewa zanikają, gdzieś na wysokości 1100 metrów, przedzieramy się przez zarośla karłowatej buczynki. Bieszczady są jedynym miejscem w Polsce, gdzie dominacja drzew liściastych nad iglastymi jest niepodważalna.

– Większość teorii tłumaczy to sporym wpływem południowych mas powietrza z ciepłej Kotliny Węgierskiej – mówi nasz przewodnik. – Jednak spójrzcie tam – pokazał nam stoki Połoniny Wetlińskiej. – To tereny gdzie naturalnych lasów wbrew pozorom jest mało. Większość to sztuczne nasadzenia po rabunkowej gospodarce leśnej okresu PRL, a przede wszystkim przedwojennego. Byłem w szoku.

Rakiety na butach. Niezbędne / fot: M.Nowak

Biało - błękitnie

 

Na małą Rawkę wchodzimy po trzech godzinach. Z pleców ścieka nam wodospad potu. Świecące non stop słońce robi swoje. Chowamy twarze przed ewentualnymi zgubnymi promieniami UV. Otwieramy termos z gorącą herbatą. Bezcenne. Na szczycie hula mroźny wiatr, podziwiamy jego rzeźbiarskie talenty, oglądając różne dziwaczne formy wymrożone w kikutach roślin. – Śliczniejsze niż kryształy – zauważa Ania, swoim kobiecym, wrażliwym okiem. W kierunku południowym ciągnie się garb na Wielką Rawkę. Zacieniony stok północno–wschodni tego szczytu, to uśpiony potencjalny morderca. Całkowicie goły, mocno jak na Bieszczady nachylony. Co roku schodzi tędy kilkanaście lawin. Tak, tak – lawin. Kto by przypuszczał. W Bieszczadach? Dwa lata temu snowboardzista–samotnik podciął płaty śniegu. Lawina przykryła go dwoma, trzema metrami zmrożonego śniegu. Przeżył, bo utknął w szczelinie bogatej w tlen i udało mu się zdzwonić po pomoc. Historia już kultowa we wszystkich górskich kręgach, omawiana na wielu szkoleniach dla goprowców.

  Wyciągamy lornetki. Szybki ogląd gór wokół nas. Okazało się, że na połoninach wędruje kilkanaście osób, na Wielkiej Rawce również. Najbardziej "omrowione" turystami jest schronisko na Połoninie Wetlińskiej – słynna Chatka Puchatka. Obok Tarnicy, jedno z najbardziej rozdeptanych miejsc w tych górach.  

Szron - gigant na Małej Rawce / fot: M.NowakSchodziło się dwa razy szybciej niż wchodziło. Na przełęczy czekał Janik i jego wóz. Już zmierzchało i zachód słońca odbijał się od zachodnich stoków połonin, pytając jak księżniczka lustereczko" „który zachód jest najpiękniejszy na świecie”. Oczywiście bieszczadzki, bez dwóch zdań.

  Odległości. To było to, co najbardziej mnie zaszokowało. Studiując mapy, przewodniki, zdjęcia satelitarne, nie spodziewałem się, że przestrzeń w Bieszczadach ma aż tak wielką moc. Do Orelca pod Leskiem wracaliśmy nową drogą z Wetliny do Soliny. Wybudowaną za unijne środki. Tylko komu ona służy? W całkowitym zmroku wracaliśmy ponad godzinę, nie mijając - uwaga - żadnego samochodu z naprzeciwka. Jedynie zaświeciło nam oczami kilka lisów. Wracaliśmy ok 1,5 godziny.

– W Bieszczadach 30-40 km to jak rzut kamieniem. Tyle się do sklepu jeździ. Ja z racji zawodu jestem bardzo mobilny. Ciągle się przemieszczam. Dziennie często robię 300-400 km. Taka praca – mówi Grzegorz. Noc była cudowna, bezchmurna. Jak dzień, który się skończył.

Tropienie siedmiuset kilogramów

  Następnego dnia podjeżdżamy w okolice Baligrodu. Starą, wysłużoną drogą docieramy do Cisowca – przysiółka położonego w jednej z dolin bieszczadzkiego pogórza. Dalej droga się kończy, natomiast kiedyś można było dojechać dalej do jednej z setek nieistniejących już wsi łemkowskich. Dziś dołącza do nas Ola Wołoszyn. Ola robiła pracę magisterską odnośnie różnych aspektów biologii bieszczadzkich żubrów, obecnie jest pracownikiem Stacji Badań Fauny Karpat Polskiej Akademii Nauk w Ustrzykach Dolnych.

