Facebook Google+ Twitter

Mathghamhain

Krzyki było słychać w całej puszczy. Niosły się po okolicy, raz po raz nierównomiernie rozdzierając nocna ciszę. Przeraźliwe, gardłowe wycie, piski i jęki, w których malował się niesamowity ból i rozpacz odbijały się echem...

 / Fot. www.isa.plKilka ognisk oświetlało otaczający teren – wielka polana, pośrodku gęstego, pradawnego lasu. Pięć olbrzymich menhirów, wysokich na trzy metry, stało obok siebie, ustawionych w kręgu – od góry kamienie te przykryte były olbrzymim, płaskim głazem, z wybitą pośrodku okrągłą dziurą. Wewnątrz kręgu, na dwóch mniejszych kamieniach umieszczono takiż blat. Kilka metrów dalej znajdował się rozłożysty, stary dąb. Jego średnica była tak olbrzymia, że bez problemu, po jednej tylko jego stronie, mieściły się, przylegając doń plecami, trzy nagie osoby. Dwie z nich szaleńczo kręciły głowami, i drąc się, rzucały korpusem, starając się oderwać od dębu. Ich ręce jednak były całkowicie unieruchomione – dłonie – a raczej miejsca, gdzie powinny się one znajdować - wyglądały jak wrośnięte w twardą korę drzewa, nogi przytwierdzone żelaznym uściskiem pnączy wyrastających spod ziemi, nie były zdolne do jakiegokolwiek ruchu. Przyciśnięty do kory, trzeci unieruchomiony mężczyzna oddychał szybko, z opadniętą głową. Nie ruszał się, nie wyrywał. Krew spływała z wielu miejsc na jego ciele – ciemne, krwawiące plamy na jego rękach i piersiach mieniły się blaskiem otaczających go niespokojnych ognisk.

Przed nim, człowiek w czerwonej szacie, z kapturem na głowie, głośno i stanowczo wymawiał rymowane słowa, układające się w czterowiersz. Wykonywał przy tym przedziwny taniec – podnosił jedną nogę, po czym pozwalał jej opaść na ziemię, aby po chwili znów podnieść drugą nogę – przypominał nieco zawodnika sumo szykującego się do walki, jednakże w tamtych czasach, w VI w. w Irlandii tego sportu jeszcze nie znano. Wyrzucił dłonie do góry. Jego ręce kończyły się zakrzywionymi, poszarpanymi długimi, pazurami, ociekającymi krwią. Oczy, całe białe, bez źrenic wlepione były w ofiarę. Kapłan krzyknął rozkazującym tonem i z impetem opuścił zakrzywione palce na wymęczone ciało nieszczęśnika. Mężczyzna wydał z siebie straszliwy okrzyk bólu. Odruchowo unosząc głowę popatrzył na oprawcę. Pośród obfitego zarostu dostrzegł pożółkłe zęby wykrzywione w szaleńczym uśmiechu. Kapłan gwałtownie szarpnął rękami, odrywając kolejne płaty skóry z ciała człowieka. Spazmy bólu poderwały jego ciało, ale drzewo trzymało mocno. Zakapturzony brodacz wyciągnął ponownie ręce ku górze, trzymając lśniące, czerwone płaty skóry. Stał tak przez chwilę, jakby chełpiąc się swą zdobyczą. Następnie podrzucił, ociekające krwią płaty do góry, w stronę dziupli, mieszczącej się na dębie – kawałki ludzkiego mięsa poszybowały wprost do środka, wiedzione tajemniczym, mistycznym prądem…

Grupa zakapturzonych postaci w białych togach stała dookoła kamiennego kręgu, kiwając się miarowo. Nie zwracając uwagi na hałas, i odbywające się obok tortury, rytmicznie, półszeptem zawodzili mantrę. W środku, na blacie, spokojnie leżała naga, młoda kobieta. Na jej ciele, czerwone, wyrysowane krwią straceńca, linie, układały się w strofy śmiertelnego wiersza…

Kiernan siedział przyczajony na skraju lasu. Przed sobą, w odległości 200 metrów widział tańczącego człowieka w czerwonej todze – Mathghamhain wielki kapłan grupy Filidów. O Mathghamhainie od lat ludzie mówili, że się zatracił. Jego moce sięgają daleko poza magię Filidów, nieczyste siły maczają palce w jego czarach; przyzywa demony - szeptano. Bali się go.

