Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

11149 miejsce

Marta Ścisłowicz: "Teatr daje szansę dłuższej pracy"

Marta Ścisłowicz, aktorka. W rozmowie opowiada m.in o kontuzji, której kiedyś doznała w Teatrze, ale też o nowych rolach i wakacyjnych planach. Gdzie spędzi wakacje? Między innymi tego można się dowiedzieć...

Marta Ścisłowicz, aktorka. W rozmowie opowiada m.in o kontuzji, której kiedyś doznała w Teatrze, ale też o nowych rolach i wakacyjnych planach. Gdzie spędzi wakacje? Między innymi tego można się dowiedzieć... / Fot. Fot. Zdjęcie nadesłane przez Martę Ścisłowicz


W 2007r. została Pani wyróżniona za rolę w spektaklu „Cyrano de Bergerac“, gdzie odgrywała Pani postać Roksany. Czy to wyróżnienie traktowała Pani jako ważny krok na aktorskiej ścieżce?

-To było wyróżnienie za role w dwóch dyplomach – było przyznane również za rolę Renee w przedstawieniu "Madame de Sade". Było ono bardzo ważne, ponieważ to były moje pierwsze kroki na zawodowej ścieżce. Dzięki tym rolom, tym dyplomom i Festiwalowi Szkół Teatralnych w Łodzi dostałam propozycję od Pawła Łysaka z Teatru Polskiego w Bydgoszczy, który obecnie jest jednym z najlepszych w Polsce. Bez wątpienia był to jakiś przełom – nie sama nagroda oczywiście, ale związane z nią spotkania i wydarzenia, skończenie szkoły.

Jakie role lubi Pani najbardziej? Jakimi cechami charakteru powinna być obdarowana postać, aby dobrze się Pani czuła podczas jej odgrywania?

-Lubię role, do których jest mi w moim przekonaniu, w pierwszym wrażeniu, daleko. Takich, które wymagają ode mnie dużej pracy, jakiegoś przełamania. Nie kręci mnie prosta, łatwa praca. Im trudniej, tym lepiej. Tym większa szansa na dowiedzenie się o sobie czegoś nowego, czegoś więcej. Na poznanie – siebie i świata, odkrywanie nowych przestrzeni, ludzi, form, czy języka.

Czy na scenie czuje się Pani pewniej, niż przed kamerą telewizyjną?

-I tak, i nie. Tzn. Pewniej o tyle, że teatr daje szansę dłuższej pracy, ma się szansę na błąd w trakcie prób, to długotrwałe poszukiwanie... a zwrot widowni natychmiastowy; teoretycznie człowiek powinien czuć się pewniej, lepiej przygotowany. Nie zawsze tak jest. I nie uważam też, że to źle – tzn. czasem to „przygotowanie“ może przeszkadzać, zamykać, nie koniecznie daje też gwarancję większej głębi. Czasem może też zabijać świeżość i spontaniczność. Często okazuje się, że najlepsze są pierwsze intuicje – a takimi posługujemy się przecież w filmie. Niezbędne i tu i tu jest otwarcie na sytuacje, elastyczność. Zdarzenie, zaskakiwanie się. Tak naprawdę z tą pewnością bywa bardzo różnie, aktorstwo to dla mnie magia, zaklinanie rzeczywistości – nigdy nie można być do końca pewnym. Ale z drugiej strony pozytywna bezczelność w dążeniu jest potrzebna.

Podobno, kiedyś podczas spektaklu uległa Pani wypadkowi i złamała nogę. Co było wtedy najtrudniejsze? Nie miała Pani ochoty zejść tego dnia ze sceny?

