Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

53883 miejsce

Marcin Kydryński: Niektóre marzenia powinny pozostać niespełnione [WYWIAD]

- Moja najnowsza książka nie jest przewodnikiem po Lizbonie. Nie miałem takich ambicji, bo czuję się bardziej fotografem niż literatem. Dla mnie Lizbona to muzyka i szczególna poezja miasta, bliska mojemu usposobieniu: opustoszałe budynki w starych dzielnicach, sentyment do spraw przegranych, schyłkowość… Ten klimat mi odpowiada. Nie czuję się pewnie we współczesnym świecie, w którym wciąż jestem prowokowany do tego, by nadążać za zmianami. A ja nie chcę już nadążać i dobrze czuję się w miejscu, które jest o krok, dwa do tyłu - mówi Marcin Kydryński, autor książki "Lizbona. Muzyka moich ulic".

 / Fot. Marcin KydryńskiLidia Raś: Pana najnowsza książka „Lizbona. Muzyka moich ulic” powstała z miłości do miasta i jego muzyki. Słuchaczom trójkowej Siesty postanowił Pan pokazać lizbońskie zaułki, ale to nie jest typowy przewodnik. To bardziej muśnięcie miasta i jego smaków.
Marcin Kydryński: Tak, to nie jest przewodnik, co zaznaczyłem już we wstępie do książki. Ani przez chwilę nie miałem takich ambicji, bo jest wiele znakomitych wydawnictw tego typu, a ja czuję się bardziej fotografem niż literatem. Nie będę oczywiście miał nic przeciwko temu, jeśli ktoś z tym ciężkim tomem zechce spacerować ulicami miasta i chłonąć tę Lizbonę, która jest mi najbliższa. Chciałem pokazać ją intymnie, prywatnie, skupiając się na kilku dzielnicach, czy wręcz ulicach. Na nich brzmi też muzyka, która mnie do Lizbony sprowadziła. Gdybym miał wybrać sobie kraj do życia, to byłyby to pewnie Włochy, miejsce idealnej symbiozy kultury z naturą, piękna najwyższej próby. Natomiast Lizbona, to muzyka. Ale i szczególna poezja tego miasta bliska jest mojemu usposobieniu: opustoszałe budynki w starych dzielnicach: Alfamie czy Bairro Alto, sentyment do spraw przegranych, schyłkowość… Ten klimat mi odpowiada. Nie czuję się pewnie we współczesnym świecie, w którym nieustająco wszystko się zmienia i wciąż jestem prowokowany do tego, by za zmianami nadążać. A ja nie chcę już nadążać i dobrze czuję się w miejscu, które jest o krok, dwa do tyłu.

Genius loci stanowią budowle, ludzie i muzyka w równym stopniu?
Tak. Zaczęło się od Marizy i od muzyki mojego przyjaciela Beto Betuka, który poniekąd mnie do Lizbony sprowadził. Kiedy tam wylądowałem, to bardzo szybko, co jest zaskakujące, bo ja jestem dość nietowarzyski, nawiązałem sieć wspaniałych kontaktów, które do dziś utrzymuję. Dobrze mi jest wśród ludzi, mających podobne spojrzenie na świat. I to właśnie ci ludzie, grający muzykę w tym miejscu i pod tym światłem, to kompilacja, która nadal mnie urzeka.

To jest nietypowy przewodnik także ze względu na styl i język. Pisze Pan np.: „Tak sobie chodzimy i rozmawiamy o tym i o owym”. I faktycznie w tekście wykorzystuje Pan gawędę, wprowadza dygresje, łacińską składnię, a do tego całą gamę środków artystycznych od parafraz i metafor zaczynając, a na oksymoronach i synestezjach kończąc. „Alfama pachnie tęsknotą”, „[…] składowe kolory barwy to delikatność, nieważkość, słony smak łzy przełkniętej niepostrzeżenie”. Mało kto tak dziś pisze.
Cieszę się, że pani to wychwyciła, bo ludzie, którzy czytają moje teksty, dzielą się zapewne na dwie rodziny: czytelników powierzchownych, ślizgających się po tekście, oraz tych, którzy mnie absolutnie nie cierpią właśnie za ten styl. A ja chciałbym, żeby ktoś czasem wychwycił zgrabnie ułożony akapit, grę słów, frazę oddychającą muzyką. Jest szkoła pisania szalenie mi bliska, to szkoła reportażu Gazety Wyborczej. Uwielbiam czytać te powściągliwe stylistycznie przeźroczyste teksty, ale nie umiem tak pisać. Gdy przeglądam antologię, to mam wrażenie, że wszystkie te reportaże napisała ta sama osoba, człowiek bez właściwości. Dla ich autorów jest to zapewne wartością, bo sprawą nadrzędną jest historia. Natomiast ja jestem wychowany na Nabokovie. Jeden z moich najukochańszych pisarzy nauczył mnie, że pełnia przyjemności podczas lektury, to smakowanie nie tyle „co” ale „jak” to jest opowiedziane. Wracam do jego książek po wielokroć, by rozsmakować się w stylu. Także „Dolina Issy” Miłosza właściwie nie ma akcji, ale ta powieść to nurzanie się w języku, co ogromnie mi odpowiada.

