Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

2085 miejsce

„Mam na imię Lucy” - Elizabeth Strout (recenzja)

„Mam na imię Lucy” to powieść reklamowana przez wydawcę, jako: „zachwycająco prosta i powściągliwa”. To prawda. Dodam od siebie, że również bardzo wzruszająca, która zmusiła mnie do zastanowienia nad własnym życiem, przeszłością.

Greg Mollica - projekt okładki / Fot. Greg MollicaLucy Barton – główna bohaterka książki przeszła w nowojorskiej klinice operację usunięcia wyrostka robaczkowego, po której pojawiły się komplikacje, z tego powodu spędziła w szpitalu dziewięć tygodni. I właśnie to wydarzenie jest osią wszystkich opisanych sytuacji.

Traumatyczna przeszłość

Główna bohaterka jest pisarką, mężatką, matką dwóch córek, kobietą, która osiągnęła życiowy sukces. W przeszłość było jednak inaczej. To wspomnienia powodują, że cały czas czuje się gorsza, wewnętrznie wykluczona, odstająca od innych ludzi.

Lucy - córka bezrobotnej matki, która dorywczo zajmowała się szyciem i wiecznie poszukującego pracy ojca, całe dzieciństwo i okres dorastania spędziła na głębokiej prowincji Illinois. Do jedenastego roku życia mieszkała z rodzicami i dwójką rodzeństwa w garażu a później w domu bez wygód. Dzieciństwo kojarzy się jej z biedą oraz przejmującym zimnem, dlatego w dojrzałym życiu tak bardzo nie cierpi chłodu. Dzięki sympatii woźnego, który po lekcjach wpuszczał ją do szkoły, mogła w nagrzanej klasie odrabiać zadania domowe.

Główna bohaterka zaznała w dzieciństwie głodu. Zdarzało się, że wyciągała resztki jedzenia ze śmietnika. Nosiła zniszczoną odzież. Doświadczyła także przemocy ze strony ojca i matki. Lucy bardzo boleśnie odczuła brak akceptacji ze strony rówieśników. Wstydziła się swojego życia.

Kobiecie udało się przejść przez ten trudny okres dzięki miłości do książek. Już w dzieciństwie postanowiła: „Będę pisać i ludzie nie będą się czuli tacy samotni.” To kolejny dowód na potęgę i moc oddziaływania literatury, której i ja doświadczam każdego dnia…

Trudna relacja matki i córki

W szpitalu odwiedza główną bohaterkę jej matka, z którą od dawna nie miała kontaktu. Rodzicielka spędza przy łóżku córki pięć dni. Kobietom towarzyszy cały czas skrępowanie. Poruszają praktycznie same bezpieczne tematy. Matka opowiada o wydarzeniach z życia sąsiadów, jednak przedstawiane fakty kobiety interpretują zupełnie inaczej. O przeszłości rozmawiają niewiele. Unikają tematu dotyczącego ich wzajemnych relacji. Matka zadaje bardzo mało pytań, tak jakby życie córki jej nie interesowało. Czy to możliwe? Rodzicielka nigdy nie powiedziała Lucy, że ją kocha. Czy zdobędzie się na to wyznanie w szpitalu?

Z pozoru błahe rozmowy, z gatunku tych o wszystkim i o niczym, pomagają kobietom w przełamaniu oddzielającego je muru…
Czy Lucy wybaczy matce i czy faktycznie jest to książka o wybaczaniu? A może bardziej o zrozumieniu tego, co się wydarzyło w przeszłości? Wiedza ta jest, według mnie, niezbędna do dalszej egzystencji.

Elizabeth Strout w jednym z wywiadów powiedziała:, „Aby pozbyć się wstydu, trzeba podjąć świadomą decyzję. Nie, nie będę się wstydził swojego pochodzenia, bo nie miałem na nie wpływu. Nie będę się wstydził rodziców ani znajomych z dawnych lat, bo są częścią mojego życia. Wtedy możemy przestać reagować na świat urazowo i stajemy się wolnymi ludźmi.”*

Książka to nie tylko wspomnienia głównej bohaterki oraz opis jej relacji z matką. Lucy poddaje analizie kontakty z pozostałymi członkami rodziny, znajomymi. Przybliża etapy pracy twórczej. W każdej z opisanych sytuacji widać wyraźnie, że pisarka nie wyzwoliła się tak do końca z demonów przeszłości.

Zamiast zakończenia

Książka została napisana prostym językiem, szybko się ją czyta. Nie zawiera przeintelektualizowanych treści, chociaż dotyczy trudnych spraw natury egzystencjonalnej.

Elizabeth Strout pozostawia w powieści dużo „wolnej, niezagospodarowanej przestrzeni„ w ten sposób zachęca czytelnika do wyciągania samodzielnych wniosków.

Niezbyt często pojawiają się na rynku wydawniczym książki, od których nie można się oderwać. Powieść: "Mam na imię Lucy" zaliczam właśnie do takich. W trakcie czytania można się w niej całkowicie zatracić. To ten rodzaj literatury, która zawsze „pozostawia w moim wnętrzu swój ślad.”

Książka zmusiła mnie (to adekwatne określenie) do rozmyślań nad własnym życiem, przeszłością.

Elizabeth Strout jest autorką nagrodzonej Pulitzerem powieści: "Olive Kitteridge", przeniesionej na ekran w serialu HBO. Napisała także: "Nie odstępuj ode mnie" oraz "Amy and Isabelle". Jej opowiadania publikuje wiele czasopism, w tym New Yorker.

*http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,139990,20559289,im-bardziej-ludzie-sie-starzeja-tym-wiecej-mysla-o-dziecinstwie.html?disableRedirects=true


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Książki dotyczące relacji międzyludzkich są najciekawsze.

Komentarz został ukrytyrozwiń

" Mam na imię Lucy"- ogłoszona najlepszą książką roku 2016 przez Magazyn Książki.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jakże rzadko zdarzają się nietoksyczne relacje rodzinne. Nie wszystko można wyjaśnić, przebaczyć, wyprostować.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Interesująca recenzja, z pewnością warto sięgnąć też po książkę.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.