– Dziś wyruszamy tropić żubry – informuje nas, po czym wyciąga mapę i wskazuje: – W zimie zazwyczaj większość dzikiej zwierzyny schodzi w doliny, nie zajmuje połonin i wyższych partii. Powód jest prosty – brak żerowisk. Wytopione ślady żubrów / fot: M.NowakStąd najczęściej niemiłe historie z wilkami występują zimą.

Idziemy w kierunku masywu - tutaj można przy odrobinie szczęścia spotkać grupę bieszczadzkich żubrów. To jedyne miejsce w Polsce, gdzie żubry żyją na wolności.
– Jak to? A Puszcza Białowieska? – chodzę jej brutalnie w zdanie. – Owszem, Białowieża jest najsłynniejsza, ale tam żubry żyją w rezerwatach lub ogrodzonych, wytyczonych kwartałach leśnych. Poza tym białowieskie żubry, to odmiana nizinna tego gatunku, natomiast tutaj, żyje bardziej dzika odmiana kaukaska tego olbrzyma.

   

Ola, Grzegorz, Ania i ja kierujemy się w stronę lasu. Już po kilkunastu minutach natrafiamy na pierwsze ślady. Odtąd oczy nasze będą coraz sprawniejsze.
– Spójrzcie na to – nasza przewodniczka wskazuje kilkanaście wytopionych plam na śniegu. – Pewnie się tego nie spodziewacie, ale to pozostałości po śladach żubra. Stare, mają kilka dni albo nawet tydzień. Na dowód tego pokazuje poobgryzane pędy jeżyn i podszytu, w którym żerowały zwierzęta.

  Idziemy między drzewami, uważnie słuchamy wszystkich wskazówek Oli. Pokazuje nam drzewa z obdartą korą, o które żubry trą swoje poroże oraz pozostałości sierści, bo te kolosy uwielbiają pocierać się i drapać o twarde części lasu, np. pnie. Tak więc reklama pewnego browaru nie kłamie.

Po chwili sami potrafimy już znaleźć trop żubra. Najciekawszym znaleziskiem z pewnością jest tzw „stołówka”. Pobojowisko. Miejsce rozgrzebanych korzeni, wytopionego śniegu, odkopanych pędów i połamanych drzew. – Prawdopodobnie ucztowało tu kilkanaście żubrów. Zarówno krów jak i byków. Byki demonstrują swoją siłę między sobą poprzez łamanie okolicznych drzew. Podchodzę do powalonego świerka.
– Ale on miał chyba z 30 centymetrów średnicy – wołam.
– Nie szkodzi. Dorodny żubr ma za to 700 kg żywej wagi – woła nasza przewodniczka. Złamane drzewo. Symbol siły żubrzego byka / fot: M.Nowak  

 

 

  Najczęstsze tropy to ślady saren i jeleni. – Większość ludzi myśli, że sarna to samica jelenia – zauważa Ola. W takim razie czym jest łania – śmieje się. Po chwili dowiadujemy się o szokującej rzeczy. – Często bywa tak, że sarny mimo, że mają pełne żołądki, umierają z głodu. Jak to się dzieje? Otóż, gdy brakuje pożywienia na ziemi, gdy przykryte jest śniegiem lub zbyt ubogie, zwierzęta z konieczności muszą posilać się igliwiem. Igły świerka mogą zastąpić liście jednak przez to, że są ciężkostrawne i zawierają sporo olejków eterycznych, organizm sarny musi poświęcić więcej energii na strawienie tego pokarmu niż energii on by dostarczył. Często znajdujemy martwe zwierzęta, na pierwszy rzut oka mocno najedzone. Oczywiście częściej giną w drutach, płotach czy kłusowniczych sieciach. Również tutaj są tacy ludzie. Niedawno rozpoczął się proces o zastrzelenie żubra! Straszna rzecz.