-Niestety ta historia nie jest aż tak ciekawa.... Nogę złamałam, ale nie na przedstawieniu, tylko po, w trakcie popremierowych tańców. Był to mój debiut na deskach bydgoskiej sceny, nie chciałam więc dopuścić w ogóle do siebie myśli o złamaniu i gipsie. W związku z tym chodziłam i grałam przedstawienia ze złamaną kością śródstopia i totalnym bólem - no bo przecież jestem dzielna... W końcu po dwu, czy trzech dniach dałam się zaciągnąć do lekarza na założenie gipsu i potem z gipsem grało mi się już dużo lepiej, bez bólu i wygodniej. Bez obawy, że partner, którego zresztą zadaniem w tym przedstawieniu było psychiczne i fizyczne znęcanie się nade mną, dotknie mojej bolącej stopy... Najwięcej nerwów ta sytuacja kosztowała panie z obsługi widowni, które przed każdym przedstawieniem musiały na prośbę reżyserki komunikować, że „gips na nodze Marty Ścisłowicz jest wynikiem wypadku, a nie zamierzonym zabiegiem reżyserskim“.

Jakie ma Pani sposoby na tremę? Czy stresuje się Pani przed spektaklem, bądź dniem zdjęciowym?

-Czasem się stresuję, ale jestem taką osobą, że stres raczej mi nie służy. Tzn. Lubię adrenalinę i dobrze na niej funkcjonuję, ale w pracy – jeśli w ogóle - częściej dopada mnie taki „niezdrowy“ stres, co to trzeba z nim walczyć żeby nie zamykał. Rzadko mobilizuje – albo właśnie mobilizuje aż za bardzo, że za bardzo się chce. Dla mnie to nie jest dobrze. Wtedy muszę się uspokoić i zaczarować sobie swoją rzeczywistość, po prostu być sobą. Z tym, co mam sobą do zaoferowania. Z niczym więcej. Uwierzyć, że się niesie propozycję – dla siebie, partnerów, widzów.

Na planie którego z seriali/filmów czuła się Pani najlepiej?

-Generalnie lubię atmosferę planu. Zawsze najbliższe sercu są miejsca i ludzie, z którymi przeżyło się jak najwięcej emocji i spędziło dużo czasu. Z którymi łączą się jakieś wyzwania. Na pewno "Lekarze", na planie których pracuję kolejny sezon, na pewno "Linia życia" i "Jutro idziemy do kina" – mój debiut fabularny.

Lubi Pani czasem ingerować trochę w losy swoich postaci, podpowiadać, co warto zmienić w scenariuszu?

-Zdarza się. Tekst jest przecież tylko pretekstem...

Dosłownie pod koniec sezonu serialu „M jak miłość“ pojawiła się Pani. Czy widzowie powinni się obawiać Pani postaci?

-Nie, dlaczego?

Czy Paweł odnajdzie wreszcie z ciocią Basi wspólny język?

-Wszystko na to wskazuje. Chyba po prostu nauczą się siebie akceptować.

Co czeka Pani postać w nowym sezonie?

-Trzeba by zapytać o to scenarzystów, póki co – kolorowo, jak to u Olgi... trochę praca, trochę siostrzenica.

Nad czym aktualnie Pani pracuje?

-W teatrze – ogórki. Kręcę dalsze odcinki III serii "Lekarzy"; u dr. Żelichowskiej dużo emocji i nieoczekiwanych zdarzeń. Ruszyła II seria "Blondynki", będzie można mnie też zobaczyć w filmie "Miasto 44" Janka Komasy i jednym z odcinków nowej transzy "Czasu Honoru". To wszystko kręcę przez najbliższe dwa miesiące, a po powrocie do Teatru – oczywiście granie przedstawień i nowe próby; tym razem gościnnie w Teatrze w Kielcach "Misja" z Eweliną Marciniak. Na horyzoncie jeszcze dwa projekty – jeden filmowy, drugi- teatralny, ale ponieważ to jeszcze niepewne, więcej nie zdradzę.

Co jest dla Pani najważniejsze w życiu?

-Ciągle odpowiadam sobie na to pytanie... miłość, rodzina, zdrowie, spełnienie, aktorstwo...?

A może na koniec zdradzi Pani swój przepis na letni odpoczynek?

-W te wakacje ze względu na zawodowe terminy będę uprawiać wypoczynek pod hasłem „lato w mieście“ – pojedyncze dni z książką nad Wisłą, basen, rower, kino etc. Przepisu nie podam, bo to sprawa indywidualna. Moje prawdziwe wakacje dopiero zimą...

(Rozmawiała Mariola Morcinková)


















Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.