Traktuje Pan swego czytelnika bardzo podmiotowo, zwraca się bezpośrednio, pytając: „Jaka dzisiaj forma? Może jednak spacer? […] Zależy mi, byście byli przechodniami niespiesznymi, uważnymi […] Trudno mi się będzie powstrzymać od dygresji, bo w starej Lizbonie każdy kamień, każda migotliwa plama światła na ścianie przywołują wspomnienia, z czymś się odlegle kojarzą, brzmią muzyką… Rano, kiedy pomarańczowe słońce ledwie co podnosi swą czuprynę znad wzgórz Palmeli i przez okrągłe okienko mizia mnie po twarzy, budzą się też dzwony kościoła Santo Estevao.” Brzmi niczym z Schulza…
Jest pani bardzo uprzejma, ale myślę, że takie opisy wynikają raczej z faktu, iż dużo fotografuję i jestem wrażliwy na obraz. Piszę obrazami, aby można je było dotknąć, poczuć. Mam świadomość, że nie zostanę nominowany do nagrody Nike, ale sprawia mi przyjemność, że zwróciła pani uwagę na mój specyficzny styl. Nikt, z kim wcześniej rozmawiałem o tej książce, nie zrobił tego. Powiem szczerze: pisanie jest najgorszą męką, jaką zna moje życie. Gdy więc uda mi się ułożyć sprawny akapit, to mam frajdę.

„Tekst raczej do niczego niepodobny. Zdjęcia nieładne” – pisze Pan dość przewrotnie w książce. I dodaje: „Zdjęcia nie miały być ładne, ale miały być inne”. Inne czyli jakie?
 / Fot. Marcin KydryńskiMnie nie interesuje fotografia pocztówkowa. Dla mnie ważna jest poezja powszedniości. Znaleźć chwilę, mgnienie, wyjątkowo intensywne graficznie lub emocjonalnie, ale w sytuacji, do której powinniśmy być przyzwyczajeni; schwytać ten słynny Bressonowski „moment decydujący”, to sprawia mi w fotografowaniu prawdziwą przyjemność. Do tej książki wybrałem głównie zdjęcia, które pieszczą moją potrzebę bycia reporterem. Chciałem nimi opowiedzieć osobistą historię. Ciekawe, jestem przekonany, że ze zdjęć, które mi zostały, mógłbym od nowa ułożyć książkę i ani jedno by się nie powtórzyło.

Jedno z moich ulubionych zdjęć w tej książce to Waldemar na Praça do Comércio. Piękna twarz, choć historia jego życia już mniej piękna…
A dla mnie to zdjęcie nie ma żadnej wartości artystycznej, tylko dokumentacyjną. Nie ma mojej zasługi w tym, że on ma tak fascynującą twarz. Dosłownie w ostatniej chwili dodałem to zdjęcie, bo historię Waldemara zamieściłem na sąsiedniej stronie. Nie ma w nim jednak mojego piętna. Nie lubię takiej fotografii.

Dlaczego?
Bo każdy mógł ją zrobić. Nie ma w tym zdjęciu osobowości autora, jego linii papilarnych, znaku, który powinien zostawić. Dla mnie to w fotografii najważniejsze. To szkoła mojego mistrza, Tomasza Tomaszewskiego. Najciekawsze jest to, jak fotograf postrzega otaczający go świat, a nie jak ten świat obiektywnie wygląda. Jeśli w ogóle istnieje pojęcie obiektywnego spojrzenia. Także dlatego książkę poprzedza motto z Kapuścińskiego: "Przeszłość nie istnieje. Są tylko jej niezliczone wersje".

