Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

24093 miejsce

Makro i mikro w USA

USA od 7 lat stosują bezprecedensową monetarną politykę antykryzysową. Głos powszechny brak kryzysu przypisuje jej skuteczności. Odrębny, nakręceniu przez nią jego skali.

W poprzednich artykułach (http://www.wiadomosci24.pl/artykul/chinska_banka_mieszkaniowa_337471.html ; http://www.wiadomosci24.pl/artykul/krach_na_gieldzie_337469.html ) przedstawiliśmy sobie niedorzeczności zawarte w medialnych relacjach na temat mrocznych perspektyw chińskiej giełdy oraz wątpliwości dotyczące bańki na chińskim rynku nieruchomości. W kolejnych artykułach zajmiemy się wiarą w amerykański rynek.

Zarówno „przygodne” posunięcia samego USA, jak i bardziej nieuniknione systemowe perypetie tego kraju i jego relacji z Chinami, sprawiają, że kłopoty amerykańskie są znacznie wyraźniejsze niż chińskie. Zacznijmy od, bardziej ahistorycznej, biedy, której Ameryka napytała sobie sama.

Seria baniek
Historia przeoczanej jeszcze bańki na amerykańskim rynku 2015 roku sięga jeszcze lat 90-tych. Wtedy to za oceanem rozkręcaniu podlegała bańka internetowa (dot-com). Wybuchła ona zaraz po wyborze na głowę państwa nowego, nie mającego z nią nic wspólnego, prezydenta Busha. W dodatku na jej pęknięcie nałożyła się talibańska interwencja na wschodnim wybrzeżu Stanów. Toteż zamiast pozwolić jej się zapaść, nowa władza polityczna i jej poplecznicy we władzach finansowych, postanowili ją dopompować zamiast pozwolić jej całkowicie „sflaczeć”. Z jednej strony stymulowano gospodarkę fiskalnie, m.in. zwiększając wydatki, w tym militarne, z drugiej, co ważniejsze, obniżono stopy procentowe do rekordowego 1%-owego poziomu na rekordowo długi czas. To zaowocowało bańką na rynku nieruchomości i ostatnim sławetnym kryzysem. Choć ta ostatnia bańka pękła z wielkim hukiem, nadal nie był to huk choćby połowicznego „sflaczenia”. Również ona została dopompowana, i to bezprecedensowym ciśnieniem, a kolejne luzowania ilościowe oraz znów rekordowo niskie, zerowe, stopy procentowe utrzymywane przez rekordowe 7 lat napompowały w gospodarce tyle baniek, że trudno by je było tutaj wyliczać. Spośród wielu wymieńmy tylko bańkę kredytów studenckich, ponieważ stanowi ona pewne novum misalokacji zasobów znajdujących się w sferze już nie samego „zasadniczego” rynku, ale rynku idei sterowania tym wyjściowym rynkiem.

Kiedy te trzy nałożone na siebie bańki wreszcie pękną na raz, w Ameryce nie zostanie kamień na kamieniu. Chociaż należy oczywiście pamiętać, jak wiemy z poprzednich artykułów (http://www.wiadomosci24.pl/artykul/krach_na_gieldzie_337469.html ), że szkody wyrządzane przez bańkę powstają głównie w trakcie jej narastania a nie w wyniku jej wybuchu.

Ludzie jednak mają skłonność do utożsamiania boomów z pomyślnością a kryzysów z niedolą. Stąd też każdego, kto potrafi przywrócić boom przerwany przez kryzys, postrzegają jako zbawcę.

