Facebook Google+ Twitter

Marcin Prus i "Wszystkie barwy siatkówki". Recenzja

Krótka, ale intensywna była kariera środkowego reprezentacji Polski. Po 11 latach od jej zakończenia spisał swoje niesztampowe wspomnienia, które układają się w słodko-gorzką opowieść o życiu siatkarza po przejściach.

 / Fot. okładka książkiZ szatni ostatni raz wyszedł kiedy był u szczytu, jako mistrz Polski i etatowy członek robiącej stałe postępy kadry. Siatkarski boom nad Wisłę dopiero miał nadciągnąć: Polacy powoli ogrzewali się w blasku Ligi Światowej, kluby grały jeszcze w nieprzyjaznych, "surowych" halach, dieta i suplementy nie należały do stałego menu serwowanego zawodnikom. To była inna siatkówka, niż ta, którą znamy dziś. Mniej sprofesjonalizowana, mniej obostrzona rygorami, ale bardziej romantyczna i czarująca pierwiastkiem żywiołowości.

Prus wyznaje od początku - bycie siatkarzem to fantastyczna sprawa. Niezastąpiona niczym innym przyjemność z gry, podróże dookoła świata, ciekawi ludzie szybko mijani na autostradzie kariery, popularność. Jako człowiekowi z natury energicznemu, lubiącemu się wyróżniać nie tylko kolorową fryzurą, sport dał nieograniczoną przestrzeń dla autoekspresji. Trenerzy narzekali na jego zbyt emocjonalne reakcje, dzięki którym poziom decybeli w hali gwałtownie wzrastał, ale bez tego nie byłby tym samym zawodnikiem.

Zapowiadał się rewelacyjnie. Na mistrzostwach świata juniorów w Bahrajnie wybrano go najbardziej wartościowym zawodnikiem, mimo że był rok młodszy od kolegów z rocznika 1977, najlepszego w historii polskiej siatkówki (Zagumny, Świderski, Gruszka, Murek, Papke, Szczerbaniuk). Tylko trzem pierwszym (plus rówieśnikom autora, Krzysztofowi Ignaczakowi i Grzegorzowi Szymańskiemu) było dane zawiesić na szyi medal seniorskiego mundialu w 2006 r.

Trochę jak Wojciech Kowalczyk, do którego z pewnością Prus będzie (niesłusznie) porównywany, uprawianą przez siebie dyscyplinę traktował w kategorii przygody. W odróżnieniu jednak od futbolowego skandalisty - nie przede wszystkim, raczej - przy okazji. Stąd też całonocne wyprawy z opiekunką reprezentacji na juniorskim turnieju w Portugalii po okolicznych pubach i nie tylko. Stąd występ na turnieju siatkówki plażowej w Sopocie, gdy powinien stawić się na kadrze. Siatkarz też człowiek.

Ale nie ulegajmy złudzeniu - przekonuje były ulubieniec publiczności - że sukces można osiągnąć bez wylania hektolitrów potu, niekończącego się pasma kontuzji, zaciśnięcia zębów przy ogromnych obciążeniach dla stawu skokowego, kolan i kręgosłupa. Sportowcem nie można być na pół etapu. To zawód, który wymaga bezwzględnego poddania, nie gwarantuje niczego w zamian i bezceremonialnie skreśla cię, kiedy nie dajesz rady.

W historii Prusa przeplata się postać Ireneusza Mazura. Z pierwszego zgrupowania pod jego reżimem wyjechał, bo - jak sam przyznał - nie dawał rady fizycznie i psychicznie. Po takim numerze ponownego zaproszenia raczej się nie wystosowuje, ale Mazur złamał własne zasady i powołał go przed wygranymi mistrzostwami Europy juniorów w Izraelu w 1996 r. Jego treningi i bez tej książki przeszły do legendy, ale po raz pierwszy żaluzja została podniesiona trochę ponad parapet: trzy serie ćwiczeń dziennie po dwie i pół godziny lub więcej, kilkukilometrowe "spacery" po górach nawet w dniu meczu, dyscyplina surowa jak w radzieckim wojsku. Droga do sukcesu, jaką obecny ekspert telewizyjny wyznaczył swoim podopiecznym to nie świeżo położony asfalt, tylko błoto, kamienie i dziury.

"Bluszcz", jak mówili o nim znajomi, złamał się pod naporem nieugiętego kalendarza, w którym sezon klubowy mieszał się z reprezentacyjnym bez chwili wytchnienia. W barwach wielkiego Mostostalu Waldemara Wspaniałego doznał kontuzji, która została źle zdiagnozowana. Próbował jeszcze grać, ale z czasem ból nasilił się do tego stopnia, że uniemożliwiał chodzenie. Skończyło się na dziewięciu skomplikowanych i drogich operacjach, również zagranicą, które w większości musiał finansować sam. Zostawił go klub, związek, zostawili przyjaciele z boiska. Z centrum uwagi siatkarskiej społeczności trafił na jej peryferia.

Jeżeli będziecie kiedyś na meczu Zaksy Kędzierzyn-Koźle, skierujcie wzrok tuż za bandy reklamowe za boiskiem, lekko w stronę narożnika. Tam znajdziecie dobrze zbudowanego pana po trzydziestce. Na uszach ma słuchawki, w ręku mikrofon, a przed sobą czarne pudełko z kilkoma przełącznikami. To właśnie Marcin Prus, ze średniej długości (chyba naturalnymi?) włosami, komentujący mecze dla lokalnej rozgłośni radiowej. Z tą dyscypliną nie można się rozstać.

"Wszystkie barwy siatkówki" to pierwsza w historii autobiografia polskiego siatkarza.

Marcin Prus "Wszystkie barwy siatkówki"
Wydawnictwo SQN

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.