Facebook Google+ Twitter

Mahjar-Barducci: "Pakistan Express". W cieniu polskiego przekładu [RECENZJA]

Książkę Anny Mahjar-Barlucci „Pakistan Express. Jak żyć i gotować w cieniu talibów” czyta się niemal jednym tchem...Niemal, gdyż przyjemność lektury psuje polski przekład tekstu.

 / Fot. Materiały prasowePo książkę Anny Mahjar-Barlucci „Pakistan Express. Jak żyć i gotować w cieniu talibów” sięgnęłam z dużym zainteresowaniem i obawą. Zaintrygowana reporterskim charakterem książki ciekawa byłam, jakie spostrzeżenia na temat Pakistanu poczynił ktoś, kto spędził z tym kraju wiele lat, będąc jednak osobą z zewnątrz? Jak żyło się tam kobiecie? Powróciły także wspomnienia z moich własnych podróży po Pakistanie, które jak żywo stanęły mi przed oczami w trakcie lektury. Ja także - pierwszego dnia pobytu w Lahorze – zwróciłam na siebie niechcianą uwagę spowodowaną, jak się okazało, niestosownym strojem, mimo że miałam na sobie indyjską kurtę (tunikę) sięgającą połowy ud i lniane, luźne spodnie. Kurta była bowiem zbyt obcisła, a szal, który miał zakryć moje blond włosy, był wąski i odsłaniał cały warkocz oraz grzywkę. Nazajutrz w nowo zakupionym pakistańskim komplecie nie budziłam już aż takiego zainteresowania.

Kiedy autorka opisuje życie kobiet, zamknięcie w czterech ścianach, brak swobody objawiający się chociażby niemożnością wyjścia na bazar, niestety nie mija się z prawdą. Gdy pomieszkiwałam u pakistańskiej przyjaciółki w Multanie, miałam okazję doświadczyć takiego życia. Dzień kobiet – poza gotowaniem (lub zlecaniem gotowania służbie) – wypełniało przesiadywanie przed telewizorem lub na tarasie, spotkania z sąsiadkami, malowanie dłoni henną itd. Aby wyjść z domu np. do sklepu (poza sklepem do wyboru nie pozostawało wiele miejsc), należało przywołać znajomego rikszarza, który podjeżdżał pod dom, zawoził i przywoził pod drzwi domu. Jeśli rikszarz był zajęty – nici z zakupów. Pamiętam, kiedy wybrałyśmy się raz z przyjaciółką pieszo do supermarketu, oddalonego o 5 minut drogi od domu. Nadjeżdżające zewsząd gromady mężczyzn w różnym wieku, na rowerach, motorach, skuterach, tarasowały nam drogę, uniemożliwiając poruszanie. Kiedy w końcu otrzymałyśmy po klapsie, biegiem dotarłyśmy do sklepu i spanikowane poprosiłyśmy obsługę o zamówienie rikszy. O zakupach zapomniałyśmy…

Pod tym względem książka jest cennym źródłem informacji, przekazywanych z pierwszej ręki, bez koloryzowania, bez ogródek. Anna Mahjar-Barlucci pisze bardzo swobodnie, łatwo i szybko czyta się taki tekst – i z wielką przyjemnością. Ową przyjemność niestety psuje polska wersja tekstu, czyli coś, na co sama autorka wpływu mieć nie mogła. Z tym wiązała się moja obawa, o której wspomniałam na wstępie: z niedokładnym tłumaczeniem, przekręcaniem terminów, zwrotów lub z innymi uchybieniami, jakie mogły wyniknąć stąd, że książka nie przeszła specjalistycznej korekty. Obawa nie była zupełnie na wyrost.