Przyszłość pracująca na rzecz teraźniejszości
Najtrywialniejsze sprostowanie tego zabobonu polegałoby na naświetleniu związku łączącego boom z powstawaniem krachu, związku polegającego na tym, że boom rozkręca się jedynie jako faworyzację krótkofalowych korzyści kosztem długofalowych strat. Takie sprostowanie nie wyklucza jednak szansy na znalezienie sposobu na innego rodzaju rozkręcenie boomu. Powinno więc zostać poszerzone uwagą o nieodzowności cechy boomu to powodującej, polegającej na lekceważeniu obecnego poziomu konsumpcji w oczekiwaniu na przyszłą, wywoływanym wirtualnym przyrostem zamożności. W trakcie boomu firmy zbyt dużo inwestują, ponieważ otrzymują od władz fałszywy sygnał w postaci zbyt taniego kredytu, fałszywie sugerującego duże społeczne oszczędności inwestycyjne, zapowiadające plany konsumpcyjne tak oszczędzającego społeczeństwa. Z kolei konsumenci zachęceni zbyt tanim kredytem zbyt dużo konsumują, amplifikując jeszcze fałszywe wrażenie prosperity. Kiedy się okaże, że firmy za dużo zainwestowały a konsumenci za dużo wydali, zarówno inwestycje jak konsumpcja muszą spaść poniżej normy tak, jak wcześniej wzrosły powyżej niej.

Zatarcie różnic alokacyjnych
Jednak również ta linia demaskacji jest niewystarczająca. Nawet jeżeli nie da się obejść warunku rozniecania boomów tylko kosztem wywoływania przyszłych kryzysów, to jeszcze nie oznacza, że należy się przejmować takim działaniem, skoro tracimy na nim tylko to, kosztem czego wcześniej coś zyskaliśmy. Przypomnijmy sobie jednak morał „historyjek gastronomicznych” z wcześniejszych artykułów (http://www.wiadomosci24.pl/artykul/krach_na_gieldzie_337469.html ). Mania na rynku powoduje nie tylko nieracjonalny wzrost papierowej wartości biznesu, lecz również wypacza relacje między jego gałęziami.

Jeżeli, w oczekiwaniu na szybszy wzrost wartości budek z piwem spowodowany jedynie szybszym wzrostem ich wartości („głupcy liczący na odsprzedaż głupcom liczącym na odsprzedaż...), budki z hot-dogami zamieniane są na budki z piwem, mimo że brakuje hamburgerów a zbywa napitków, to utrudnienia tym wywołane w postaci niedoborów i nadwyżek umykają każdej poszczególnej osobie, której majątek (papierowo) rośnie, wraz z tym wzrostem kultywując i potęgując jej nadzieję na przyszłą konsumpcję wartości tego majątku. Kiedy jednak ujawnia się pozorność owego majątku, wychodzą na jaw wszystkie konsumpcyjne wyrzeczenia, przez które przechodzono do tej pory; stają się one jedyną perspektywą na najbliższe lata, a odkręcenie struktury gospodarki za tym stojącej rysuje perspektywę kolejnych wyrzeczeń. Przesuwany kapitał i zasoby ludzkie muszą być na czas przeobrażeń nieaktywne (bezrobocie i niewykorzystane moce produkcyjne), a samo ich przesunięcie kosztuje (przeszkolenia, przebudowy).

