Jak co dzień rano włączam CNN. Widzę rozentuzjazmowany tłum młodych Amerykanów. Uśmiechniętych, może lekko pijanych, z flagami, na latarniach, na budynkach. W półśnie słyszę słowa "juvenile", "celebration", "chanting", "singing".
Cóż to, impreza była tak dobra, że przespałam aż do czwartego lipca? Jeszcze chwila i już wiem, że za Oceanem powrócono do indiańskich praktyk plemiennych. Staram się zrozumieć.
"Wśród Indian Roamaina na palach utwierdzano czaszki pokonanych wrogów, wokół których kobiety tańczyły dzikie tańce, podczas gdy mężczyźni upijali się alkoholem w trakcie uczty pijackiej". (źródło: http://www.mojeparfleche.cba.pl/Moje%20Parfleche%20Taniec.htm - strona Marka Cichomskiego, miłośnika i wspaniałego znawcy Indian).
CNN. Im dłużej oglądam, tym bardziej się wciągam. Już któryś raz na ekranie pojawia się twarz Baracka Obamy, który dumnie obwieszcza "Amerykanom i światu", że jednostki amerykańskich sił zbrojnych przeprowadziły operację, która doprowadziła do zabicia Osamy bin Ladena. Potem przeskok na świętujący tłum - biali, czarni, Arabowie, Azjaci. Lepiej byłoby po angielsku - Afro-Americans, Arab-Americans, Asian-Americans; sens bowiem tkwi w tym członie, który pojawia się po myślniku. Ubrany w odświętny mundur młody wojskowy o azjatyckich rysach opowiada o jedności, która tworzy się na Ground Zero - "między chrześcijańskimi Amerykanami a islamskimi Amerykanami, między gejowskimi Amerykanami a hetero-Amerykanami, bo wszyscy jesteśmy jednym narodem". Może więc rozchodzi się o poczucie wspólnoty? W tle świętujący trzymają się za ramiona, pokazują Victorię, na ustach uśmiechy, czasem jakieś krzyki, rozbiegane oczy. Są też mężczyźni arabskiej urody. Co chwilę w obiektywie pojawia się ktoś obwiązany amerykańską flagą z plastikowym kubkiem w ręku. Nastrój tylko na chwilę opada, gdy przed kamerą pojawia się osoba trzymająca zdjęcie zamordowanych w ataku na World Trade Center i mówi o bólu, trochę o uldze, najczęściej powtarzając słowo "closure" - zamknięcie, choć tłum wygląda jakby bawił się na otwarciu centrum handlowego.
Ze studia padają pytania do korespondenta na miejscu: czy to tylko euforia, czy może jest też miejsce na refleksję? W trzecim wejściu na antenę korespondent już wie, co musi podkreślić - "dla wielu to, co się tutaj dzieje, to także chwila wspomnień, moment na zastanowienie się", bo tego nie widać w telewizji. Młody dziennikarz jest już po kilku rozmowach - ze strażakiem, który pomagał odgruzowywać Ground Zero, z żoną ofiary zamachu z 11 września (nota bene dosyć nieadekwatnie brzmi podpis „9/11 widow”), z byłą żołnierką, która została ranna w Afganistanie. A tłum z tyłu na przemian wrzeszczy i się smuci.