Czym zajmujesz się na co dzień i skąd się wzięła Twoja pasja do fantastyki?Z wykształcenia jestem archeologiem i informatykiem. Wydawałoby się, że jest to dość karkołomne połączenie, ale zapewniam, nie ma w tym nic szczególnego. Ot, połączenie różnorodnych zainteresowań zaowocowało takim a nie innym kierunkiem studiów. Na szczęście z archeologią nie mam zawodowo nic wspólnego już od kilku lat, przez co znów mogę traktować ją jako pasję. Proszę mi wierzyć, jest fantastyczniejsza, niż komukolwiek się wydaje. Archeolodzy to najwięksi bajarze, jakich znam. Bajanie jednak to jedno, a życie drugie. Szczęśliwie moje zainteresowania są na tyle szerokie, by móc odnaleźć się w innych dziedzinach. A że komputery oczarowały mnie odkąd jako dziecko dostałem C64, nie trudno zgadnąć, dlaczego zostałem informatykiem. Odkąd wykonuję taki a nie inny zawód, jakoś mniej mnie ciągnie cyberpunk i hard SF, zaś większość filmów w tej tematyce przyprawia o ból zębów. Jeszcze bardziej odpowiada mi za to eskapizm oferowany przez dobrą fantasy. I jest to na swój sposób powrót do lektur dzieciństwa, bo przecież fantasy to nic innego jak baśnie, tyle że w nieocenzurowanej, nieprzetworzonej postaci. Postaci nie pozbawionej tych elementów, które chcielibyśmy oszczędzić wyobraźni dziecka. Coś jak mity greckie spisane przez Gravesa, ewentualnie jakieś skandynawskie baśnie, bo te czasami zadziwiają okrucieństwem.
Z tego rodzaju literaturą obcuję odkąd nauczyłem się czytać, ale zrozumienie, że to akurat wszelkiego rodzaju fantastyka jest gatunkiem, który odpowiada mi najbardziej, przyszło w momencie, kiedy tato podarował mi dwa wydane przez Alfę tomiki Conana. Była to połowa lat osiemdziesiątych i mimo olbrzymich jak na dzień dzisiejszy nakładów, zdobycie nowych książek wcale nie było łatwe. Zaczytywałem się wtedy komiksami Janusza Christy, Thorgalem i tymi nielicznymi urywkami seriali drukowanych w Komiksie-Fantastyce, które udało się zdobyć. Nikt nie marzył o całych regałach w księgarniach uginających się pod książkami z naszego ulubionego gatunku. A potem wraz ze zmianami ustrojowymi dostaliśmy tego namiastkę. Kupowało się i czytało wszystko, co tylko się ukazywało. W znacznej mierze kilogramy kiepskiej literacko, do tego fatalnie przełożonej makulatury. Ale głód trudno nasycić i tytuły, po które teraz nie sięgnąłby żaden wydawca, nadal rozchodziły się w całkiem niezłych nakładach. Na szczęście nie utonęliśmy w zalewie pulpy.
W owym czasie mój, i nie tylko mój, czytelniczy gust kształtowała "Nowa Fantastyka". I chwała jej za to! Czas, kiedy redaktorem naczelnym był najpierw Lech Jęczmyk a później Maciej Parowski, jest moim zdaniem złotym okresem w historii magazynu. Później pojawiły się jeszcze świętej pamięci "Fenix" i "Voyager "więc trzeba przyznać, że naprawdę byliśmy rozpieszczani. Ba, nadal jesteśmy, bo jak na stosunkowo nieduży kraj mamy dwa regularnie ukazujące się periodyki. Czegóż chcieć więcej? Wprawdzie "Fenix" nie wytrzymał presji czasu a szkoda. Bardzo go lubiłem za nieco lżejszy ton niż siostrzana NF. Szczęśliwie pojawił się jego godny i mocny następca w postaci "Science Fiction". Czasy się zmieniły, miłość do gatunku została.