
Trudno oprzeć się wrażeniu, że współczesny świat stanął na głowie. Od blisko trzech lat toczy go kryzys finansowy, którego końca nie widać i którego winni nie ponieśli żadnych konsekwencji. No, może poza surowym zmniejszeniem sutych premii za wyniki biznesowe o te kilka milionów dolarów.
Casino capitalism ma się całkiem nieźle, spekulacje trwają w najlepsze, a możni mają do zaproponowania tylko jedną odpowiedź - czas na zaciskanie pasa. Sprytnie przy tym pomijając wątek, że chcą go zaciskać na brzuchach tych, którzy i tak są już wystarczająco dociśnięci, a nie brzuchach tych, którzy toną w przywilejach i dobrach.
Kapitalizm XXI w. pożera środowisko naturalne, jak czarna dziura zasysa wszelkie przejawy buntu, komercjalizując go i czyniąc zeń jedynie etykietę. Przykład damskich majtek z portretem
Che Guevarry jest tu aż nadto sugestywny. Światem rządzi pieniądz i reguła - każdy jest kowalem swojego losu, winą za porażki można obarczać tylko siebie. Usługi publiczne czy szerzej - państwo opiekuńcze to szkodliwa mrzonka i pożywka dla nierobów, którzy myślą, że cokolwiek im się należy. Żyjemy w najlepszym z możliwych światów, a każdy opór jest zbędny, bo przecież
There Is No Alternative, a nawoływania do radykalnej zmiany paradygmatu modelowania współczesności to groźne pohukiwania pogrobowców Włodzimierza Lenina et consortes.
Ten sposób myślenia i postawy nim inspirowane nadal trzyma się mocno w głównym nurcie debaty publicznej, a wyznawcy kultu nieskalanej współczesności roszczą sobie miano do posiadaczy prawdy ostatecznej. Trzeba jednak przyznać, że - także w Polsce - coś zaczyna się zmieniać. Od kilku miesięcy debata o potrzebie zmiany toczy się na łamach “Gazety Wyborczej”. Jednym z głosów w tej debacie jest też, w Polsce wydana nakładem wydawnictwa Czarne z Wołowca, książka
“Źle ma się kraj” nieżyjącego już brytyjskiego filozofa i politologa,
Tony’ego Judta. I jego praca to jeden z najbardziej wartościowych, szlachetnych, a przy tym głęboko inspirujących tekstów w globalnej dyskusji o Wielkiej Zmianie.
Tony Judt pracował nad tą książką, będąc ciężko chorym na stwardnienie zanikowe. Męczony śmiertelną chorobą, nie był już w stanie pisać i dyktował treść książki swoim współpracownikom. To dodaje jego pracy dodatkowego, głębokiego wymiaru - czytana z tej perspektywy staje się jeszcze bardziej głębokim moralnie ideowym manifestem. I niepomijalnym wątkiem w dyskusji o tym, co należy na świecie zmienić, by znów uczynić go miejscem dobrym dla wszystkich, a nie tylko dla tych, którzy codziennie rano powtarzają sobie za filmowym
Gordonem Gekko: “Chciwość jest dobra”.
Ale "Źle ma się kraj" to też zbiór celnych - chwilami wręcz technicznych - krytyk pod adresem tego, co przez prawie cztery dekady na świecie udało się zepsuć i zbiór porad, jak możemy zawrócić z tej drogi donikąd. Tony Judt prowadzi czytelnika przez swój swoisty polityczny testament. Przekonująco opowiada mu, dlaczego rosnące rozwarstwienie społeczne to jedna z największych współczesnych katastrof, szkodząca zarówno tym, którzy (jeszcze?) płyną na pokładzie statku i tym, którzy wypadli za burtę i którym odmawia się prawa do koła ratunkowego. Autor opisuje, jak daleko zaszliśmy od świata, w którym wiele podstawowych usług, jak system świadczeń społecznych, transport publiczny, sprawna służba zdrowia, należało do niepodważalnego (jak się wydawało jeszcze w latach 60.) zbioru wyznaczników normalnie funkcjonującego społeczeństwa. Bo przecież dziś, jak rymuje Eldo, "to, co publiczne jest już trupem, a prywatne - daj działę, dam ci sukces".