Kiernan słyszał przeraźliwe, zachrypnięte krzyki ostatniego żyjącego nieszczęśnika, który wił się szaleńczo w amoku. Kapłan podniósł nóż przed siebie. Krzyknął rozkazującym tonem. Natychmiast głowa ofiary odchyliła się, przyciągnięta do drzewa i znieruchomiała. Rozległ się błagalny krzyk, który umilkł z chwilą, gdy ostrze noża szybkim ruchem przecięło mu gardło...

Mathghamhain pomodlił się jeszcze przed dębem, aby po chwili, dołączając się do szeptanych przez jego towarzyszy modłów, wejść do kręgu. Położył zakrwawiony nóż na blacie, obok głowy nieprzytomnej kobiety. Rękojeść noża była ozdobiona podobnymi znakami, jak blat ołtarza. Sięgnął ręką za poły togi i wyciągnął okrągły, zdobiony rycinami amulet...

Kiernan ruszył przed siebie. Za pasem miał wetkniętych kilka ostrzy, do boku przytwierdzoną sakiewkę, z magicznym proszkiem, po drugiej stronie wisiał mały, zakrzywiony jak półksiężyc miecz. Poza ciemną przepaską na biodrach, przykrywającą mu genitalia, był nagi. Jego ciemna, prawie brązowa, skóra doskonale pomagała mu pozostać niewidocznym w mrokach nocy. Nie chciał również, aby coś krępowało jego ruchy.
Szedł szybko, pewnie i zdecydowanie, ale spokojnie. Dostrzegł trzy światełka, zmierzające w jego stronę. Pixie, złośliwe wróżki strzegące dębu. Wierzono, że ktokolwiek naruszy spokój dębu, w którym mieszkają, obarczy siebie i swą rodzinę klątwą po wsze czasy... W jego okolicach było kilku nieszczęśników, którzy odważyli się naruszyć święte drzewo; straszliwy los, jaki ich spotykał zawsze mógł służyć ku przestrodze kolejnych śmiałków…

Pixie zawirowały szybko w powietrzu, wzniosły się wyżej, zatrzymały się w bezruchu, po czym runęły na niego. Sięgnął do sakiewki, i szybkim kolistym ruchem ręką, jakby siał zboże, rozsypał proszek, mrucząc przy tym pod nosem zaklęcie. Uskoczył w bok. Obok niego, w miejscu gdzie rozrzucił magiczny proszek, pojawiło się małe światło, które po chwili rozbłysło serią wyładowań – mini burza z piorunami. Światełka zgasły.
Kilku Filidów odwróciło się nerwowo. Nie spodziewali się, że ktoś o zdrowych zmysłach odważy się im przeszkadzać w świętej mszy! Dwóch z nich sięgnęło po zakrzywione drewniane, zdobione laski. Uderzyli nimi z impetem w ziemię, szepcząc coś pod nosem. Kiernan zwolnił kroku, ale ciągle szedł naprzód. Stuknęli laskami jeszcze silniej, raz, potem następny – ich zaklęcia nie działały! Filidzi spojrzeli po sobie; ucichła powtarzana monotonnie modlitwa – Mathghamhain zatrzymał amulet, I spojrzał na intruza.

Kiernan powoli zbliżył się do kręgu – Filidzi bacznie go obserwowali, ale odsuwali się, wpuszczając go do środka. Podszedł do ołtarza.
Piękna kobieta – stwierdził.

