Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

15478 miejsce

Marcin Wroński: Pisząc o Lublinie, widzę Polskę statystyczną w miniaturze [WYWIAD]

- Kryminał jest tym haczykiem i przynętą, dzięki którym mogę liczyć swoich czytelników w tysiącach, a nie w setkach. A ponieważ z książki na książkę tych czytelników przybywa, staram się o coraz smaczniejsze przynęty - mówi Marcin Wroński w rozmowie z W24.pl.

 / Fot. Grzegorz WinnickiMarcin Wroński zyskał popularność dzięki serii kryminałów retro o komisarzu Zygmuncie Maciejewskim. Kilkakrotnie nominowano go do Nagrody Wielkiego Kalibru. Czwarty tom cyklu, "Skrzydlata trumna", walczy o to trofeum także w tym roku. W marcu ukazała się piąta odsłona przygód komisarza - "Pogrom w przyszły wtorek". Wroński urodził się i mieszka w Lublinie. Fabuła większości jego książek osadzona została w tym mieście.

Rafał Gdak: Oprócz walorów literackich, doskonale skonstruowanej fabuły, znalazłem w Pana książkach element bardzo praktyczny: stanowią świetny przewodnik po Lublinie z czasów dwudziestolecia międzywojennego, wojny i ostatnio powojennych. Łapię się na tym, że spacerując po mieście, patrzę na nie oczami komisarza Maciejewskiego. Ile pracy poświęca Pan szkicowaniu Lublina, a ile bohaterom, akcji? Co jest trudniejsze?
Marcin Wroński – Dziękuję za tę opinię, bardzo dla mnie ważną. Kryminał, a w każdym razie dobry kryminał, to już od wielu lat coś znacznie więcej niż tylko zagadka detektywistyczna. Może tym czymś być diagnoza społeczna, w czym celują Skandynawowie, może być psychologia, co bardzo ciekawie oddała np. Katarzyna Bonda we Florystce. W moich retrokryminałach o komisarzu Maciejewskim tłem fabuły jest historia lokalna Lublina i Lubelszczyzny, tylko proszę zauważyć, że jedynie część moich czytelników zna to miasto i te tereny. Moje książki pokazują im z jednej strony, że to ciekawe miejsca, nie jakaś literacka czarna dziura, a z drugiej, jak wyglądało życie w dużym, jednak prowincjonalnym mieście przedwojennej centralnej Polski. Taka jest idea tych powieści i żyję nią od lat – hobbystycznie od 2. poł. lat 90., a lat ponad pięciu zawodowo, dzień po dniu. Dlatego trudno mi powiedzieć, ile dni albo tygodni poświęcam dokumentacji, bo robię ją cały czas, nawet gdy piszę. Tło akcji musi być wiarygodne, ciekawe i nieprzegadane, lecz plastyczne. Inaczej zagadka kryminalna stanie się łamigłówką, a nie literaturą. Nie znaczy to jednak, że kryminał jest mniej ważny niż dawny Lublin. Kryminał jest tym haczykiem i przynętą, dzięki którym mogę liczyć swoich czytelników w tysiącach, a nie w setkach. A ponieważ z książki na książkę tych czytelników przybywa, staram się o coraz smaczniejsze przynęty. W ostatniej, jeszcze nieopublikowanej powieści, wymyślenie planu fabuły zajęło mi około miesiąca, a samo napisanie nieco ponad pół roku. Wcześniej udawało mi się szybciej. Może niepotrzebnie zmieniłem klawiaturę?

Stara się Pan dokładnie oddać szczegóły topograficzne miasta, jego charakterystyczne w danym czasie miejsca. Na ile pozwala Pan działać wyobraźni, gdy kwerenda nie przynosi zadowalających efektów?
– Kwerenda prawie nigdy nie przynosi efektów satysfakcjonujących w stu procentach! Tylko w powieści realistycznej, a taką kryminały retro są, nie jest istotą sprawy, w której dokładnie kamienicy mieściła się mordownia „Wykwintna” i co dokładnie komisarz Maciejewski widział z okna swojego gabinetu. Zmienić usytuowania komendy policji oczywiście nie mogłem, nawet gdybym chciał, ale gabinet ulokowałem tak, aby pasowało mi to do fabuły. „Wykwintną” wymyśliłem od początku do końca, jednak z wiedzą, że w okolicach dworca kolejowego niejedna taka knajpa funkcjonowała. Bywa nawet tak, że pewne realne zdarzenia z tła powieściowego lekko przenoszę w czasie, gdy potrzebuję zagęścić atmosferę, bo powieść to nie kronika, tylko synteza nastrojów. Moje książki opowiadają fabuły kryminalne, a przy okazji mówią, jak było w latach 30. czy 40. „Jak było”, ale nie jeden do jednego, „co było”. Oczywiście wymaga to dokumentacji, nie ma mowy o pisaniu wyłącznie z wyobraźni, ale to nie ten poziom filatelistyki, gdy o cenie znaczka decyduje ćwierćmilimetrowe przesunięcie obrazka. Z cyklu o komisarzu Maciejewskim nie należy uczyć się do egzaminu z historii, zdecydowanie odradzam. Natomiast na wycieczkę po mieście śladami powieściowymi wybrać się można i podobno bywa to zabawne.