Ma Pan w swoich zbiorach potężny zbiór zdjęć zrobionych ludziom, ale napisał Pan, że coraz trudniej jest robić takie fotografie.
 / Fot. Marcin KydryńskiMiałem moment zwątpienia. Jestem przyzwyczajony do fotografowania ludzi w buszu, na pustyni, obozów uchodźców, miejsc, gdzie jestem natychmiast postrzegany jako ktoś obcy, kogo albo należy od razu zastrzelić, albo należy mieć dla niego taryfę ulgową. To się sprawdzało idealnie w Afryce czy Indiach, ale niekoniecznie w Lizbonie. Tu byłem jednym z ludzi spacerujących po mieście i celowanie obiektywem w twarze uznałem za wyjątkowo kłopotliwe. Jest w książce zdjęcie, które bardzo lubię: stara przystań, odpływający prom, popołudniowe światło, samotny staruszek, patrzący w dal, a na pierwszym planie para, która się tak cudownie mizia; nawet nie całuje. Chłopak uroczo poddaje się dziewczynie, gdy ona gładzi go po twarzy. To nieprawdopodobnie intymna sytuacja i ogromnie trudna do sfotografowania; niekomfortowa dla obu stron, bo fotografuję obiektywem 35 mm, więc muszę znaleźć się bardzo blisko tych ludzi. Ale jednocześnie fotografia uliczna jest jedyną, która mnie interesuje. Nie fotografuję pejzaży ani żadnych form abstrakcyjnych. Fotografuję ludzi w szczególnych acz powszechnych sytuacjach.

Drugie zdjęcie w tej książce, które zwróciło moją uwagę szczególnie, to widok znad biurka w Pana mieszkaniu w Lizbonie. Zdaje mi się, że jest w nim tęsknota za wolnością, przestrzenią, Afryką?
Wszystko po trochu, ale wie pani, naprawdę muszę to przemyśleć, bo jest pani trzecią osobą, która wskazuje właśnie to zdjęcie, kolejne zresztą, które uważam za w minimalnym stopniu mojego autorstwa. Liliowy zmierzch, oldschoolowy statek, wyglądający niczym Titanic, obok niego żaglóweczka, a jeszcze dalej mglące się wzgórza Palmeli. To raczej obiektywna przestrzeń, w którą nie ingeruję. Zdjęć tego widoku znad biurka mam chyba z tysiąc, bo każdego dnia jest on inny. Zachowując oczywiście właściwe proporcje, jestem jak Cézanne, który cały czas malował tę samą górę.

Nie ma zdjęć czarno-białych w tej książce, a przecież nie stroni Pan od nich.
Lizbona jest jednym z tych miejsc, które krzyczą kolorem, które się go domagają, w odróżnieniu choćby od Manhattanu. Fotografowanie Lizbony, pełnej niebywałego światła i barw, w czerni i bieli, byłoby zbrodnią. Oczywiście ludzie robią takie zdjęcia i one bywają znakomite, ale jest w tym jakaś łatwość. Takie fotografowanie przypomina, że to pewna konwencja, którą z miejsca możemy nazwać sztuką. Natomiast fotografia kolorowa niesienie niebezpieczeństwo, że jeśli robimy to nieumiejętnie, to tylko odwzorowujemy rzeczywistość, w minimalnym stopniu nadając swój stempel. Dlatego postawiłem sobie poprzeczkę wyżej i moja Lizbona jest kolorowa. Moja Afryka też jest kolorowa, ale gdybym teraz pojechał do Wenecji, to z radością sfotografowałbym ją w czerni i bieli.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (6):

Sortuj komentarze:

Ciekawy wywiad i ciekawa osobowość. Z przyjemnością przeczytałam.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 18.09.2013 17:08

Uwielbiam fado, lubię Siestę. W Lizbonie nigdy nie byłem. A wywiad przeczytałem z przyjemnością :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pan Marcin zniknął z aparatem gdzieś w świecie. Nawiązując do wypowiedzi Pani Basi, prawdopodobnie mało kto zna go dobrze.
Jego postać zawsze kojarzyła mi się nierozerwalnie z Anną Marią Jopek i fotografią.
Dziwne są niekiedy koleje losu, które w przypadku dobrej potrawy działają jak idealna przyprawa podkreślająca jej smak.
Sądzę, że podobnie jest w przypadku Pana Marcina. Sól życia dodała mu wykwintności, stał się indywidualnością w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Nawiasem mówiąc. Myślę, że wywiad z Marcinem Kydryńskim nie jest wcale przypadkowy, gdyż był on w końcu uczniem Tomasza Tomaszewskiego, niedawnego gościa W24
Przyjemna lektura :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Aż miło poczytać!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zabrakło z premedytacją :-) Za to jest Lizbona w różnych odcieniach :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jestem pod dużym wrażeniem Pana Marcina. Mało go znałam do tej pory, jestem z epoki sławy jego rodziców i szacunku dla ich mistrzostwa. Lidko, pochwał Tobie nie wypada mi pisać, ale przyznam, że zabrakło mi w materiale zdjęcia rozmówcy. ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.