Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

8169 miejsce

Mam dyplom uczelni, która przestała istnieć

W tym roku może dojść do zamykania uczelni z powodu braku chętnych. Co w przyszłości będą mówić pracodawcom ich absolwenci? Mam dyplom nieistniejącej uczelni? Jak kandydaci na studia mogą rozpoznać potencjalnych bankrutów?

fot. Karina Trojak / Dziennik ZachodniW powszechnym mniemaniu, uczelnię wybiera się na wiosnę, najpóźniej przed końcem czerwca, gdy składa się dokumenty do państwowych wyższych uczelni.  W rzeczywistości dokonywane wtedy wybory dotyczą niewiele ponad połowy studentów – tych którzy dostaną się na bezpłatne studia państwowe lub zdecydują się zapłacić za wymarzony kierunek, na który nie zdali. Pozostałe 45 % studentów wybiera swoją uczelnię we wrześniu. Do nich przede wszystkim adresowany jest ten tekst.

Zaczynający się właśnie nabór powinien być przełomowy

Liczba maturzystów spada coraz bardziej, liczba uczelni i wydziałów ciągle rośnie. W tym roku przynajmniej w niektórych ośrodkach te krzywe powinny się przeciąć. Mówiąc po ludzku: w tym roku po raz pierwszy może dojść do zamykania uczelni z powodu braku chętnych. Dla studentów największym niebezpieczeństwem jest upadłość szkoły i to nawet nie w trakcie studiów, ale w jakiś czas po jej ukończeniu. Co będą mogli odpowiedzieć w przyszłości jej absolwenci? Mam dyplom nieistniejącej uczelni? Jak mi wydawali dyplom, to jeszcze mieli prawo to zrobić?

Ktoś bardziej zorientowany w prawie, powie: Przecież w "Prawie upadłościowym i naprawczym” w artykule 6. wyraźnie jest napisane, że nie można ogłosić upadłości uczelni. Otóż ustawodawca zadziałał w tym przypadku jak rosyjski polityk: chciał dobrze, a wyszło jak zawsze. Nie trudno domyślić się, że ustawodawca chciał uchronić studentów przed wstrząsem, jakim byłoby przerwanie zajęć w połowie semestru, przez komorników ogłaszających licytację mebli, tablicy i kredy. Tymczasem studenci najmniej potrzebują opieki. Konkurencja rynkowa powoduje, że nikt nie zostanie na lodzie. Natychmiast znajdą się uczelnie, gotowe przyjąć nieszczęsnych studentów i ich czesne, fot. Karina Trojak / Dziennik Zachodninawet rezygnując z wpisowego. A jeśli programy obu uczelni są całkowicie różne? W czym problem? Otworzy się nowy wydział, z programem identycznym jak u bankruta!

Niemożność upadłości uczelni jest za to zachętą dla nierzetelnych władz uczelni

Prawo upadłościowe chroni wierzycieli, zmuszając zarządy podmiotów gospodarczych do szybkiego zgłaszania upadłości. Zwłoka w tej dziedzinie grozi odpowiedzialnością cywilną (czyli zabraniem prywatnego majątku na spłatę długów przedsiębiorstwa) i karną. Zapis w prawie upadłościowym pozwoli rektorowi, prorektorom i dziekanom brać co miesiąc piętnaście albo pięćdziesiąt tysięcy miesięcznej pensji, a potem powiedzieć: „Nie jestem biznesmenem. Jestem tylko prostym profesorem zarządzania/marketingu/finansów. Skąd mogłem wiedzieć, że uczelnia upada, a ja biorę nie swoje pieniądze?”

W sumie sytuacja uczelni z punktu widzenia prawa upadłościowego,  przypomina sytuację wycierucha z Gombrowicza, którą „Król do godności dziewicy podniósł”. Bez pomieszczeń, mebli i wykładowców zajęć, w podniesionej do godności „nieupadłej” uczelni, zajęć nie da się prowadzić.

Jak kandydaci na studia mogą rozpoznać przyszłego bankruta?

Badania marketingowe (czyli ankiety wśród studentów) pokazują, że ponad 95% kandydatów, przed wyborem konkretnej uczelni, zasięga opinii osób na niej wcześniej studiujących. O co powinni pytać studenci, żeby uchronić się przed potencjalnym bankrutem?

