Za przykładem doświadczonych zachodnich polityków, krajowe partie zaprzęgły marketing w służbę polityce, czyniąc z niej kolejny towar, wyprodukowany w tym wypadku przez siły polityczne ubiegające się o władzę w państwie.
Kiedy 10 kwietnia bieżącego roku w Smoleńsku rozbił się samolot z najważniejszymi osobami w państwie, z parą prezydencką na czele, wydawało się, że wydarzenie to odmieni i uzdrowi polską rzeczywistość. W pierwszych dniach po tragedii trudno było wyobrazić sobie, jak będzie wyglądała nieuchronnie zbliżająca się kampania prezydencka. Mówiło się o wyciszeniu i zerwaniu z wrogością i agresją, tak charakterystycznymi dla poprzednich kampanii.
Czy to się faktycznie udało? Moim zdaniem nie. Mało tego, nie zależnie od sytuacji panującej w kraju o żadnej zmianie nie mogło być mowy. A wszystko dlatego, że współczesną polityką, tak jak i gospodarką czy ekonomią, rządzi marketing.
Z uwagi na tło historyczne w polskiej polityce zjawisko marketingu politycznego jest stosunkowo młode. Jednakże nikogo nie dziwią już reklamy telewizyjne, w których kandydaci na urząd prezydenta w atmosferze sielanki zapewniają, że dobro państwa jest dla nich najważniejsze. Także zmasowana ich obecność w mediach jest już normą.
Na czas kampanii prezydenckiej polityk staje się takim samym produktem jak proszek do prania czy margaryna. Każdego dnia badane jest jego poparcie wśród reprezentatywnej grupy wyborców, budowany jest wizerunek medialny, a sztab specjalistów pracuje nad upiększaniem polityka, nad mową jego ciała, poglądami i wygłaszanymi opiniami. Którykolwiek program telewizyjny włączyliśmy, wszędzie przemawiał do nas łagodny jak nigdy Jarosław Kaczyński czy Grzegorz Napieralski, który na potrzeby kampanii stał się nawet fanem hip hopu.
Patrząc z perspektywy kilku miesięcy należałoby zadać sobie pytanie, na ile nasz lipcowy wybór podyktowany był faktycznymi przekonaniami, a na ile wpadliśmy w pułapkę marketingu. Czy daliśmy się nabrać na odmieniony i złagodzony, za sprawą wyrzuconych już dziś posłanek, wizerunek Kaczyńskiego? Czy faktycznie potrzeba rozdziału Kościoła od państwa, lansowana przez SLD była naszą potrzebą? I wreszcie: czy faktycznie wierzyliśmy w zapewnienia Komorowskiego, że pełnia władzy dla PO przyniesie nam wymierne korzyści? Wyciągnijmy wnioski z takiego rachunku sumienia i kiedy w telewizji pojawią się kolejne spoty reklamujące odmienionych na potrzeby kampanii polityków, zachowajmy trzeźwość umysłu, bo w tym wypadku zaślepienie reklamą może być o wiele bardziej gorzkie niż w przypadku zakupu niesmacznej, ale masowo reklamowanej margaryny.