Kiernan, czarny bękart, „walczący druid” – głośno zaakcentował Mathghamhain – potężny kapłan, wielki czarownik, cudotwórca, czerpiący swe moce, jak pozostali nędzni druidzi, z sił natury, przyrody – zaintonował szyderczo - ledwo skończyłeś nauki, a już masz odwagę umrzeć…

Amulet Tuatha De Danann – odpowiedział Kiernan, uśmiechając się lekko – z tym wrócę. Nie jestem pewien, ale chyba będę musiał Cię przy tym zabić. Starzec zaśmiał się. Mówią o Tobie ulubieniec Bogów, zawsze sprzyja Ci szczęście. Jak to naprawdę jest? Popatrzył na niego. - Masz znajomości, co? Kto jednak uratuje Cię tym razem?

Bogom należy pomagać, aby mogli Cię polubić… Daleko zawędrowałeś, Mathghamhain, oddaj mi amulet i zakończmy to…

Filidzi powoli zawłaszczają ziemię – przerwał mu – to tylko kwestia czasu, kiedy druidzi przestaną istnieć. Niebawem będziemy nauczać w każdej prowincji… Kiedyś byliście kapłanami, ważnymi personami, elitą – i traktowaliście Filidów jak gorszego, niechcianego brata… i popatrz teraz! Wasz prestiż sięgnął dna, nauki popadają w zapomnienie, ludzie wolą tą chrześcijańską sektę, niż wasze brednie o naturze i roślinach!!! Nic, co stworzyliście nie przetrwa, bo byliście zbyt pyszni, żeby zapisać to na pergaminie!!! Baliście się świętych mszy, nie chcieliście obrażać bogów… Gdzie oni są? Gdzie wszyscy wasi Bogowie? Dam Ci niepowtarzalną szansę – zostań i bądź świadkiem narodzin nowej ery! Być może wszechmocna Bogini Danu obdarzy Cię swoją łaską…

Kiernan poczuł za sobą ruch. Błyskawicznie schylił się, i dobywając jednocześnie miecza obrócił się. Drewniana laska śmignęła mu nad głową z cichym świstem; filid stał tuż za nim. Kucając pchnął napastnika w brzuch – nie zdołał jednak utrzymać równowagi i przechylił się do tyłu. Grzmotnął plecami w kamienny blat. Trzech Filidów rzuciło się na niego, zdążył jednak sięgnąć do sakwy; niedbale rzucił odrobinę proszku przed siebie, i zamykając oczy głośno wyrecytował czterowiersz. Białe światło oślepiło swym rozbłyskiem atakujących go napastników, w tym czasie udało mu się podnieść. Chwycił miecz i skoczył do przodu. Jego cięcia były mierzone, precyzyjne, ruchy lekkie i zwinne… Martwi u jego stóp… Spojrzał w stronę pozostałych. Stanęli przed Mathghamhainem, osłaniając go. Nagle poczuł skurcze. Całe jego ciało spięło się. Wszystkie mięśnie zbiegły się tworząc tysiące małych ognisk, które w jednym momencie eksplodowały, tworząc prawdziwy pożar. Zawył z bólu. Poczuł, że coś przyciąga go w stronę dębu. Uderzył plecami o twardy pień drzewa. Poczuł, jak jego ręce wrastają w korę a nogi oplatane są przez pnącza. Unieruchomiony i wściekły z bezsilności, podniósł wzrok, dysząc ciężko. - Co, już Cię bogowie nie lubią? - krzyknął Mathghamhain. Podszedł do Kiernana i uśmiechnął się pogardliwie. Ten zemdlał.