Czemu jednak eksplozja gospodarcza powoduje takie wypaczenia w alokacji zasobów jak niedobory i nadwyżki w różnych sektorach rożnych rynków (produkcji, inwestycji, rynku pracy)? Odpowiedzią jest związek makroekonomii z mikroekonomią. Rajd gospodarczy, wywołany np. zaniżeniem stóp procentowych przez bank centralny, zaciera różnice pomiędzy dobrą a złą alokacją nie tylko zasobów materialnych, ale też siły roboczej, a nawet konsumpcji i wszystkiego innego. Jeżeli musisz pożyczyć środki przy 6%-owej stopie, dwa razy zastanowisz się nad różnicą między interesem, który zwróci Ci 8%, a tym, który zwróci Ci 7%, rozważając, czy aby nie mylisz pierwszego z drugim, bo ta dwukrotna różnica będzie dla Ciebie gardłowa. Gdy jednak stopa procentowa wynosi 0, różnica między obiema inwestycjami spada do jednej ósmej. W dodatku na wiarygodność różnicy między wysokościami potencjalnych zwrotów z inwestycji w różne projekty ma wpływ również ostrość różnic między potencjalnymi kooperantami tych projektów, która jest przecież tak samo zacierana przez to zaniżenie stopy procentowej. Nawet gdybyś sam mógł zmusić się rozróżniać inwestycje przynoszące 7 i 8% zysków tak samo jak te przynoszące 1% (7%-6%) i 2% (8%-6%) zysków; to jednak w momencie zaniżenia stóp procentowych firmy, w które inwestujesz, też tracą ostrość między swoimi kontrahentami, dostawcami, podwykonawcami, klientami – przy niskiej stopie każdy z nich stara się inwestować tani pieniądz jak najszybciej a nie jak najdokładniej. Zaniżenie stóp procentowych można porównać do sytuacji, w której między ciężarem 100 gramowym a 200 gramowym miałoby się rozróżnić podnosząc ciężar 10,1 kilogramowy i 10,2 kilogramowy.

Teraz możemy już sprecyzować wyjaśnienie, czemu ludzie mylą się, hołubiąc boomy a przeklinając kryzysy. Kryzys jest właśnie czasem wzmożonej czujności pod względem alokacji zasobów, boom natomiast rozpasanej lekkomyślności pod jej względem. To co „dobre, piękne i prawdziwe” powstaje podczas kryzysów, podczas gdy korzystamy z tego podczas boomów. Stąd wolimy te drugie niż te pierwsze. Jednak niesłusznie. Kryzysy są lekarstwem na boomy. Boomy natomiast, jeśli są nie wynikiem odkryć nowych złóż surowców bądź eksplozji wynalazczości, lecz są sztucznie napędzone, stanowią problemem i są przyczyną kryzysów.

Cybernetyka makro- i mikroekonomii
Makroekonomia to kompozycja pewnego zestawu zagregowanych wielkości związanych ze sobą sprzężeniami zwrotnymi utrzymującymi całość w równowadze ogólnej. Makroekonomia łączy na przykład w pewien cykl ludzi (gospodarstwa domowe) i przedsiębiorstwa, w którym to cyklu jednostki, jako pracownicy, oszczędzający czy inwestorzy, sprzedają przedsiębiorstwom usługi pracy i kapitału, natomiast przedsiębiorstwa wynagradzają je za ową pracę i kapitał; z kolei przy pomocy owej pracy i kapitału wytwarzając produkty i usługi, które jednostki nabywają jako konsumenci, wydatkując na nie wspomniane wyżej wynagrodzenia. Zagadnieniami, jakie porusza makroekonomia są na przykład pytania o optymalność czy cykliczność równowagi ogólnej. Do tego zagadnienia makroekonomicznego odnosił się poruszony przez nas wyżej związek między boomami a krachami, polegający na symetrii między nimi, sprawiającej, że nie sposób bardziej pobudzić boomu niż wywołać krachu; rozstrzygał więc je w następujący sposób: równowagę ogólną cechuje cykliczna optymalność, a angażowanie się w tę cykliczność może ją tylko amplifikować.

Mikroekonomia to podobna konfiguracja multum składających się na poszczególne z wielkości makroekonomicznych czynników, również związanych ze sobą sprzężeniami zwrotnymi. Mikroekonomia zajmuje się na przykład krzywymi obojętności poszczególnych konsumentów dla różnych proporcji dwóch rodzajów dóbr, czy jednakowością preferencji poszczególnych producentów dla różnych proporcji czynników produkcji, różnych proporcji odmiennych surowców, czy różnych proporcji tworzonych etatów.