  Zapach niedźwiedzia

Czy ekoturystyka jest ekskluzywna? Grzegorz Sitko zapewnia, że niezupełnie, choć przyznaje, że jest ona w jakiś sposób jednak ograniczona, zawężona.
– Zawężenie to wynika m.in. ze struktury turystyki w Bieszczadach, gdyż zdecydowaną jej większość stanowią turyści polscy. Wachlarz oczekiwań jest szeroki. Na przykład dwa lata temu przyjechało małżeństwo ze Stanów Zjednoczonych. Spędzili trzy dni w Bieszczadach tylko po to, aby utrwalić w obiektywie jedną sowę. I to był specyficzny klient. Są też i tacy, którzy najpierw deklarowali, że chcą podziwiać przyrodę, a w trakcie ich pobytu okazało się, że są nią mało zainteresowani. Na wilka popatrzyli jak na psa, krzycząc „Oh yes, Wolf”. Tymczasem zobaczyć wilka wcale nie jest łatwo. Wręcz bardzo trudno. Zwłaszcza jak się idzie więcej niż we dwie osoby. Zwierze się boi. Choć nie zawsze. – A jak to jest z wilkami zabójcami owiec? – pytam.  

– Zależy od czasu. Owszem, słyszy się różne historie. Również te o wilkach zjadających psy razem z łańcuchami. Przede wszystkim należy zauważyć, że to nie one są intruzami we wsiach, tylko człowiek już dawno temu stał się intruzem na ich terenie. Oczywiście wygłodniały basior to zjawisko niezwykle niebezpieczne. Słyszałem o grupie geologów, którzy w sąsiednim Beskidzie Niskim na jednej z odkrywek spotkali watahę wilków. Ta otoczyła ich pierścieniem, głowy w dół, kły na wierzch. Powoli zaczęli się wycofywać. Po kilkunastu minutach powolnego tuptania dotarli do samochodu, wsiedli i odjechali. Okazało się, że znajdowała się tam nora wilków i szczenięta.

 

Niedźwiedzi trop / fot: M.NowakPo chwili Ola dodała: – Całkiem niedawno natomiast pod Smerkiem zauważyłam główkę wystającą z małej szczeliny. To był niedźwiadek. W kilka sekund zdałam sobie sprawę, że mały niedźwiedź to i niedaleko matka. Serce miałam w gardle. W kilka sekund przebiegłam chyba ze sto metrów.

 

– A jeśli teraz spotkamy się z niedźwiedziem – pytam zaintrygowany? – Bardzo trudno. W Bieszczadach jest ich ponad 50 - to więcej niż w Tatrach, ale przypominam o powierzchni. Samice w zimie śpią, ich organizm przygotowuje się do wiosennego porodu. Samce natomiast rzadko. Bajki dla dzieci trochę kłamią. Jeśli spotkamy misia najlepiej uciekać stokiem w dół. Niedźwiedź z powodu o wiele krótszych przednich łap bardzo ślamazarnie porusza się po sporych nachyleniach terenu. Jeśli natomiast uciekałbyś pod górę, pazury misia będą na twoich plecach po kilku, kilkunastu sekundach.

  Po chwili dokonujemy najcenniejszego znaleziska. Bardzo dobrze zachowany w śniegu kilkudniowy trop niedźwiedzia. – Jest duży – zaznacza Ola. Po upewnieniu się, czy aby na pewno jest on kilkudniowy a nie kilkugodzinny, spokojnie mogę udać się na dawne jego legowisko. Ola pokazuje mały zacieniony zagajnik: – Tutaj miś przebywał bardzo długi czas. Skąd to wiem? Jest coś w nich charakterystycznego, że ich specyficzny zapach unosi się w miejscu wyleżyska nawet przez kilkanaście dni.  

Wracamy. Niestety w czasie kilkugodzinnej wędrówki nie zobaczyliśmy ani wilka, ani żubra i na szczęście niedźwiedzia też nie. Niebo staje się bardziej pochmurne. – Ten wczorajszy dzień trafił się wam niebywale – zaznacza Grzegorz. – Chyba jedyny w tym roku bezchmurny. Ola potwierdza.

