Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

46652 miejsce

Mamy cię! Sobotnie poszukiwanie internisty

Weekendowa wyprawa po lek na receptę, zakończyła się niespodziewanym finałem w gdańskiej przychodni dyżurnej na Aksamitnej, znanej bardziej jako pogotowie - czy ratunkowe, to już inna kwestia.

Infekcja górnych dróg oddechowych dopada mnie raz na rok, do nawet trzech lat. Od czasu pracy w charakterze lotniczego stewarda, to co u większości jest zwykłym przeziębieniem, ma u mnie charakterystycznie gwałtowny i ostry przebieg, trwa krótko i kończy się równie natychmiastowym wyzdrowieniem. Ze względu na konieczną, stałą dyspozycyjność życiową, korzystam z tego samego antybiotyku, który traktuję jak koło ratunkowe, zawsze pomaga.

W tym tygodniu próbowałem przypadłość "przechodzić", lekceważąc jako letnią i pewnie wywołaną aurą lipcopada. Jak sam jednak przypuszczałem, nie był to dobry pomysł. W efekcie nie mogłem w wolnym dniu skorzystać z pomocy ulubionej, tej samej od lat, pani doktor - mądrego i doświadczonego lekarza rodzinnego, dodajmy że chodzi o kobietę - i aby nie męczyć się przez cały weekend pognałem, a raczej dowlokłem się na Aksamitną... po swój antybiotyk.

Byłem tam ostatnio kilka lat temu, a moje kontakty z lekarzem - poza kosmetyką dentystyczną - ograniczały się do grzecznościowych pogawędek na ulicy. Uderzająco podobny gmach w rzeczywistości bardzo się zmienił. Odnowiony hall, wejście od przodu, a nie od tyłu... Na tym jednak "frontalne" podejście się skończyło. Wchodzę z uśmiechem nieskrywanej uległości wobec wykrochmalonych pań z rejstracji. "Dobry wieczór, czy mógłbym skorzystać z pomocy lekarza internisty" - układnie podaję książeczkę RUM (w tym przypadku rum byłby zdecydowanie lepszy).

"A co mi pan tu podaje? Dokument ubezpieczenia poproszę! Przecież tam przy wejściu (tu: pokazuje wymownie palcem) jest napisane, że trzeba książeczkę ubezpieczenia podstemplowaną przez pracodawcę przedstawić" - dojrzałość w kitlu przemówiła, a ja w roztargnieniu czuję jakbym słyszał filmowe: "Nie widzi?! No czego się tak gapi... ?!" z filmu Barei, co byłoby o tyle prawdziwe, że tylko wtedy każdy miał swojego pana lub pracodawcę.

"Ale ja się sam zatrudniam" - próbuję kontynuować, ale w tym momencie do akcji wkracza młodsza koleżanka pięlęgniarki, w odwodzie pozostaje jeszcze jedna, w ciasnej choć schludnej i zapewne własnej recepcji, tfu - rejestracji. "No to proszę przynieść no te... formularze RMUA. Nie ma pan dokumentu ubezpieczenia" - dodaje wzruszając ramionami. Już poczułem się jak symulant, w dodatku zainfekowany i osłabiony, ale postanowiłem jak zwykle bić się do końca.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Widzę, Panie Michale, że nie brakuje Panu poczucia humoru, hi, hi. I tak trzymać. Pozdrawiam!

Komentarz został ukrytyrozwiń

No cóż... panie rejestratorki są ważniejsze i od pacjenta i od lekarza i to nie tylko w rzeczonej przychodni, ale w zasadzie we wszystkich ZOZ-ach i tych (za przeproszeniem) publicznych i tych niepublicznych. Że też Panu nie wpadło do głowy by zemdleć pod okienkiem. Wtedy do lekarza by się Pan z pewnością dostał.
Zdrowia życzę! :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.