Facebook Google+ Twitter

Marlowe w piekle

Był kiedyś taki film: "Constantine". Przygody młodego egzorcysty (nie mającego nic wspólnego z tym od Williama Friedkina) uwikłanego w odwieczny konflikt dobra ze złem. Dzielny bohater (Keanu Reeves) biegał z dziwną bronią mającą kształt krzyża.

 / Fot. Materiał ogólnodostępnyNa szczęście film ma niewiele wspólnego z serią komiksową, na podstawie której rzekomo powstał.

"Hellblazer: Niebezpieczne nawyki" to pierwszy z tej serii wydany w Polsce komiks Gartha Ennisa (znanego m.in. z kontrowersyjnej serii "Kaznodzieja"). Lepiej późno niż wcale.

Główny bohater, John Constantine, z przyczyn nieznanych ma zdolność dostrzegania rzeczywistości dla przeciętnego człowieka niedostrzegalnej – jest magiem. Nie ma jednak nic wspólnego z brodatymi staruszkami obwiniętymi w czarne szaty wyszywane w pentagramy. Przypomina raczej bohaterów w stylu Philipa Marlowa – zapitych, cynicznych detektywów w prochowcach, nierozstających się z papierosem i mających wieczne problemy z kobietami. Jest niesympatyczny i nie lubiany przez innych bohaterów komiksu. I może dlatego budzi sympatię czytelnika. Odczuwałem pewien niepokój odkrywając, w pewnych momentach, że zaczynam utożsamiać się z Johnem.

Constantine jest indywidualistą totalnym. Uwikłany w konflikt między "niebem" a "piekłem" nie wybiera żadnej ze stron. I nie jest to druidyczna neutralność, a raczej dbanie o własne interesy. Zresztą u Ennisa nie ma białego "dobra" i czarnego "zła". Wszystko jest szare (ale raczej bliżej tej ciemnej granicy szarości). Bohater spotyka demony, natyka się też na anioły – istoty różniące się tylko tym, że te drugie są ładniejsze (i bardziej przebiegłe).Nie wiadomo czy jest tam jakiś Bóg czy też (jak to bywa u Ennisa) został on zepchnięty za kulisy. Ludzie są nieludzcy. Lub demony są ludzkie – trudno powiedzieć.

Co do fabuły – trochę denerwujące jest to, że pierwszy tom serii zaczyna się tak jakby się kończył.

Constantine dowiaduje się, że umiera na raka i robi wszystko by temu zapobiec (i nie idzie mu zbyt dobrze). Bohaterowie mają już historię, znają się, akcja w dużej mierze opiera się na wspomnieniach – można odnieść wrażenie, że przegapiło się kilka tomów. Jednak całość jest spójna i po doczytaniu łatwo ogarnąć historię.

Za stronę graficzną komiksu odpowiadają William Simpson, Mark Pennington, Tom Sutton oraz Malcolm Jones III. Większość z nich jest już znana w Polsce np. z Gaimanowskiego "Sandmana". Kreska jest klasyczna, w starym dobrym stylu. Kolory typowe dla vertigo. "Hellblazer", tak jak inne pozycje z serii Vertigo, jest jak najbardziej godne uwagi. Czekam na kolejne tomy.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Uprzedziłeś mnie w recenzji.
Komiks robi wrażenie "jakby się kończył", ponieważ nie jest to naprawdę pierwszy tom serii (ani ostatni).
Dodałbym jeszcze coś o niesamowitym klimacie Londynu (Wlk. Brytanii) lat 80-tych XX wieku.
A seria w Polsce zaczyna się jak zaczyna zapewne właśnie przez analogię między filmem i tymże albumem - chorobą nowotworową Constatina.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.