  Czy uczelnia ma coraz więcej studentów, czy coraz mniej? Bezpieczna uczelnia to taka, która sale wykładowe ma zapełnione. Najbezpieczniej jest tam, gdzie zjazdy studentów zaocznych odbywają się co tydzień, z braku pomieszczeń.

  Czy uczelnia ma coraz więcej wykładowców czy coraz mniej? Czy całkowicie różnych przedmiotów (np. socjologii i matematyki) nie prowadzą te same osoby?

  Czy uczelnia ma własny majątek, a zwłaszcza budynki, czy też prowadzi zajęcia w wynajętych pomieszczeniach. Czy utrzymuje budynek samodzielnie, czy podnajmuje go niezbyt prestiżowym instytucjom i przedsiębiorstwom? Jeśli uczelnia wynajmuje część pomieszczeń partii politycznej reprezentowanej w parlamencie lub bogatej organizacji gospodarczej – pewnie wie co robi. Jeśli szkole podstawowej – raczej nie czyni tego dla podniesienia prestiżu.

  Czy uczelnia ma jeden wydział czy kilka? Popularność kierunków wśród studentów zmienia się. Raz jest to zarządzanie, raz informatyka, kiedy indziej turystyka lub socjologia. Uczelnia która stoi „na kilku nogach” ma mniejsze szanse upaść.

  Czy uczelnia w ogóle prowadzi studia dzienne? Każda uczelnia prywatna ma dużo więcej studentów zaocznych, bo młodych ludzi którzy muszą zarobić na płatne studia, jest więcej niż mających bogatych rodziców (kochanków itp.). Jeśli jednak uczelnia oszczędza na prowadzeniu studiów dziennych, to nawet jeśli nie leży – stoi już na ostatnich nogach.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby wywieszanie w ogólnodostępnym miejscu bilansu uczelni. Osoba mająca prawdziwą (a nawet wydaną przez wicepremiera Giertycha) maturę, powinna bez trudności wyczytać z niego, jakim majątkiem dysponuje uczelnia, a zwłaszcza ile długów i u kogo (w bankach, u dostawców, u pracowników) miała na koniec ostatniego roku obrachunkowego. Co prawda bilansów nie wywieszają hurtownie i koncerny samochodowe, ale ich klientów chroni prawo – tam ukrywanie upadłości jest karalne!

Autor jest doktorem zarządzania. Przez kilkanascie lat prowadzi zajęcia na warszawskich wyższych uczelniach. Najdłużej - 8 lat pracował na Wydziale Zarzadzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Wyjątkowo interesujący temat, w swietle coraz częściej zdarzających się likwidacji uczelni, należałoby, zgodnie z intencją autora podawać takie dane przekrojowe o przyszłej uczelni. I uczulić młodzież, na możliwe warianty istnienia/upadku uczelni. Sam temat mógłby stanowic bazę do szerszych opracowań o obliczu naszego szkolnictwa. Dobry temat na licencjat lub magisterium.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zgadzam się z "korczakiem 113". Główny problem to jakość studentów (i absolwentów) wielu uczelni prywatnych. Jako wykładowca na uczelni państwowej i prywatnej a także mając pośredni kontakt z uczelniami prywatnymi od kilku lat odserwuję "dołowanie" poziomu uczelni prywatnych. Dla wielu (wiekszości?) studentów uczelni prywatnych kryterium jakości uczelni jest wysokość czesnego i łatwość uzyskania dyplomu - lepsza jest ta, gdzie czesne jest niższe a egzaminy łatwiej zaliczyć i pracę licencjacką/magisterską (przepisaną we fragmentach lub w całości) obronić. Wiedza, jaką dostarcza uczelnia, pozycja w rankingu uczelni, mają znaczenie marginalne. Dla mnie było zadziwiające, że studenci nie chodzą na wykłady, za które przecież płacą, natomiast studenci uczelni państwowej chętniej chodzą na wykłady mimo, że za nie nie płacą. Zdaje się, że następuje polaryzacja wśród studentów - jedni chcą zdobyć wiedzę i dyplom starając się na dyplom zapracować, inni chcą jakiegokolwiek dyplomu i uważają, że płacenie czesnego w zupełności wystarcza a chodzenie na wykłady i pisanie oryginalnej pracy to zbędna uciążliwość. Uczelnie (część?, większość?) prywatne zdają się wychodzić na przeciw takim zapotrzebowaniom i dostosuowują podaż wiedzy do popytu na nią. Mam w związku z tym propozycję wprowadzenia nowego typu dyplomu: "za regularne płacenie czesnego". Na dyplomie byłoby zaznaczone, że wydaje się go za regularne płacenie czesnego i że w świetle prawa jest równoważny z "normalnym" dyplomem. Oszczędziloby to kłopotów studentom, wykladowcom i uczelni (znikłby problem z salami, terminami zajęć itd). Pozdrawiam Edka.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Całkowicie sięzgadzam z opinią Korczaka113. i moim zdaniem braki w wykształceniu najbardziej niebezpieczne są wsród absolwentów prywatnych uczelni technicznych. Uważam że skandalicznym jest wydawanie na świat inżynierów z wybrakowaną wiedzą gdyż może sięto zakończyć tylko katastrofą. Ale martwii mnie jeszcze inna sprawa-zróżnicowanie poziomu nawet na państwowych uczelniach pomiędzy studiami dziennymi, wieczorowymi i zaocznymi. To że ktoś studiuje wieczorowo czy zaocznie nie może go zwalniać z obowiązku przyswojenia niezbędnej wiedzy więc poziom powinien być identyczny. Skandalem jest to że studenci którzy nie poradzili sobie na pierwszym roku budownictwa na politechnice Warszawskiej mają stypendia np na sggw-różnica w programie jest kolosalna. Więc jak to jest możliwe żeby inżynierem został ktoś bez podstawowej wiedzy technicznej??