Mikroekonomia jako jedna w wielkości makroekonomii
Ponieważ makroekonomia stanowi wyżej opisany system sprzężeń zwrotnych, jasnym jest, czemu odciągnięcie jednej z jej wielkości od poziomu równowagi, musi nie tylko zakończyć się powrotem tego systemu na miejsce (na tym polega equilibrium), ale musi też doprowadzić do zaburzenia innego czynnika, którego zaburzenie i powrót do równowagi (jeżeli zaburzenie pierwszego ma dać jakiś niezniwelowany od razu efekt) musi być wolniejsze bądź opóźnione w stosunku do tamtego. A zatem, ponieważ makroekonomia stanowi wyżej opisany system sprzężeń zwrotnych, jasnym jest, czemu każdemu wywołanemu efektowi musi dać przeciwny mu efekt w późniejszym czasie. Ten fakt lekceważą keynesiści, zawsze próbując podrasować równowagę ogólną, korzystając z temporalnych poślizgów. Na przykład (jeśli nie popaść w absurd i nie zaprzeczać, że całość posiadanego wytworzonego w poprzednim okresie czasu dochodu można albo skonsumować albo zainwestować), pobudzając wydatki konsumpcyjne, da się pobudzić inwestycje tylko na koszt niezainwestowanych oszczędności (drenując je z kieszeni podatników), a więc środków, które zostały świadomie niewykorzystane w oczekiwaniu na przyszłe lepsze możliwości inwestycji lub konsumpcji. Nie może zatem dziwić, że po inwestycyjnym boomie dopingowanym tymi wydatkami, przychodzi kryzys konsumpcji i inwestycji.

Ważniejszym niż powyższe -czysto makroekonomiczne- wyjaśnieniem sukcesji boomów i kryzysów jest jednak wyjaśnienie całościowo-ekonomiczne – realizacja makroekonomicznego przebiegu tej sukcesji przez procesy mikroekonomiczne. Załóżmy bowiem nawet, że wytrącenie ze stanu równowagi danej wielkość zdąży jeszcze przed homologiczną reakcją innej wielkości wywołać taki efekt, który uczyni przeciwny do niego efekt tej reakcji efektem mniej wyraźnym. Nawet przy takim założeniu mogłoby się to odbyć tylko dzięki opóźnieniom między pojawieniem się tych efektów, za któreż to opóźnienie odpowiada różnica tempa powrotu do równowagi obu tych wielkości. A więc kosztem tego, co stoi za tymi powrotami do równowagi. Jeśliby na przykład keynesiści faktycznie, pobudzając konsumpcję, tak rozgrzali gospodarkę, że jej teraźniejszy przyrost przyćmiewałby przyszły krach (np. zwiększając konsumpcję o tak duży wkład z oszczędności, które miały być skonsumowane w kolejnym okresie, że przyspieszone tempo wzrostu PKB podwoiło ów PKB w tym okresie, to w warunkach podwojonego PKB spadek planowanej konsumpcji o ów wkład byłby dwa razy mniej dotkliwy), to ponieważ musiałoby się to odbyć kosztem poślizgu między wydatkami a zarobkami w tempie ich odchylania i powrotu do równowagi, musiałoby się odbić na tym, co za ten poślizg odpowiada, czyli alokacji.

Na przykład za utrzymanie w stanie równowagi inwestycji odpowiada stopień precyzji dokonywanej przez firmy alokacji (środków, pracy itd.) i prędkość cyrkulacji firm na rynku, zatem to ona musi ucierpieć na rozkręcaniu gospodarki poprzez napędzanie tych inwestycji (np. konsumpcją z oszczędności). Przesada inwestycyjna wzmacnia znaczenie różnic w konkurencyjności między firmami, zwiększając relatywną łatwość dobrych firm w porównaniu ze złymi zwiększenia swoich dochodów poprzez poświęcenie wysokości ceny na rzecz wielkości obrotu (stąd deflacja) i wygryzienia tych drugich z rynku; niedobór inwestycji zmniejsza znaczenie tych różnic spowalniając cyrkulację firm, czyli tempo zastępowania gorszych lepszymi. Zatem tym, co trzeba przezwyciężyć odchylając od równowagi inwestycje jest precyzja dokonywanej przez firmy alokacji. Sztuczne napędzenie inwestycji rozdmuchaną (z poświęceniem oszczędności) konsumpcją, możliwe dzięki opóźnieniu wzrostu płac w stosunku do tej konsumpcji, odbywa się więc kosztem precyzji alokacji dokonywanej przez firmy i tempa selekcji samych firm. A zatem ostatecznie kosztem ich jakości. Co już wyżej opisaliśmy: jako zanik różnicy między odmiennymi inwestycjami w warunkach zaniżonej stopy procentowej.

