Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

20769 miejsce

"Mam w dupie małe miasteczka" - jak działała cenzura w PRL-u

Dzisiaj trwa debata o wyższości Sienkiewicza nad Gombrowiczem. 30 lat temu na RES-ie był nie tylko Herling-Grudziński, ale czasami nawet Wojaczek i Bursa. Czym był GUKPPiW? Jaką logiką kierowali się cenzorzy, a jaką poloniści?

Nasz spektakl "Co jest i co nigdy nie może się zdarzyć", na który zgodziła się cenzura / Fot. Marek CiesielczykOkres późnego Gierka, czyli druga połowa lat 70. to nie tylko ocet na półkach, ale także funkcjonowanie kultury jako pewnego rodzaju wentyla bezpieczeństwa. Reżim z jednej strony pałował robotników w Radomiu i Ursusie, z drugiej pozwalał niektórym wyjechać na Zachód, wydać "kontrowersyjną" książkę czy wystawić "odważną" sztukę. Tak czy tak funkcjonował tak zwany drugi obieg, więc PRL-owscy komuniści przymykali czasami oko na jakieś treści nie do końca zgodne z filozofią Marksa i Engelsa.

Oprócz podziemnej działalności, o której tu już wspominałem, prowadziliśmy w czasach studenckich (tak długo, jak długo na to zezwalała cenzura) teatr studencki. Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (GUKPPiW, czyli cenzura PRL-owska) kontrolował - jak sama nazwa wskazuje - nie tylko publikacje (gazety, książki, broszury, podręczniki etc.), ale także sztuki teatralne i widowiska (np. cyrkowe). By wystawić jakąś spektakl "legalnie", czyli na oficjalnie funkcjonującej scenie, musieliśmy dostarczyć do GUKPPiW scenariusz sztuki teatralnej. Problem w naszym przypadku polegał na tym, że mimo, iż nie chcieliśmy bynajmniej wystawiać spektaklu jawnie antysocjalistycznego, zawierał on elementy happeningu, których nie można było opisać precyzyjnie w scenariuszu.

cenzura zgodziła się także na reklamę naszego spektaklu / Fot. Marek CiesielczykJako że cenzorzy, z którymi przyszło nam "targować się" o każde słowo w scenariuszu, nie byli intelektualistami, rozmowy trwały długo.Np. w spektaklu, który nosił tytuł "Co jest i co nigdy nie może się zdarzyć" (równocześnie tytuł utworu muzycznego) już to wywołało podejrzliwość cenzora. "A co niby u nas jest, co nie może się zdarzyć?" - pytał urzędnik GUKPPiW. W naszym spektaklu używaliśmy muzyki King Crimson i Pink Floyd. Gdybyśmy przyszli z czymś takim do cenzora w okresie "dyktatury ciemniaków", czyli za panowania Gomułki, moglibyśmy mieć problemy z uzyskaniem stosownej pieczątki urzędu cenzury. Za późnego Gierka muzyka tego typu była już na szczęście obecna w polskim radio.

Ale już poezja Andrzeja Bursy czy Rafała Wojaczka spotkała się ze sprzeciwem cenzora. "Mam w dupie małe miasteczka, mam w dupie małe miasteczka...." - dlaczego ten autor nie lubi małych miejscowości i dlaczego powtarza to w kółko? - pytał zirytowany urzędnik. "Dzieci są milsze od dorosłych, zwierzęta są milsze od dzieci, wolę pantofelka od ciebie sk....u".

"No wie pan, jak można używać taki słów? To wulgarne. co to ma znaczyć, że ktoś woli pantofelka? Jakiego pantofelka?" - swego wzburzenia nie mógł ukryć cenzor. Dopiero gdy udowodniłem mu, że ani Wojaczek, ani Bursa nie są na RES-ie (od restrykcji, czyli w zbiorze dzieł objętych zakazem rozpowszechniania), zgodził się przybić pieczątkę na scenariuszu.

Zanim to zrobił, pytał mnie podejrzliwie o udział w spektaklu ludzi starszych, mieszkańców domu spokojnej starości, którzy - w ramach swego rodzaju happeningowej części spektaklu - mogli na scenie mówić, co chcieli. W końcu dał się przekonać, że staruszki nie będą wygłaszać na scenie antysocjalistycznych tekstów. Spektakl został zaprezentowany na "legalnych" scenach w Krakowie i Tarnowie.

udział w spektaklu pensjonariuszy domu spokojnej starości stanowił dla cenzora "ryzyko" / Fot. Marek CiesielczykKolejna sztuka, którą chciał pokazać nasz studencki teatr, już nie została zaakceptowana przez GUKPPiW. Spektakl miał nosić tytuł "Homo patiens" ("Człowiek cierpiący" - tytuł jednej z książek Wiktora Frankla). Mieli w nim brać udział ludzie chorzy na schizofrenię. Rozmawialiśmy na ten temat z najlepszymi wówczas psychiatrami w Krakowie i ci dali zielone światło. Mimo że zaprezentowaliśmy ich opinie cenzorom, ci nie zgodzili się na prezentację tego typu happeningu. Założenie było takie, iż chorzy mieli w okresie odwrotu schizofrenii mówić o swoim cierpieniu. Inspiracją dla nas był chory na schizofrenię, słynny tarnowski architekt przyszłości Jan Głuszak "Dagarama", o którym tu kiedyś pisałem. Przeprowadziliśmy wiele konsultacji z lekarzami np. w szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie. Także etycy nie mieli zastrzeżeń natury moralnej do dobrowolnego udziału ludzi chorych. Rozmawialiśmy z nimi bardzo często i zauważyliśmy, że chcą brać udział w takiej sztuce, że czują się potrzebni.

Cenzorom nie chodziło jednak o aspekt etyczny sprawy. Obawiali się, iż chorzy - nawet w okresie odwrotu schizofrenii - mogą prezentować na scenie jakieś polityczne manifesty. Spektakl nie został zaprezentowany. Przy tej okazji dowiedzieliśmy się dużo o życiu chorych psychicznie. Nieco później moją pracę magisterską pisałem właśnie na ten temat ("Próba wyjaśnienia sensu cierpienia").

Powstało wiele opowieści na temat GUKPPiW. Jeden z cenzorów, zatrudniony w tym urzędzie, uciekając za granicę, wziął ze sobą sporą ilość instrukcji cenzorskich, z których można się było dowiedzieć, jak naprawdę funkcjonowała ta instytucja.

patrz: artykuł nt. DAGARAMY:
http://www.wiadomosci24.pl/artykul/25050.html

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

TGor
  • TGor
  • 28.09.2010 17:14

To nie polemika z tekstem, ale edukacja pryszczersów:

""Co jest i co nigdy nie może się zdarzyć" (równocześnie tytuł utworu muzycznego)" to akurat utwór Led Zeppelin. I, drogie dzieci Neo, Led Zeppelin to nie znaczy "ołowiana zapalniczka"...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Plus, ale tytuł jednak przegięty...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.