Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

19099 miejsce

Marsz Niepodległości 2013. W cieniu zamieszek [RELACJA]

Morze biało-czerwonych flag na rondzie Dmowskiego, szybko zamieniło się w trudne do opanowania zamieszki w samym centrum stolicy.

Nieodłącznym elementem marszu były co chwilę odpalane race / Fot. Piotr DrabikNa długo przed rozpoczęciem marszu, okolice Pałacu Kultury i Nauki gęsto wypełniły się sympatykami środowisk prawicowych oraz narodowych. Ale nawet krótka obserwacja tego zgromadzenia, pozwoliła by na wyodrębnienie dwóch grup manifestantów. Jedni, z biało-czerwonymi flagami spokojnie przechadzali się po ścisłym centrum stolicy - drudzy, nierzadko z zasłoniętymi twarzami, co chwilę odpalali petardy i wznosili znane od lat hasła („raz sierpem, raz młotem...“). Już w tym momencie mogła pojawić się wątpliwość, czy nie jest to czasem pierwsza oznaka zwiastująca starcia z policją. Poza tym, sam byłem świadkiem, jak młody człowiek przed początkiem marszu groził dziennikarce jednej ze stacji telewizyjnych, że „i tak skręcą jej kark“.

Zobacz, jak formował się marsz w okolicach ronda Dmowskiego [ZDJĘCIA]

Gdy na specjalnej scenie pojawili się organizatorzy marszu, którzy przypomnieli o zakazie używania środków pirotechnicznych, jeszcze głośniej było słychać dźwięk odpalanych rac i petard. Z tego samego miejsca, padały również słowa o zjednoczeniu wielu środowisk w jednym miejscu i celu (jakim jest dla Ruchu Narodowego radykalna zmiana władzy). Co ciekawe, gdy przemawiali jeszcze zaproszeni z okazji marszu goście, większość zebranych na rondzie Dmowskiego po prostu ruszyła w stronę Agrykoli. W ten sposób nieformalnie rozpoczął się tegoroczny marsz niepodległości, który we względnym spokoju przeszedł zaledwie kilkaset metrów.

Wyrwane fragmenty bruku przy ul. Skorupki, gdzie doszło do pierwszych starć podczas marszu / Fot. Piotr DrabikPochód wielu tysięcy biało-czerwonych flag, niesionych wraz z oślepiającymi racami zatrzymał się nagle na wysokości ulicy Skorupki. To właśnie tutaj doszło do punktu zwrotnego, który polityczny marsz zamienił w chwilami trudne do opanowania zamieszki. Po momencie zdezorientowania, udało mi się dopchać do miejsca, gdzie rozpoczęły się starcia. Ku mojemu zdziwieniu, zamaskowani młodzi ludzie nie konfrontowali się z policją, ale lokatorami pobliskiego squatu. Z dachu tego zniszczonego budynku, co chwilę spadały na ziemię wypełnione farbą butelki czy koktajle Mołotowa. Najbardziej agresywna grupa z marszu również nie pozostawała dłużna - petardy i fragmenty bruku odbijały się również o sąsiednie budynki.

Na miejscu zdarzenia, szybko przekonałem się jak bardzo uczestnicy bijatyki nie przepadają za dziennikarzami. Lekko popchnięty i obrzucony wulgaryzmami, miałem oddalić się z ulicy Skorupki, by pozwolić obydwu stronom na nieskrępowane obrzucanie się wszystkim, co wpadnie im w ręce. Była w tym jakaś nuta nie-realizmu - wszystko wyglądało na z góry zaplanowaną konfrontację zwaśnionych grup. Wzajemne ataki nie ustały nawet po pojawieniu się policji. Gdy zapytałem kilku mieszkańców squatu, dlaczego wciąż zbierają butelki, ci odpowiedzieli - „człowieku, oni nas wciąż atakują, musimy się bronić“.

Podczas akcji policyjnej, przy squacie położonym na ulicy Skorupki / Fot. Piotr DrabikKilka chwil wcześniej, najbardziej krewcy sprawcy po stronie Narodowców zostali wpuszczeni przez straż marszu do reszty pozostałych uczestników zgromadzenia. Swoją drogą, owa formacja mająca chronić uczestników pochodu „od prowokacji“, kompletnie nie zdała egzaminu. Nie potrafiła zatrzymać naporu agresywnych osób, a potem bezskutecznie starała się zniechęcić innych do mieszania się w bijatykę. Rannych zostało również kilku członków straży marszu - zostali prawdopodobnie zaatakowani przez inne osoby z pochodu.