Ulubieniec Bogów. Nie wiedział skąd to ma, ale już dawno przekonał się, że w przedziwny sposób potrafi wpływać na zdarzenia, na otoczenie w taki sposób, aby sprzyjały jego celom. Gdy czegoś chciał, wystarczyło, że skoncentrował się na tym tak mocno, aż zaczynał wierzyć, iż to ma; z reguły wydarzenia, jakie po tym następowały tworzyły mu sytuacje, dzięki którym uzyskiwał upragniony efekt… Ocknął się. Ból minął. Jak przez mgłę widział, Mathghamhaina wbijającego sztylet w pierś kobiety, przy ekstatycznym zawodzeniu Filidów… Kiernan ruszył głową. Bez problemu. Spróbował ruszyć ręką. Zdziwił się, ale uścisk jakby zelżał. Spojrzał w kierunku ołtarza. Filidzi pochylali się nad nagimi zwłokami dziewczyny; nad jej głową stał Mathghamhain z rękoma wyciągniętymi ku niebu i wygłaszał swe modlitwy. Nad kręgiem niebo pojaśniało…
Kiernan ponowił próbę. Tym razem już bez problemu wyrwał rękę spod kory. Przypomniał sobie, że gdy zaczęły się skurcze, trzymał w niej proszek. Widocznie modły, którymi go zaklął osłabiły nieco demoniczną moc dębu. Uwolnił drugą rękę. Szarpnął pnącza i uwolnił nogi. Wydobył resztkę proszku – rzucił go na siebie mamrocząc pod nosem zaklęcie. Błyskawicznie odzyskał siły. Skoczył do przodu – ciął jak w transie, nie oszczędzając nikogo. Zaskoczeni Filidzi byli bezbronni, w obliczu wściekłego, bezwzględnego zabójcy. Stanął, opierając się o kamienny ołtarz; dysząc ciężko otarł ręką krew z twarzy. Spojrzał na Mathghamhaina. Ten opuścił głowę, oddając się modłom. Przed sobą, oburącz trzymał rzeźbiony sztylet. Spojrzał na Kiernana – na pewno się jeszcze spotkamy – powiedział i zaśmiał się szyderczo. Wbijając nóż we własne ciało rzucił się na ołtarz. Toga opadła z cichym szeptem…

Kiernan podbiegł do Mathghamhaina. Amulet, daj mi go. Mathghamhain zmierzył go wzrokiem - kuna, amulet i amulet!!! A weź sobie ten głupi wisiorek i się ciesz! Mam drugi taki na chacie – zerwał amulet z szyi i rzucił go w kierunku Kiernana. Dobra chłopaki, to je idę na obiad, bo zgłodniałem przez te wierszyki, jeszcze ten tuman nic tyko amulet i amulet, mam tego dosyć! To jak coś, to najwyżej później zdobędziemy tą władzę nad światem. Ok.?
Ej i ostatni raz bawimy się w druidów, te ich pokichane imiona, języki se można połamać, jutro może w gwiezdne wojny? Te, solarium, będziesz Vaderem, a ty Kasia przebierzesz się za Leje…

***
Tekst nadszedł do moderacji zaledwie 32 sek. po północy. Ze względu na chwilami niestabilne działanie sieci (mieliśmy np. olbrzymie kłopoty w ostatnich kilkunastu godzinach) zdecydowaliśmy się go jednak zaakceptować.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (7):

Sortuj komentarze:

(+) Ciekawe i z klimatem, brrr ;) I fajnie zanurzone w realiach dawnej Irlandii. Potrafisz pisać :)

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 02.08.2008 09:00

Napisałeś, a cała reszta w oczach czytelników. Autor może się co najwyżej obrażać na gusta gawiedzi, ale powierzając tekst musi się liczyć ze wszystkim, nawet z wyrazami entuzjazmu.

Komentarz został ukrytyrozwiń

cieszę się, że Ci się podoba

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ fajnie piszesz :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

proszę sobie nie robić żartów. Historia powyższa jest poważna, sarkastyczne uwagi są tu nie na miejscu. bajki dla dzieci to całkiem inna bajka...

Komentarz został ukrytyrozwiń

dobrze Ci to pisanie idzie.Teraz może zacznij pisac bajki dla dzieci- jestem ciekawa jak Ci to wyjdzie

Komentarz został ukrytyrozwiń

Świetne :) ale już dałam swojego plusa. Pozdrawiam

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.