W wywiadach podkreślał Pan, że historia Lublina tuż po wojnie jest słabo udokumentowana. Czytając "Pogrom w przyszły wtorek", nie odniosłem wrażenia, że mógł Pan mieć problemy z kontekstem historycznym. Skąd czerpał Pan wiedzę o tych mrocznych czasach, w których gazety były tubą propagandy?
– Mówiąc o słabym udokumentowaniu, miałem na myśli nieporównywalnie mniejszą niż w dwudziestoleciu międzywojennym ilość wiarygodnych źródeł. Pulsu miasta nie wyczuwa się w archiwach i opracowaniach historycznych, tylko na zdjęciach i w gazetach. Tymczasem o ile nawet w okresie okupacji, głównie dzięki działalności biura turystycznego Wehrmacht, Lublin, jak wiele innych polskich miast, został obfotografowany ze wszystkich stron, w latach 40. fotografowano mało i na ogół propagandowo. Podobnie w gazetach można się czegoś dowiedzieć raczej z ogłoszeń drobnych niż z artykułów. Szczegóły Lublina 1945 w znacznie większym stopniu musiałem sobie wyobrazić, bazując na różnego rodzaju wspomnieniach i opracowaniach historycznych. Bardzo ważna była też dla mnie pomoc historyków, Adama Kopciowskiego i Roberta Kuwałka, którzy wspomogli mnie ciekawostkami z własnych kwerend, a także kilka rozmów ze starszymi ludźmi, pamiętającymi tamten Lublin tuż po wojnie.

Czym różni się Lublin z Pana książek od współczesnego? W którym wolałby Pan żyć, gdyby miał Pan wybór?
– Pisząc swoje kryminały, nie patrzę na ten mój Lublin wyłącznie jak na konkretne miasto, bo ono nie tylko było położone w samym środku ówczesnej Polski, ale też widzę je jako „Polskę statystyczną” w miniaturze. Myślę zresztą, że to jeden z powodów zainteresowania czytelników cyklem o Maciejewskim. Dopiero odkąd mamy Polskę od Odry do Bugu, Lublin nabrał najpierw gęby ideologicznej jako miasto PKWN-u, a potem egzotyki – został współczesnym ekwiwalentem miasta kresowego i stał się „jakiś”. Przed wojną był rozrywkowy jako stolica regionu, teraz jest rozrywkowy jako miasto przyciągające studentów i w pewnej mierze także turystów. Przedwojenny turysta miał jednak więcej atrakcji, bo oprócz tych samych zabytków co dzisiaj, mógł zobaczyć piękną synagogę i przejść się po dzielnicy żydowskiej jak po jakimś Chinatown. Jednakże to co mnie może wydawać się ciekawe i egzotyczne, przedwojennego polskiego turysty nie obchodziło, bo on swoje Jews Town miał również u siebie. Przedwojenny Lublin, pomijając oczywiście lata kryzysu, był miastem, które rozwijało się i rosło. Dziś nie ma tu już dużego przemysłu i nic nie zostało z czasów, gdy w Lublinie produkowano samoloty, a w 1939 na dalszych przedmieściach miały powstać polskie zakłady Forda. Dziś w Lublinie jest więcej teatrów niż fabryk, ale już kin, nie mówiąc o miejskich gazetach, mniej. Z drugiej strony byłbym nieprawdopodobnym szczęściarzem, gdybym mieszkał w tamtym Lublinie i miał w domu równocześnie prąd, gaz, kanalizację, a w kranie ciepłą i zimną wodę. Tak więc, chociaż miewałem różne marzenia, wybieram XXI wiek.