Policjanci w rynsztunku bojowym, działali na ul. Skorpuki dość nieporadnie i z opóźnieniem. Początkowo, ich kroki zmierzały do ochrony mieszkańców squatu przed napierający atakiem ze strony grupy odłączonej z marszu. Gdy udało się względnie opanować sytuację, funkcjonariusze aresztowali kilka osób ze zniszczonego budynku. Równocześnie, policja pozwoliła by w miejscu konfrontacji, swobodnie przechadzali się m.in. okoliczni mieszkańcy. Warto w tym momencie podkreślić, że w wyniku tych starć jeden samochód spłonął, a kilka innych zostało poważnie uszkodzonych.

Krajobraz po bitwie chuliganów z policjantami na ul. Wilczej / Fot. Piotr DrabikZebrani przed squatem dziennikarze i gapie, po kilku minutach pobiegli za coraz liczniejszymi oddziałami policyjnymi. „Bitwa“ szybko przeniosła się na sąsiednią ulicę Wilczą, gdzie służby porządkowe użyły m.in. gazu łzawiącego. Jej mieszkańcy, byli zmuszeni kryć się za policyjnym kordonem, gdyż agresywni uczestnicy marszu atakowali wszystkim, co wpadło im w ręce. Policja, również w tym przypadku działała bardziej prewencyjnie - dowodem na to była kryjąca się za funkcjonariuszami armatka wodna. Na ul. Wilczej nie obeszło się bez karetek pogotowia - opatrzenia wymagało kilku rannych policjantów.

Mniej więcej około godz. 16:30, marsz niepodległości został całkowicie rozbity. Większość, nadal podążała wyznaczoną przez organizatorów trasą, ale spora grupa rozeszła się po okolicznych ulicach, powodując kolejne straty. Gdy udało mi się dojść na plac Zbawiciela, instalacja tęczy była już tylko osmolonym półokręgiem (wcześniej została podpalona przez nieznanych sprawców). W pewnym momencie, w samym jej środku stanęła młoda kobieta, która krzykiem rozpaczy chciała wyrazić swój sprzeciw wobec zniszczenia tęczy. „Lewaczka“ - to było najdelikatniejsze określenie, jakie padło w jej kierunku, ze strony wciąż licznie zgromadzonych na pl. Zbawiciela uczestników marszu.

Zniszczona instalacja tęczy na pl. Zbawiciela - w jej środku widać młodą kobietę, która ostentacyjnie dała wyraz swoje niezadowolenia z powodu kolejnego pożaru tęczy / Fot. Piotr DrabikNie udało mi się dotrzeć do celu pochodu, jakim była stołeczna Agrykola. O podpaleniu budki policyjnej przy ambasadzie rosyjskiej dowiedziałem się z mediów, jak i również o starciach na innych miejscach. Wracając do śródmieścia, mijałem zniszczoną sygnalizację świetlną, wyrwane fragmenty bruku czy rozsiane po całej ulicy fragmenty rozbitego szkła. Jeszcze przed rozpoczęciem marszu Marian Kowalski, rzecznik Obozu Radykalno-Narodowego zwrócił się do zebranych o zachowanie spokoju, by "nie mieli się do czego przyczepić". Dziś już wiemy, że nawet jego apel nie trafił do słuchu najbardziej nieobliczalnych uczestników marszu.

Funkcjonariusze policji podczas akcji na ul. Wilczej, gdzie agresywni uczestnicy marszu znów zaatakowali mieszkańców innego squatu / Fot. Piotr DrabikPolicyjne oddziały siłowe czekają na rozwój sytuacji przy squacie, położonym na ul. Skorupki / Fot. Piotr Drabik
Jeden ze zniszczonych samochodów przy squacie, położonym na ul. Skorupki / Fot. Piotr DrabikPolicyjne oddziały siłowe podczas akcji przeciwko agresywnym uczestnikom marszu, na ul. Skorupki / Fot. Piotr Drabik

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Piękne święto...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.