Zatem korzystając z uprzedniości pobudzenia gospodarczego w stosunku do jego spowolnienia, owszem da się uwydatnić rozmiar posiadanych środków (ich przyszły niedobór nie będzie tak dotkliwy jak obecny nadmiar będzie korzystny), ale tylko kosztem precyzji ich alokacji, co w sumie w najlepszym (idealistycznym) przypadku wyprowadzi nas na zero.

Nawet wygładzanie naturalnie powstających (w konsekwencji zjawisk pogodowych, odkryć geologicznych itp.) boomów i krachów -pierwotny zamysł keynesizmu- jest szkodliwe, przyspieszając bowiem cyrkulację firm w trakcie naturalnego boomu, gdy potrzebna jest wolniejsza, i zwalniając w trakcie naturalnego spowolnienia, gdy potrzebna jest szybsza, owszem stabilizuje wzrost gospodarczy (a za nim zatrudnienie, płace itd.), ale opłacając tę stabilizację jego wysokością (niczym w analizie portfelowej Markowitza).

Równoważność monetarnych stymulantów
Na mocy powyższych wyjaśnień dodruk pieniądza i zaniżanie stóp procentowych zlewają się w jedność, która tłumaczy również inercyjność inflacji. Tym, co sprawia nieantycypowana inflacja, jest zatarcie różnic między dobrymi a złymi inwestycjami (zakupami, zatrudnieniem itd.). W reakcji na jej wystąpienie rynek natychmiast uwzględnia jej nową wysokość w transakcjach, zarobkach, pożyczkach itd. i zostawia ją na tym poziomie, który jest dla niego (chwilowo) optymalny, gdyż nikomu nie opłaca się samotnie łamać nowej konwencji (choć wszystkim opłaciłoby się to, gdyby złamali ją wszyscy, zachowując się tak, jakby inflacja była zerowa, przez co do takiego poziomu by wróciła). Aby nadal pobudzać rynek inflacją, trzeba nadal zaskakiwać go nieantycypowanym przez niego jej tylużsamokrotnym wzrostem, co musi wprawić ją w akcelerację wykładniczą.

Siła pobudzenia inflacyjnego ma się do siły pobudzenia stopami procentowymi tak, że aby pobudzić gospodarkę podobnie do danego zaniżenia stóp, dodruk pieniądza przypadający na okres odkrywania przez rynek nowego poziomu inflacji musi być tak duży, by tak samo wypaczać relacje cen, wynagrodzeń itd. jak dany spadek stopy procentowej. Spadek stopy procentowej z 5% do 0% jest więc równoznaczny 5% przyrostowi ilości pieniądza w okresie, w którym rynek jest w stanie co do tego przyrostu się zorientować. Gdyby np. rynek podążał za inflacją co rok, to 7 lat zerowych stóp procentowych byłoby równoważne doprowadzeniu inflacji do poziomu 41%.

Otóż stopy procentowe w USA pozostają na poziomie 0 właśnie 7 lat... Zatem szkody wyrządzone w ten sposób gospodarce amerykańskiej powinny być podobne do szkód wywołanych rozkręceniem takiej inflacji.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.