W "Skrzydlatej trumnie" pokazał Pan, że konflikty i koterie na styku polityki i biznesu to element nie tylko współczesny. Fragmenty z przedwojennej prasy ukazują z kolei skalę antysemityzmu w tym okresie. Chcąc nie chcąc, dokonał Pan demitologizacji II Rzeczpospolitej, przedstawianej przez jej piewców jako raj na Ziemi i punkt odniesienia. To świadomy zabieg czy po prostu "tak wyszło”?
– Ależ od początku cyklu o komisarzu Maciejewskim nic innego nie robię, tylko demitologizuję! Demitologizuję II RP, bo mimo sentymentu i podziwu dla wielu ludzi z pokolenia moich dziadków i pradziadków, przecież widzę, jak bardzo tamta ojczyzna dla niektórych obywateli była matką, ale dla innych macochą. Demitologizuję też Lublin, bo wielokulturowość tylko na folderach urzędu miasta wygląda sielankowo. W rzeczywistości była źródłem napięć, na które nikt w ówczesnej Polsce nie miał i często nie chciał mieć dobrych rozwiązań. I koniec końców wybrano te najgorsze, które przyczyniły się do nienawiści Ukraińców do Polaków i na dobre zakonserwowały polski antysemityzm oraz żydowski antypolonizm. Bezrefleksyjnym piewcom II RP polecam niedawno wydaną Rzeczpospolitą zwycięską Ziemowita Szczerka, który z dyscypliną historyka, lecz i bardzo publicystycznie kreśli alternatywną wersję polskiej historii po wygranej wojnie z Niemcami. Oczywiście, że to historia nieporównywalnie weselsza niż ta prawdziwa, ale i nie „raj na ziemi”, jak Pan to ujął. Natomiast bez wątpienia przedwojenna Polska jest i musi być punktem odniesienia. Rodziców się nie wybiera, Polski też. I oni, i ona mają swoje wady, jednak i od rodziców, i od tamtej Polski można się czegoś nauczyć. W kwestiach prawa, administracji, a nawet rozwoju cywilizacyjnego II RP, kraj startujący od zera w skrajnie trudnych warunkach, dokonała w ciągu dwudziestu lat więcej niż w takim samym okresie III RP rosnąca sobie w europejskiej cieplarni. Mnie osobiście bardzo podobałyby się ówczesne o wiele niższe podatki i znacznie mniej wtrącania się państwa do moich prywatnych spraw. To też wiem i o tym też mówię, tylko trudno oczekiwać od pisarza kryminałów, aby eksplorował jasne strony życia, skoro jest od tych ciemnych, prawda? Natomiast oprócz drani, durniów i aferzystów pokazuję uczciwych ludzi, a nawet patriotyzm. Komisarzowi Maciejewskiemu też nie jest on obcy. Zyga uprawia go na co dzień, a nie cierpi tylko durnopatriotyzmu w wersji nacjonalistycznej i oficjalnej.

Komisarz Maciejewski, główny bohater Pana książek, to westernowy typ niepokornego stróża prawa. W którymś z wywiadów sam Pan stwierdził, że Zyga nie zagrzałby miejsca w przedwojennej Policji Państwowej. Czy nie miał Pan pokusy, by głównym bohaterem uczynić obowiązkowego, ułożonego i stonowanego zastępcę Maciejewskiego, podkomisarza Eugeniusza Krafta, który pasowałby lepiej do wizerunku policjanta z tamtych czasów?
– Raz miałem, ale z zupełnie innych powodów. Jak Pan na pewno pamięta z okupacyjnej odsłony cyklu, A na imię jej będzie Aniela, pod wpływem bolesnych doświadczeń Eugeniusz Kraft przechodzi nieoczekiwana przemianę. Krótko mówiąc, mści się na mordercach swojej rodziny. Na pozór miły starszy pan, a gdy nikt nie widzi, sprawny egzekutor. Gdyby ten niemalże marginesowy wątek Anieli uczynić tkanką innej powieści, to tak. Natomiast ten Kraft przedwojenny, biurowy?... Tak, w roli policjanta byłby daleko bardziej realistyczny niż Zyga Maciejewski, ale co z atrakcyjnością postaci? Bohaterowie prawie wszystkich kryminałów wymykają się statystyce swój profesji. Są jakoś przerysowani, udziwacznieni, ubogaceni albo zeszmaceni, by czytelnik nie miał wątpliwości, że przerastają o głowę resztę powieściowego świata, że są inni, że są najlepsi i że to im należy kibicować. To element taktyki pisarskiej, stosowanej, odkąd wymyślono powieść. Przecież Wokulski z Lalki Prusa też zupełnie nie nadawał się na kupca, a jednak nim był.

