Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

64432 miejsce

„Maria Stuart” Teatru im. Wilama Horzycy. O żądzy władzy historia

„Maria Stuart”, z którą do Warszawy przyjechał Teatr im. Wilama Horzycy, to kwintesencja dobrego teatru. Toruński zespół, podczas jedynego spektaklu, „kupił” sobie stołeczną publiczność. Trudno się dziwić. Dramat o człowieku i żądzy władzy, która nim powoduje, trafia do współczesnego widza dzięki świetnemu przekładowi tekstu oraz kapitalnej pracy reżysera i aktorów, zwłaszcza Jolanty Teski. Chapeau bas!

 / Fot. Mat. TeatruZaproponować współczesnemu widzowi dramat napisany w 1800 roku to dziś wyzwanie. Zwłaszcza, że oryginalny tekst Schillera jest bardzo obszerny. Grzegorz Wiśniewski, reżyser spektaklu, skorzystał jednak z przekładu Jacka St. Burasa, bliższego współczesnemu odbiorcy, a bardzo dobrego literacko. Ograniczył też niektóre kwestie. W toruńskiej inscenizacji reżyser rezygnuje z romantycznego kolorytu i skupia się na kwestiach politycznych, pokazując jak daleko może posunąć się człowiek powodowany żądzą władzy.

Oszczędna scenografia (także Grzegorz Wiśniewski), w której istotną rolę pełnią otaczające scenę lustra, jest bardzo wymowna. Postaci mogą się w nich odbijać i to chyba jedyny moment, gdy widzą swą prawdziwą twarz.

Inscenizacja „Marii Stuart” przygotowana przez Wiśniewskiego, jest w zasadzie opowieścią o... Elżbiecie. O kobiecie, która jest królową Anglii. Ale to nie jest po prostu monarcha; to kobieta, która dzierży władzę, otoczona przez żądnych tej władzy mężczyzn. Jednym bezgranicznie ufa, z niektórymi sypia. I cały czas ma ich wokół. I cały czas musi udowadniać, że jest na swoim miejscu, że jest silna, że się nie cofnie przed niczym.

Nie mam skali porównawczej; „Maria Stuart” nie była wystawiana na polskich scenach od 30 lat, ale to, jak wcieliła się w tę postać Jolanta Teska zapiera dech. W jej kreacji jest wszystko: władczyni pewna siły, z lekkością zawierająca sojusze, a do tego bezpruderyjna, świadoma kobiecości i bez rozterek korzystająca z niej. Teska każdym gestem, każdym spojrzeniem, podkreśla te cechy Elżbiety. Jednak z czasem królowa zaczyna się wahać. Boi się konsekwencji wydania wyroku na Marię, boi się podjąć decyzję, wysługuje się w tym celu służącym. I z każdą minutą Elżbieta okazuje się być coraz słabsza psychicznie i coraz bardziej omotana przez swych męskich doradców. Scena, podczas której na przeciwległych końcach długiego stołu znajdują się królowa Anglii i Maria, królowa Szkocji, skazana przez nią na śmierć, pokazuje, która z nich jest faktycznie zwyciężczynią w tym rozdaniu. Elżbieta Teski ma na twarzy wypisane targające nią emocje. To nie lalka nauczona tekstu, ale prawdziwa aktorka, całą sobą wcielająca się w rolę. Pojawiający się na twarzy grymas, wyzierający z oczu strach, mówią wszystko. Chapeau bas!

Tytułowa Maria Stuart, w inscenizacji Wiśniewskiego jest raczej postacią stojącą na drugim planie. Jej kwestie zostały zredukowane przez reżysera, ale można by rzec, że w tym szaleństwie jest metoda. Maria jest nieważna; o losach Marii Stuart już zdecydowano. Mówi, przechadza się pomiędzy postaciami, siedzi cały czas na scenie, ale jakby nie istniała. Uznano ją winną, spreparowano dowody sugerujące, iż chciała przejąć tron Anglii i przestała się liczyć. Teraz tylko jeszcze trzeba ją usunąć z areny politycznej.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.