W tekście natrafić można na kilka poważnych niedopatrzeń. Pierwszy rzucający się w oczy problem dotyczy zasad spolszczania terminów obcych. Z pewnością z konsekwencją podawane się nazwy geograficzne (regionów, miast), przytaczane, jak mniemam, za Zeszytami Geograficznymi. Moja uwaga – nieadresowana w tym przypadku do tłumaczki – dotyczy spolszczenia nazwy jednego konkretnego miasta: w urdu - lāhor, w hindi (Indie) – lāhaur, w języku angielskim zapisywanego jako Lahore, zaś po polsku – Lahaur. Wydaje się bowiem, że spolszczenie to nastąpiło poprzez język hindi, w którym zresztą dyftong „au” nigdy nie jest wymawiany jako ‘au’, tylko jako długie ‘o’. W zapisie urdu sporna głoska zapisywana jest literą ‘vāv oznaczającą w wersji samogłoskowej ‘o’ lub długie ‘u’. Jakim sposobem ktoś tę literę spolszczył jako au, gdzie ktoś usłyszał taką wersję? Nie wiem. Ale z pewnością nie jest to poprawne spolszczenie (powinno ono brzmieć: Lahor). Przy okazji spolszczania owej nazwy na stronie 63 niepoprawnie przytoczony został tytuł artykułu A. Hamida (dla porównania - artykuł znajduje się tutaj http://www.dailytimes.com.pk/default.asp?page=2006�423story_23-4-2006_pg7_24)

Owa sporna głoska na stronie 36 jest za to w swojej poprawnej wersji. Mam na myśli słowo ‘chokidar’ – chociaż w tym wypadku wyraz ten nie oznacza, jak podano, służącej, co czyni tym samym przypis błędem. A przecież rola tłumacza to nie tylko maszynowy przekład, ale ewentualne poprawienie lub wyjaśnienie podanych informacji; tłumaczka czyni to np. na stronie 113-114, dbając o to, byśmy wychwycili ukrytą w tekście ironię; innych błędów nie poprawia ani ona, ani np. korektorka).

Przy okazji więc zastanowiło mnie, czemu służą w tej książce przypisy, których podstawowym zadaniem jest wyjaśnić nieznany/fachowy termin, skomentować, odnieść do literatury itd. Jednym słowem pomóc zrozumieć. Nie dotyczy to zaś niektórych przypisów w książce (nawet jeśli błędy zostały popełnione przez autorkę, tłumacz/redaktor/korektor ma prawo, a nawet obowiązek je poprawić). Na stronie 66 wyrażenie ‘desi style’ wyjaśnione jest jako ‘styl kraju, czyli Pakistanu’, a to nie do końca prawda, bo rzeczywiście dosłownie rozumiany „styl krajowy’ oznacza coś w rodzaju stylu lokalnego, który można odnieść do każdego kraju, nie tylko Pakistanu. Na stronie 33 w przypisie 5 tłumaczy się nam w zawiły sposób, że „w Pakistanie święty miesiąc ramadanu, w ciągu którego obowiązuje post, ogłasza się ramazanem”. W rzeczywistości różnica pomiędzy ramadanem a ramazanem jest czysto fonetyczna i polega tylko na innej wymowie tego rdzennie arabskiego wyrazu. Na stronie 109 danie chicken tikka pozostaje w angielskim zapisie, na stronie 85 birjani (potrawka ryżowa) z kurczakiem otrzymuje brzmienie: ‘kurczę biryani’ (pół przetłumaczone, pół po angielsku). Przyznacie, że to nie to samo, co birjani z kurczakiem.

Na stronie 7, wśród języków Pakistanu, figuruje – zamiast języka sindhi – sandhi. Termin ten zaś oznacza zmiany fonologiczne i zaczerpnięty jest z gramatyki sanskrytu. Być może to tylko literówka, ale popełniona na stronie informacyjnej może mieć poważne konsekwencje. Dziwić może także wybór zdjęcia na okładkę: dziewczynka, jadąca rowerem, ma torbę z napisami w języku hindi (Indie)...A książka opisuje Pakistan.