Akcja "Pogromu w przyszły wtorek" rozgrywa się w Polsce powojennej. Karty rozdają NKWD i Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Maciejewski znowu prowadzi śledztwo. Pracował w polskiej policji, w niemieckim Kripo, teraz - nie mając wyjścia - dla bezpieki, ale przecież nie jest oportunistą czy tym bardziej konformistą?
– Rozumiem intencję Pańskiego pytania i zaraz się z nim zmierzę, ale to wymaga małego wstępu. Po pierwsze, okupacyjna granatowa policja to nie było harcerstwo, do którego można się było zapisać albo nie. Przedwojenny glina, tak samo jak urzędnik, robotnik, lekarz czy kolejarz, miał obowiązek zgłosić się na swoje dawne stanowisko pracy. Mógł wyjechać, zmienić tożsamość, ukrywać się, to prawda. Ale kto jesienią 1939 mógł przypuszczać, że okupacja potrwa pięć lat i że będzie tak wielką narodową tragedią? I kto, nie będąc osobą anonimową albo mając bliskich, zdecydowałby się na sabotowanie zarządzeń okupanta? Po ludzku patrzmy, po czynach. Dlatego w Anieli świadomie i na zimno pokazałem różne odcienie kolaboracji, od wymuszonej po ekstatycznie wręcz skwapliwą. Nie inaczej jest w Pogromie, gdzie Maciejewski ma do wyboru: śmierć albo pomóc bezpiece w sprawie zapobieżenia pogromowi, sprawie przecież uczciwej. My żyjemy w tak komfortowych czasach, że często zapominamy o tym, ile podczas okupacji albo za stalinizmu kosztowało powiedzieć „nie”. Nawet w stanie wojennym, który rozumiemy nieco lepiej, bo sporo z nas go pamięta, tego rodzaju odwaga była tańsza. Proszę mi wierzyć, kwestię odwagi i kolaboracji przemyślałem na wskroś jeszcze przed napisaniem Anieli i Pogromu. Rozmawiałem na przykład z pewnym byłym opozycjonistą z lat 70. i 80. – nazwiska nie przytoczę, bo nie wiem, czy by sobie tego życzył – który powiedział mi mniej więcej tak: „Co mi szkodziło robić, w co wierzyłem? Co mi mogli zrobić? Dać w dupę, wsadzić do pierdla, tyle. Przecież to nie były lata 40. ani 50., nie mogli nas pozabijać”. Gdy coś takiego słyszę, to dla mnie sporo znaczy. Dlatego tworząc komisarza Maciejewskiego, zbudowałem gliniarza z krwi i kości, który dobrze wie, że jeśli będzie martwym bohaterem, to raczej już nie zdoła niczego zrobić. Nikogo złapać ani niczemu zapobiec. Ta myśl przyświeca mu podczas służby w Kripo, bo obsesyjnie chce dorwać seryjnego mordercę jeszcze sprzed wojny. W 1945 dodatkowo dochodzi obawa o żonę i syna, jednak i tak na miarę swoich możliwości prowadzi z Urzędem Bezpieczeństwa grę i nie ujawnia własnych kontaktów. Cóż więcej mógł zrobić? Jak powiedziałem w jednym z wywiadów, Pogrom w przyszły wtorek to najbardziej gangsterski z moich retrokryminałów. Bo rzeczywiście trzęsą miastem trzy gangi: żydowsko-polski Szczęśliwego, powiązany z antykomunistycznym podziemiem gang Bułasia oraz największy z nich wszystkich – nowa władza.

Czy już Pan wie, kto zajmie miejsce komisarza Maciejewskiego, gdy zakończy Pan serię książek o nim?
– Jeszcze nie, ale już od roku coraz intensywniej o tym myślę. Chodzą mi po głowie dwa skrajnie różne pomysły. Jeden też jest retro, ale tym razem mój bohater nie siedziałby kamieniem w Lublinie, lecz podróżował niczym Arkady Fiedler albo Tony Halik. Drugi pomysł jest współczesny i bardziej lokalny. Myślę o uczynieniu bohaterem emerytowanego policjanta, który zaszył się na prowincji, ale różne wydarzenia nie pozwalają mu zapomnieć o dawnej pracy. Chciałbym też wrócić do Officium Secretum i Marka Glińskiego, zakonnika-detektywa. To nawet obiecałem niektórym czytelnikom, więc chyba powinienem.

Kiedy czytelnicy mogą spodziewać się kolejnego tomu przygód Zygi Maciejewskiego?
– Wraz z wydawcą myślimy o marcu 2014 roku. Tym razem komisarz Maciejewski będzie musiał rozwiązać sprawę związaną z II Krajową Wystawą Koni Remontowych, która odbyła się w Lublinie w lipcu 1938. Ten tekst czeka już na redakcję, a ja zaczynam kolejny kryminał: o młodym Maciejewskim i jego pierwszych latach służby w policji. Być może niektórzy czytelnicy pamiętają z różnych wzmianek rozsianych po innych powieściach cyklu, że pierwsze tajniackie kroki Zyga stawiał w Zamościu, a jego szefem był znany z Vabanku komisarz Przygoda. To postać autentyczna, do 1926 zamojski komendant powiatowy.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

To są te poczytne artykuły z tysiącami odwiedzin i dyskusją do rana ? :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.