Okazuje się, że walka o prawa zwierząt to dla wielu ludzi sprawa błaha. Robienie czegokolwiek w tym kierunku to przesada. Tymczasem ignorowanie tego problemu przypomina skupianie się jedynie na czubku własnego nosa. Dlaczego?
- Do takiej sytuacji tylko jedna rzecz się stosuje - zaostrzenie kar, w tym znaczne zaostrzenie kar finansowych. Oraz, być może - gdyby był system identyfikacji zwierząt przy pomocy czipowania, to by może można było dojść do tego, czyj to pies. Chociaż sądząc z widoku (mowa o przypadku spod Skierniewic – przyp. red.), to by tego czipa żywemu jeszcze psu wyrżnął nożem. – wyjaśnia Wojciech Lindenberg. – W ustawie postulujemy natomiast ograniczenia tzw. pseudohodowli, które są jednym z podstawowych źródeł nowych psów w Polsce: wystarczy obejrzeć aukcje na Allegro. – dodaje.
Jaki jest zatem cel organizowania takich marszów, jak ten, który ma odbyć się w niedzielę w Skierniewicach? Nie nagłośnić sprawę tego jednego bestialskiego czynu, ale raczej pokazanie dużej skali problemu, jakim jest maltretowanie zwierząt. A co za tym idzie, walka o zmiany w ustawie o ochronie zwierząt, a konkretniej o podniesienie kar oraz wprowadzenie powszechnej sterylizacji.
Tani sentymentalizm? Dla niektórych zwierzę to aż zwierzę. Czy walka o jego prawa oznacza, że komuś poprzestawiały się wartości? Moim zdaniem nie. Na szczęście, nie jestem w tym względzie odosobniona. Osoba, która kocha zwierzęta, pomaga im w różnoraki sposób – jako wolontariusz w schronisku, członek Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, może nawet dziennikarz piszący o znęcaniu się nad czworonogami? Czy im wszystkim pomieszało się w głowach? W takim razie preferuję takie przewartościowanie, a co mi tam!