Wracając jeszcze do spolszczeń, konsekwentnie stosowane są tylko do nazw geograficznych. Nazwiska podane są w wersji anglojęzycznej, ale nie przeszkadza to w ich odmianie (np. strona 57 czy 113). W środowisku naukowym nie ma zgody co do tego, jak zapisywać nazwiska pochodzenia indyjskiego czy pakistańskiego, więc i ja pozostawię tę kwestię otwartą. Jednak wątpliwości budzi pozostawianie terminów obcych w zapisie angielskojęzycznym, przy zastosowaniu pochyłej czcionki niczym usprawiedliwienia. Przez to w tekście pojawiają się takie „kwiatki”, jak np. brak odmiany słowa amla, co w toku zdania wygląda dość osobliwie (str. 48); ciągłe powtarzanie niespolszczonego słowa chai (ćaj = herbata) także bez odmiany, podczas gdy ‘pashmena’ na stronie 53 otrzymuje polską końcówkę fleksyjną („…osłaniały głowę ciepłym welonem z barwnej pashmeny”). Niekiedy w tekście spotykamy używane w języku polskim słowo ‘medresa’, niekiedy – znów pochyłą czcionką – madrassa, a mowa jest o tym samym. Także szariat nie jest już kwestią tak egzotyczną, by musiało gościć w wersji angielskiej (‘sharia’).

W trakcie lektury polskiego przekładu książki zastanowiło mnie także, skąd w tekście wzięło się słowo „welon” na określenie drapowanego materiału zasłaniającego kobiecą głowę (zwanego w różnych krajach muzułmańskich czadorem, czarczafem itd.)? Polskiemu czytelnikowi welon kojarzy się raczej jednoznacznie: z ceremonią zaślubin. Czyżby to dosłowny ekwiwalent angielskiego „veil”, włożony w polski tekst bez zastanowienia? Na stronie 32 z przypisu dowiadujemy się dodatkowo, że ów welon zwany jest także dupatta. O zgrozo!

Powstaje więc pytanie, według jakiej wersji sporządzony został przekład. Sądziłam rzeczywiście, że według angielskiej, jak podano we wnętrzu książki, gdyby nie znalezione na stronie 57 'Gi gi', mające wyrażać „tak”. Słowo „tak” w urdu wymawiane jest „dźi”, więc zaczęłam przypuszczać, że tłumaczenie polskie jest jednak według wersji włoskiej (gdzie ‘g’ czytamy jako 'dź’/’dż’). W internecie nie znalazłam informacji na temat wydania angielskiego książki: na stronie oficjalnej autorki widnieją tylko dane bibliograficzne wydania oryginalnego - włoskiego. Dlaczego więc wydawnictwo jako wersję oryginalną przekładu podaje tytuł angielski, który nie istnieje? Co więc przekładała tłumaczka?

Z kilkoma fragmentami samego tekstu można by polemizować: czy w przepisie na ‘doodh patti’ (czyt.: dudh patti) - herbatę na bazie mleka i herbaty liściastej na pewno powinna pojawić się herbata w torebce (str. 66); czy przyczyną pochylonej postury kobiet w niebieskich afgańskich burkach jest na pewno chęć jeszcze większego zamaskowania kształtów ciała, a nie po prostu próba dojrzenia choćby kawałka ziemi, po której usiłują się poruszać (siatka umieszczona na wysokości twarzy jest przecież bardzo gęsta i utrudnia patrzenie pod nogi) (str. 54).

Całościowo jednak książka jest bardzo udaną próbą pokazania Pakistanu takiego, jakim on jest, w całej różnorodności. Feerii kolorów, smaków i zapachów, niejednorodności i kontrastów. Kraju, w którym kult Bin Ladena miesza się z uwielbieniem dla gwiazd filmowych czy piosenkarzy. Czyta się ją z zainteresowaniem. Jak pisze w swej recenzji na okładce Konstanty Gebert, „to (…) znakomity przykład tego, jak pisać o odległym kraju, nie wpadając w pułapkę egzotyczności, orientalnej cepeliady, pozostając wiernym złożoności i tematu, i własnej – i zakładając z szacunkiem inteligencję czytelnika”. Szkoda, że podobnego podejścia nie wykazali twórcy polskiego przekładu.

Anna Mahjar-Barducci, Pakistan Express. Jak żyć i gotować w cieniu talibów
Wydawnictwo Sic! Warszawa 2012

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.