  Zapotrzebowanie na dziką przyrodę

 

 

  Grzegorz wtajemnicza nas w sekrety przyrodniczego biznesu. – Nie czarujmy się, u nas infrastruktura okołoturystyczna wciąż raczkuje. Lesko czy Ustrzyki buńczucznie obwołujące się oknem na Bieszczady, wobec standardów europejskich nie spełniają żadnych cech miasta turystycznego. Lesku nie pomógł nawet program telewizyjny „Miasto Marzeń”. Żubrza stołówka / fot: M.NowakZainteresowanie tego typu wypoczynkiem jest wśród Polaków wciąż znikome. Oczywiście mogę się zająć masówkami, grupa 50 uczniów, chodzenie, chodzenie i chodzenie. Ale ja chciałbym pokazać coś innego. Wiem, że szansa tych gór pojawi się w zależności od tego, czy sprawnie i umiejętnie pokierujemy rozwojem turystyki tutaj, czym ja się zajmuję. I wiem też, że zapotrzebowanie na to na zachodzie Europy jest. Grzegorz dobrze wiedział co mówi, bo był gościem na wielu konferencjach i targach turystycznych na całym świecie. Zwiedził również Park Narodowy Yellowstone w USA i wie jak przenieść swoją wiedzę na bieszczadzkie ziemie.

  – Boję się, że na nasze polskie warunki będziemy mogli to przenieść za kilkanaście lat. Cóż, dla pewnych Holendrów, którzy do mnie przyjechali jakiś czas temu niesamowitą atrakcją okazała się granica z Ukrainą w Krościenku za Ustrzykami. Oto trzygodzinna kolejka do odprawy celnej, budka celników, pogranicznicy, paszporty. W końcu to koniec Unii Europejskiej. Ale przecież oni nie znają pojęcia „granica” już od ponad 30 lat!    

W czasie gdy wyjeżdżamy, przyjeżdża właśnie kolejna grupa Holendrów. Grzegorz ma dla nich skrupulatnie przygotowany plan pobytu na całe 7 dni. – Myślę, że im się spodoba – mówi.

Po moich doświadczeniach i zdaniu, które sobie wyrobiłem na temat działalności Grzegorza, wiem, że im się spodoba. Grzegorz obiecuje, ze wyśle mi nagrane przez siebie odgłosy prawie wszystkich dzikich ptaków żyjących w Bieszczadach.

 


Witam się z zagranicznymi turystami. Są niezwykle skupieni, posągowe postacie studiują mapy i przewodniki. Ania słusznie zauważa, że wydają się być spięci. A może podekscytowani? Bardzo jestem ciekaw co myślą, co przewidują. Jak są nastawienie do naszych najdzikszych skarbów. Życzę im dobrego pobytu, zapewniam, że nie będą żałowali. Po chwili dorzucam jeszcze życzenia dobrej pogody, po czym kątem oka zerkam za okno. Nie. Chmurzy się. Nic to. Widocznie dobrą pogodę przywieźliśmy my i my musimy ją ze sobą zabrać… Ale w Bieszczady wrócimy. Bo poznaliśmy człowieka, który zna się na ich magii.


Więcej zdjęć (niestety niezbyt dobrej jakości) z pierwszego dnia wyprawy znajdziecie w tej fotogalerii . Reportaż powstał przypadkiem. Wyjazd miał być nagrodą National Geographic i Travel Polska, jednak działalność Grzegorza, jego determinacja, pasja i jego życie tak mnie urzekły, że grzechem byłoby nie starać się pokazać tego innym. Najzwyklejsze połączenie przyjemnego z pożytecznym.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (8):

Sortuj komentarze:

+ w Bieszczadach byłam tylko raz, ale niezatarte wspomnienia znad Soliny pozostały ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Mnie na drodze z Zatwarnicy do Suchych Rzek, na grani towarzyszyła wataha wilków. Takie są właśnie Bieszczady

Komentarz został ukrytyrozwiń

aż strach pomyśleć, że i tam wkroczy cywilizacja (czytaj: zabudowa)... i nie mam na myśli polepszenia standardów życia i turystyki.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękuję kochani. Trochę żałuje jednak, że tekst nie wywarł większego wydźwięku :| Zapraszam w Bieszczady! :D:D

Komentarz został ukrytyrozwiń

Kurde, za takie teksty to tylko plusami atakować :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ech... No szczęka spada. Co materiał, to lepszy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

świetne!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Plus, plus, plus:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.