Komentarz został ukrytyrozwiń

Poważny problem. Od kilkunastu lat wyraźnie obserwowany jest w Polsce wzrost zainteresowania zdobywanie wyższego wykształcenia. Dotyczy to w równym stopniu osób młodych, jak i tych w wieku średnim. Zmiany systemowe jakie dokonały się po 1989 roku w Polsce oraz zmiany gwałtownie zachodzące we współczesnym świecie wymuszają niejako obowiązek uzyskania jak najlepszego wykształcenia, jak największej wiedzy. Szkolnictwo przeżywa w Polsce problemy od zawsze. Wspomnę tylko nieszczęsne punkty za pochodzenie społeczne, które w wielu przypadkach promowały "ćwierć-intelektualistów", eliminując osoby zdolne. Szkoły wyższe, po otrzymaniu w 1990 r. autonomii, mimo znacznie obniżonych nakładów budżetowych oraz utraty wsparcia ze strony przemysłu, rozpoczęły samodzielne zarządzanie dostępnymi środkami, wykorzystując wszelkie istniejące wówczas rezerwy. Dzięki temu były w stanie w ciągu kilku lat ponad dwukrotnie zwiększyć liczbę studentów. Przyczyną obniżenia dotacji budżetowej na szkolnictwo wyższe był nie tylko przejściowy (1990-1992) spadek wartości produktu krajowego brutto (PKB), ale przede wszystkim świadome decyzje kolejnych rządów poszukujących środków na ratowanie działów gospodarki niezdolnych do przystosowania się do nowych wymogów ekonomicznych. Takie działania kolejnych rządów uznać należy za barbarzyństwo wobec przyszłości narodu. Oszczędzanie na edukacji zawsze prowadzi do tragedii narodowych. Za marnotrastwo potencjału intelektualnego Polaków uznać trzeba też niestety świadomą działalność kadry naukowej prywatnych uczelni. Obaj od lat, drogi Edku mamy do czynienia ze studentami prywatnych uczelni. Obaj, wiemy z kim mamy do czynienia. Przykład studenta ostatniego roku, który pytał mnie kto napisał pracę pod tytułem ibidem jest znamienny. Wydaje mi się, że ogromna liczba ludzi ze statusem wyższego wykształcenia wzięła się z prostego powodu, którym był wybór uczelni, na której można było kupić dyplom. Smutne jest to, że takie uczelnie cieszą się dużym powodzeniem, zatem i ich kondycja finansowa nie prorokuje bankructwa. Problemem w Polsce nie jest zbyt wielka liczba uczelni i kłopot polegający na wyborze odpowiedniej. Problem tkwi w "jakości" absolwentów tych uczelni.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.